Widok
He HE HE.... ^_^
to znowu ja !!!!!! MARTUŚ , miałam Ci wyslać smsa, że bede dziś na HP, ale nie wyszło i znowu muszę pisać sama do siebie... ale nie ukrywajmy - ja to uwielbiam !!!!!!
przyjeżdzaj wreszcie, bo zima się zrobi a my tego prezentu jej nie damy :) Dostałam 2 z niemca z "wypowiedzi ustnej " o wsi ... buuuuuu.... jak ja nie cierpię tego języka.... wogóle to dół ! wszyscy gadają takie supermądre rzeczy o wojnie itp. itd. a ja się obrażam razem z Tobą na ten głupi świat !
przyjeżdzaj wreszcie, bo zima się zrobi a my tego prezentu jej nie damy :) Dostałam 2 z niemca z "wypowiedzi ustnej " o wsi ... buuuuuu.... jak ja nie cierpię tego języka.... wogóle to dół ! wszyscy gadają takie supermądre rzeczy o wojnie itp. itd. a ja się obrażam razem z Tobą na ten głupi świat !
...
Jestem kartką papieru
A Ty
Nie chowaj mnie pogniecionego do kieszeni…
Ja zawsze na blance stać będę
Z halabardą
Jestem Twoim strażnikiem
Deszczu Złoty
Burzo Wściekła
Ogniu Roztropny
Gdy zechcesz w końcu
Powiedzieć światu game over
Zastaniesz mnie siedzącego wśród lęków ludzkości
Zmierz się tedy ze mną na rękę
Jak wygrasz odejdę
Jak przegrasz odejdę…
A Ty
Nie chowaj mnie pogniecionego do kieszeni…
Ja zawsze na blance stać będę
Z halabardą
Jestem Twoim strażnikiem
Deszczu Złoty
Burzo Wściekła
Ogniu Roztropny
Gdy zechcesz w końcu
Powiedzieć światu game over
Zastaniesz mnie siedzącego wśród lęków ludzkości
Zmierz się tedy ze mną na rękę
Jak wygrasz odejdę
Jak przegrasz odejdę…
...
Po nocy dzień, a po dniu nie jedna noc jeszcze
Nim spłyną po nas zarzewia pokory
Nim gniewny starzec odrzuci za siebie
Drewnianą gorycz haniebnej zawiści
Po kropli deszczu ku Twemu obliczu
Odbędę podróż - wyruszę dziś jeszcze
Bo wśród meandrów, wśród aksamitu
Wiary, jawisz mi się jako akuratne czary
Nim deszczu struga co gniewne uderza pokłony
Z rozgrzanej tafli martwego asfaltu
Wyparować zdoła - za Twymi plecami
Zaczaję się ze sztyletem, ostrym jak pożądanie
Lśniącym jak jedwab ud, jak dostrzegalny ledwo
Błysk materii wcierającej się w Twe ciało
Ja - syn pierestrojki, stworzony przez system
Uciekam przeto, przed ojcem i matką
Nim minie dekada dopędzą mnie wściekle
Ma dusza już jednak będzie odkupiona
Poszukam gwiazdy, a za nią ku Tobie
Popłynę falą niezmierzonej trwogi
Nim matka krzyknie, nim zaklnie ojciec
Zdobędę piekieł nieosiągalne progi
Zaprawdę wejdę do ciemnej komnaty
Gdzie grzech jedynie snuje się wśród belek sufitu
Zawezmę całun okrywający Twe ciało
A wśród jego przezroczy zapanuje era pożądania
Nim dobry Bóg otworzy zaspane oczy
Napsuję świat tak, aby go przez tysiąclecia
Naprawiać musiał rękoma własnymi
Styranymi znojem ciężkiej pracy fizycznej
I będzie nowy Adam, będzie nowa Ewa
Za rękę związani balansować będziemy
Po targanej wiatrem dzwonnicy
Której strop i wręgi drewniane
Lizane wściekłymi płomieniami
Jak herbatniki kruszyć się będą
I zechcą zapewne ku ziemi nas strącić
A nawet głębiej
Bóg jedyny również musi walczyć
By nadal pozostać jedynym
I nam tylko ujrzeć dane będzie
