Re: Lojalność
Owszem postrzegam Polskę jako moją Ojczyznę. Taką tożsamość zatroszczono się, aby mi wpoić. Faktem jest, że byliśmy jedną ze stron walczących, jednak trzeba rozróżnić pozycję najeźdzcy i...
rozwiń
Owszem postrzegam Polskę jako moją Ojczyznę. Taką tożsamość zatroszczono się, aby mi wpoić. Faktem jest, że byliśmy jedną ze stron walczących, jednak trzeba rozróżnić pozycję najeźdzcy i najeżdzanego. Wojny zawsze wszczynane są przez wariatów, wizjonerów i generalnie ludzi powodowanymi niskimi pobudkami. W ich chęci zdobywania nie ma miejsca na humanizm, a tym bardziej dobro drugiej strony. Poddanie się presji agresora w takim momencie to tchórzostwo, brak przekonań. Dla mnie nie ma nic gorszego niż popchnięcie człowieka do walki z innym, zmuszanie go do zabijania, żerowanie na strachu i poczuciu bezsilności.
Gdyby Hitler wygrał prawdopodobnie nie byłoby mnie na świecie. A cieszę się, że jednak mogę tego życia doświadczać ;) Pomimo wszystko.
Strażnik nie doświadczył wojny w swoim kraju... oglądał ją jednak. Jakie ma znaczenie na jakiej ziemi. Obrazy pozostają w pamięci na długo, jeśli nie na zawsze. Tylko się tak utarło, ze Niemcy byli zadowoleni. Zawsze znajdują się jednostki świadome, są jednak zagłuszane przez wrzeszczących pasjonatów. Hitler trafił na podatny grunt, plus jego retoryka. W skali makro Niemcy więcej tą wojną stracili, niż zyskali.
Z relacji strażników więziennych lub ludzi zniewolonych przez system zazwyczaj od lojalności silniejsza jest chęć przeżycia za wszelką cenę. Człowiek w sytuacji skrajnej jest w stanie zrobić coś, o czym normalnie by nie pomyślał.
Wyprodukowano w Chinach, pakowano w Polsce. Globalizacja ;)
Czynników jest wiele- poczynając od ekonomicznych po ludzkie. Konsumpcjonizm jest tak zaawansowany, że nie zastanawiamy się często nad napisem na kartonie soku pomarańczowego Dobre bo polskie ;) Ważne, że jest pod ręką. Kładzie się częściej nacisk na ilość. Prozaiczna rzecz- zakup prawdziwego chleba, bez spulchniaczy, wszelkich E. To graniczy z cudem :)
Co do pominięcia pewnych założeń w Twoim przykładzie... Przyznaję, zrobiłam to z premedytacją.
Sytuacja, choćby z tej przyczyny, ze dość mocno przeze mnie przetestowana, nie jest tak bardzo drastyczna. W ciągu ostatniego roku bywałam częściej w szpitalu, aniżeli przez całe dotychczasowe życie. Słyszałam wiele historii i najczęściej wynikało z nich, że w takich sytuacjach pracodawcy wykazują się bardzo dużym zrozumieniem. Zdrowie jest tym dobrem, którego nikomu nie należy odmawiać, a z drugiej strony większość ludzi ma w tym względzie jakieś osobiste doświadczenia.
Częstym jest nawet zjawiskiem chęć niesienia jakiejkolwiek pomocy. Nawet ktoś kogo do tej pory mogliśmy uważać za małostkowego może okazać się istotą z wrażliwym wnętrzem, zastrzeżonym dla nielicznych.
Z takiej sytuacji można wynieść więcej niż poczucie lojalności.
... "każdy ma prawo do części efektów własnej pracy" - chociaż mnie to nie przekonuje.
Dotyczyłoby to produktu końcowego, a nie narzędzi pracy czy surowców.
Tak to widzę. Myślę jednak, ze najczęściej taka forma rekompensaty przyjmowana jest w dużych firmach, bo jednak trudniej ten proceder przypisać do konkretnej osoby. Inna rzecz, że czasem są chęci, żeby coś zarobić na boku, a brak możliwości. Usłyszane w sobotę ja bym ci to załatwił, ale my nawet tyle w ciągu dnia nie produkujemy ;)
Co do stwierdzeń typu "taka praca jaka płaca", to w pełni je rozumiem, bo wielu za grosze haruje gorzej niż niewolnicy - bo niewolnik był inwestycją i trzeba było o niego dbać, a pracownika można wymienić na nowego.
Uważam, że wymagać powinnam przede wszystkim od siebie. Im ciężej pracuję, tym więcej mogę oczekiwać. Pracowdoawca wychodzący z założenia, że za marne pieniądze i fatalne traktowanie będzie miał dobrego, zaangażowanego pracownika jest idiotą. Takie myślenie ( że zarobię więcej przy niskich nakładach) jest złudne. Wzajemne zaufanie i szacunek procentują.
zobacz wątek