Wagony mają duszę
Pierwsze spotkanie z nim nastąpiło w obozie pracy nad Wołgą. Przechodziliśmy przez tory kolejowe. Wtem ktoś wskazał palcem - spójrzcie! Na szynach stały wagony. Polskie wagony kolejowe! Mimo, że...
rozwiń
Pierwsze spotkanie z nim nastąpiło w obozie pracy nad Wołgą. Przechodziliśmy przez tory kolejowe. Wtem ktoś wskazał palcem - spójrzcie! Na szynach stały wagony. Polskie wagony kolejowe! Mimo, że zostały przemalowane, przez farbę przebijał się orzełek i napis P.K.P. Na podwoziu można było przeczytać:”P.K.P Dyrekcja Poznań”. A nieco niżej, z boku:” Nośność. Rozstęp osi. Tara”.
Staliśmy obok wagonu. My smutni - i on, mimo świeżej farby, też smutny. Był mróz. Otuliliśmy się „fufajkami” – brygadier już zrzędził – poszliśmy.
Godzina 12. Zahuczała syrena. Przerwa na „obiad”. Mróz zelżał. Prószy śnieg. Do polskiego wagonu podszedł człowiek w „fufajce”. Popatrzył na napis. Uchylił drzwi wagonu i wlazł do środka. Położył się – próbował spać.
Dawno, bardzo dawno temu ludzie wierzyli, że w każdej rzeczy, w każdym sprzęcie jest dusza. Uczeni wiarę tę nazwali – animizmem. Czy stół lub lampa mają duszę? Nie wiem – ale wiem i to na pewno wiem, że polski wagon kolejowy z dyrekcji poznańskiej – ma duszę.
Wagon rozpoczął z człowiekiem w „fufajce” rozmowę:
- Skąd jesteś?
- Z Warszawy.
- To my rodacy. Urodziłem się w 1922r. u Lipopa, na Woli – mówił z ożywieniem wagon. – Później pojechałem do Poznania na robotę i tam już pozostałem. Pytasz skąd się tu wziąłem? Na trzeci dzień po wybuchu wojny z transportem ewakuowanych pojechaliśmy do Warszawy. Po drodze ostrzelali nas kilkakrotnie lotnicy niemieccy. Z Warszawy odesłano nas do Białegostoku. Co było poźniej domyślasz się… Przyszli… Zawieźli do Brześcia. Tam w warsztatach wykręcili koła, coś robili. Namęczyłem się. A teraz widzisz, jestem szerszy o kilkanaście centymetrów. – Wagon zaśmiał się.
- Pewny jestem, że to wszystko długo nie potrwa i niezadługo wrócę do domu. Na stację Poznań. Lecz widzę, że ty kiepsko wyglądasz. To niedobrze. Musimy wierzyć, bo inaczej „propadiosz”(ostatnie słowo powiedział po rosyjsku)
Zawyła syrena. Człowiek w „fufajce” przetarł oczy i wyszedł z wagonu. Popatrzył na orzełka, na napisy, otulił się i poszedł do roboty.
Upłynął rok. Było ciepło. Słońce grzało. Przyszedł 31 lipca 1941. Dzień umowy polsko-sowieckiej. A poźniej przyszła Wolność… Po całej Rosji jeżdżą ludzie w podartych „fufajkach”. Ludzie z obozów pracy. Tysiące, tysiące ludzi. Szukają, pytają – gdzie jest Polska Armia?!
To było gdzieś na Kubaniu. Na stacji kolejowej leżało kilku ludzi. Nadjechał pociąg. Patrzą… Polski wagon. Jedziemy!
Dojechali do Saratowa.
Człowiek w podartej „fufajce” stał się polskim żołnierzem. Tatiszczewo, później Kirgizja. A jeszcze później - wyjazd z ZSRR. I trzeba trafu – żołnierz jedzie znów polskim wagonem z dyrekcji Poznań. Gdy w Krasnowodsku wychodził z wagonu, ten powiedział: „Nie zapomnij. Pamiętaj, że i ja muszę wrócić…”
Iran – Irak- Palestyna, żołnierz zapomniał… Aż pewnej nocy miał straszny sen. Śniło mu się, że wagon kolejowy z dyrekcji Poznań przejechał przez niego, że zmiażdzył mu klatkę piersiową. Zaczął przez sen krzyczeć. Przebudził całą drużynę. Co się stało? – Zapomniałem! Wybacz polski wagonie kolejowy – już nie zapomnę. I ty niedługo wrócisz.
M.S.
http://video.google.com/videoplay?docid=6369182446762326220
zobacz wątek