Turkusowe fale mknące przez oceany zawiści
Gdy winę naszą skruszony świat obaczy
Nie stanie pomnik ni kamienna tablica
Niosąca na sobie jarzmo Twego piękna
A łzy nie będą już płynąć po niezmierzonej
Polanie policzków, bo wyklętych dzieci
Nikt żałować nie będzie, nie będzie czekać nikt
Ich zmartwychwstania, kamieniami mogiły obrzucą
Bo Ty, jedyna kieszeń mej głębi
Przez nich znienawidzona, przeze mnie ukochana
Na zawsze wśród niebiańskich aniołów
I wszelakich piekieł demonów
Jeden wspólny po wsze czasy obejmiesz tron
Za halabardą ukryty zawezmę zamiary
Dożywotniego u stóp Twych pełnienia służby
By nocą wśród kolumn królewskiej sali
Być skrytym gościem wśród Twojej pościeli
By wciąż na nowo karać zapomnianych
Przez ludzkie żądze poborców cnoty
I zdechłe szczury im w każdym posiłku
Namiętnie chować co by gniew natury
Ułagodzić cichym pomrukiem rozkoszy
Łagodną nutą delikatnej poezji
Przebijającej twe ciało ku losu kolejom
Które wciąż, jak wąż co swój ogon pożera
Nie mogą się wyrwać z nieskończonej matni
Doprawdy w gwiazdach mędrcy pisali
Ostatnie strofy wielkiego dzieła dezaktywacji
Ostatecznego katharsis płynącego przez nieboskłony
Przez boskie busole wytyczonym kursem
Nim szczur ostatni z pokładu ucieknie
Wypijmy z bosmanem ostatnią
Szklaneczkę rumu, by godnie
Otrzeć się o ostateczne zwątpienie
Jakże długo jeszcze trwać będzie nasza podróż?
Oh Ulissesie teraz jedynie mogę zrozumieć
Głębokie cienie twej wiecznej męki
Na lewo za najbliższą gwiazdą a potem prosto
Ku przeznaczeniu bo tak już musi być
Nie ma zbrodni bez kary nie ma mnie bez
Ciebie
Ty jesteś mą zbrodnią a ja Twoją karą
Nim świtania zwiastun
Spod baldachimów nas zerwie na nogi
Nim straże co im się krew w żyłach gotuje
Przekroczą próg komnaty rozpusty
I nim w środku zimy
Na pożarcie głodnym wilkom północy
Mnie rzucą ku wiecznej przestrodze
Oddaj mi raz jeszcze swe ciało
Chcę wciąż pamiętać
Że warto uciekać z nieba
By dotknąć anioła bez skrzydeł
Popłyńmy razem przez zielone fale Bałtyku
Przez pokoje sypialne galaktyk
A wokół nas kwitną rododendrony
Okala nas bluszcz trujący jak brudna rzeka
Nie ku zgubie stworzony
Lecz ku uciesze dla jak postronki napiętych nerwów
Na których zawieszamy swe ciała
Jak na kołkach wszechświata
A ileż jeszcze nam minut zostało
Nim sfora czarnych zastępów
Dzierżących nieprzyjazne chorągwie nienawiści
Przybije do pala pokorną asertywność
Nim dwie srebrne strzały znów nas rozdzielą
Ile?
Trochę jeszcze...
Gdzieżby jakaś świętość zatrzymać mnie mogła
Skryję się pod sutanną, habitem, pod krynoliną nawet
Moja Kirke, moja Femme Fatale
Wrócę po tysiąckroć silniejszy
Po raz wtóry wskrzeszony
By znowu się wedrzeć między Twoje zasłony
A teraz, choć deszcz Twą suknię w ciało przemienia
Choć dzwony raz po raz na trwogę biją
Widzę w Twych oczach szybę bezkresną
Jak tafla lodu mokrą
I widzę jak w myślach karmisz gołębie
Jak klezmer patrzy spode łba w Twe nuty
Tak widać już być musi
Że dolomity wiary pod obcą ręką się łamią
Przesypują się klepsydry rozkoszy
I nim ostatnie ziarnko upadnie na stos pokuty
Odwrócę...
Mój postillion d'amour nie jednego konia
Podkuwać będzie, w niejednej karczmie
Pościeli zazna, lecz dotrze
Nim wiatr zadmie w drugą stroną
Nim Cyryl - szarlatan najpierwszą
Zniszczy swą dumą głagolicę
Doczekasz się tedy Godota
I ruszę z mymi kalibany na podbój świata
A oni, ci którzy w nas nigdy nie wierzyli
O własne rodziny drżeć teraz będą
Kłamcy bez sumienia
Lecz wariografy wiary
Kłuć ich będą igłami sumienia
A nasz tryumf widoczny będzie
Jak góra Synaj!
I u kresu życia odwiedzę mą Mekkę
I otrę się o prześwięty al-hadżar al aswad
By już na zawsze zbawionym się poczuć
Gorący alembik wychylę
Na Twym ciele inkluzji dokonam
A Ty tak piękna
Tak wciąż śmiercionośna
Jak skąpana w lodowatym słońcu Czogori
Uśmiechniesz się ku memu zdrowiu
A już jutro
Znów odwiedzę Twą duszę...
Nim spłyną po nas zarzewia pokory
Nim gniewny starzec odrzuci za siebie
Drewnianą gorycz haniebnej zawiści
Po kropli deszczu ku Twemu obliczu
Odbędę podróż - wyruszę dziś jeszcze
Bo wśród meandrów, wśród aksamitu
Wiary, jawisz mi się jako akuratne czary
Nim deszczu struga co gniewne uderza pokłony
Z rozgrzanej tafli martwego asfaltu
Wyparować zdoła - za Twymi plecami
Zaczaję się ze sztyletem, ostrym jak pożądanie
Lśniącym jak jedwab ud, jak dostrzegalny ledwo
Błysk materii wcierającej się w Twe ciało
Ja - syn pierestrojki, stworzony przez system
Uciekam przeto, przed ojcem i matką
Nim minie dekada dopędzą mnie wściekle
Ma dusza już jednak będzie odkupiona
Poszukam gwiazdy, a za nią ku Tobie
Popłynę falą niezmierzonej trwogi
Nim matka krzyknie, nim zaklnie ojciec
Zdobędę piekieł nieosiągalne progi
Zaprawdę wejdę do ciemnej komnaty
Gdzie grzech jedynie snuje się wśród belek sufitu
Zawezmę całun okrywający Twe ciało
A wśród jego przezroczy zapanuje era pożądania
Nim dobry Bóg otworzy zaspane oczy
Napsuję świat tak, aby go przez tysiąclecia
Naprawiać musiał rękoma własnymi
Styranymi znojem ciężkiej pracy fizycznej
I będzie nowy Adam, będzie nowa Ewa
Za rękę związani balansować będziemy
Po targanej wiatrem dzwonnicy
Której strop i wręgi drewniane
Lizane wściekłymi płomieniami
Jak herbatniki kruszyć się będą
I zechcą zapewne ku ziemi nas strącić
A nawet głębiej
Bóg jedyny również musi walczyć
By nadal pozostać jedynym
I nam tylko ujrzeć dane będzie
Turkusowe fale mknące przez oceany zawiści
Gdy winę naszą skruszony świat obaczy
Nie stanie pomnik ni kamienna tablica
Niosąca na sobie jarzmo Twego piękna
A łzy nie będą już płynąć po niezmierzonej
Polanie policzków, bo wyklętych dzieci
Nikt żałować nie będzie, nie będzie czekać nikt
Ich zmartwychwstania, kamieniami mogiły obrzucą
Bo Ty, jedyna kieszeń mej głębi
Przez nich znienawidzona, przeze mnie ukochana
Na zawsze wśród niebiańskich aniołów
I wszelakich piekieł demonów
Jeden wspólny po wsze czasy obejmiesz tron
Za halabardą ukryty zawezmę zamiary
Dożywotniego u stóp Twych pełnienia służby
By nocą wśród kolumn królewskiej sali
Być skrytym gościem wśród Twojej pościeli
By wciąż na nowo karać zapomnianych
Przez ludzkie żądze poborców cnoty
I zdechłe szczury im w każdym posiłku
Namiętnie chować co by gniew natury
Ułagodzić cichym pomrukiem rozkoszy
Łagodną nutą delikatnej poezji
Przebijającej twe ciało ku losu kolejom
Które wciąż, jak wąż co swój ogon pożera
Nie mogą się wyrwać z nieskończonej matni
Doprawdy w gwiazdach mędrcy pisali
Ostatnie strofy wielkiego dzieła dezaktywacji
Ostatecznego katharsis płynącego przez nieboskłony
Przez boskie busole wytyczonym kursem
Nim szczur ostatni z pokładu ucieknie
Wypijmy z bosmanem ostatnią
Szklaneczkę rumu, by godnie
Otrzeć się o ostateczne zwątpienie
Jakże długo jeszcze trwać będzie nasza podróż?
Oh Ulissesie teraz jedynie mogę zrozumieć
Głębokie cienie twej wiecznej męki
Na lewo za najbliższą gwiazdą a potem prosto
Ku przeznaczeniu bo tak już musi być
Nie ma zbrodni bez kary nie ma mnie bez
Ciebie
Ty jesteś mą zbrodnią a ja Twoją karą
Nim świtania zwiastun
Spod baldachimów nas zerwie na nogi
Nim straże co im się krew w żyłach gotuje
Przekroczą próg komnaty rozpusty
I nim w środku zimy
Na pożarcie głodnym wilkom północy
Mnie rzucą ku wiecznej przestrodze
Oddaj mi raz jeszcze swe ciało
Chcę wciąż pamiętać
Że warto uciekać z nieba
By dotknąć anioła bez skrzydeł
Popłyńmy razem przez zielone fale Bałtyku
Przez pokoje sypialne galaktyk
A wokół nas kwitną rododendrony
Okala nas bluszcz trujący jak brudna rzeka
Nie ku zgubie stworzony
Lecz ku uciesze dla jak postronki napiętych nerwów
Na których zawieszamy swe ciała
Jak na kołkach wszechświata
A ileż jeszcze nam minut zostało
Nim sfora czarnych zastępów
Dzierżących nieprzyjazne chorągwie nienawiści
Przybije do pala pokorną asertywność
Nim dwie srebrne strzały znów nas rozdzielą
Ile?
Trochę jeszcze...
Gdzieżby jakaś świętość zatrzymać mnie mogła
Skryję się pod sutanną, habitem, pod krynoliną nawet
Moja Kirke, moja Femme Fatale
Wrócę po tysiąckroć silniejszy
Po raz wtóry wskrzeszony
By znowu się wedrzeć między Twoje zasłony
A teraz, choć deszcz Twą suknię w ciało przemienia
Choć dzwony raz po raz na trwogę biją
Widzę w Twych oczach szybę bezkresną
Jak tafla lodu mokrą
I widzę jak w myślach karmisz gołębie
Jak klezmer patrzy spode łba w Twe nuty
Tak widać już być musi
Że dolomity wiary pod obcą ręką się łamią
Przesypują się klepsydry rozkoszy
I nim ostatnie ziarnko upadnie na stos pokuty
Odwrócę...
Mój postillion d'amour nie jednego konia
Podkuwać będzie, w niejednej karczmie
Pościeli zazna, lecz dotrze
Nim wiatr zadmie w drugą stroną
Nim Cyryl - szarlatan najpierwszą
Zniszczy swą dumą głagolicę
Doczekasz się tedy Godota
I ruszę z mymi kalibany na podbój świata
A oni, ci którzy w nas nigdy nie wierzyli
O własne rodziny drżeć teraz będą
Kłamcy bez sumienia
Lecz wariografy wiary
Kłuć ich będą igłami sumienia
A nasz tryumf widoczny będzie
Jak góra Synaj!
I u kresu życia odwiedzę mą Mekkę
I otrę się o prześwięty al-hadżar al aswad
By już na zawsze zbawionym się poczuć
Gorący alembik wychylę
Na Twym ciele inkluzji dokonam
A Ty tak piękna
Tak wciąż śmiercionośna
Jak skąpana w lodowatym słońcu Czogori
Uśmiechniesz się ku memu zdrowiu
A już jutro
Znów odwiedzę Twą duszę...
...
Prowadzisz mnie
Wśród meandrów
Swych pocałunków
Zaskakujących dotyków
A ja brnę w zdradzie
W zimnej zielonej poświacie
Gdy żarówki pękają
Pękają
Wznoszę twarz ku niebu
Smutek płynie przez
Moje oczy
Ale świat tak chce
Że kieruje nami siła
Zesłana przez boskiego adwersarza
By zabić w nas sumienie
Że żarówki mogą znów pękać
Po kryjomu
W tajemnicy
Przed tymi
I tamtym
A kiedy łzy wyschną
Grzech powróci
Zniszczy nas
I zbuduje nam dom
Otuli ciepłą pościelą
Wyśle telegram do samego diabła
A ten zjawi się o czasie
I bezwstydnie patrzyć będzie
Na nasze zbrukane grzechem
Gorące ciała
Jednoczące się po nocach
Umierające w cierpieniu
Gdy nadejdzie
Dzień sądu...
Wśród meandrów
Swych pocałunków
Zaskakujących dotyków
A ja brnę w zdradzie
W zimnej zielonej poświacie
Gdy żarówki pękają
Pękają
Wznoszę twarz ku niebu
Smutek płynie przez
Moje oczy
Ale świat tak chce
Że kieruje nami siła
Zesłana przez boskiego adwersarza
By zabić w nas sumienie
Że żarówki mogą znów pękać
Po kryjomu
W tajemnicy
Przed tymi
I tamtym
A kiedy łzy wyschną
Grzech powróci
Zniszczy nas
I zbuduje nam dom
Otuli ciepłą pościelą
Wyśle telegram do samego diabła
A ten zjawi się o czasie
I bezwstydnie patrzyć będzie
Na nasze zbrukane grzechem
Gorące ciała
Jednoczące się po nocach
Umierające w cierpieniu
Gdy nadejdzie
Dzień sądu...
...
Z siedmiu
Ja sam
Ty wiesz
Ty też
Ale ja sam...
Nie zapomnę uderzenia w twarz, gdy deszcz zacierał ślady
Nie zapomnę splunięcia, gdy brałeś ode mnie zaufanie
Gdy postawiłem votum, gdy chciałeś walczyć
Nie zapomnę twej skurwysyńskiej twarzy, która zawsze kojarzyć
Się będzie z krzykami siedmiu niewinnych
Nie potrzebuję
Wiesz czego mi trzeba
Twojej śmierci
Na zawsze
Wszędzie
By nigdzie już cię nie zostało
Pamiętam tamte lata, śnieg z deszczem, marne kalosze za siedem złotych
Zaufanie, o nieposzlakowanej opinii
Do czasu
Aż sprzedałeś mnie, a ja nie mogłem cię nienawidzić
Ja nie mogłem cię nienawidzić
A teraz cię nienawidzę...
Dziś wznoszę twarz ku niebu
Wybaczam
Błagam Boga
Niech zlituje się nad tobą
Niech przebaczy ci winy
Niech przyjmie do siebie
Ja cię tam wyślę
Zdychaj
Ja sam
Ty wiesz
Ty też
Ale ja sam...
Nie zapomnę uderzenia w twarz, gdy deszcz zacierał ślady
Nie zapomnę splunięcia, gdy brałeś ode mnie zaufanie
Gdy postawiłem votum, gdy chciałeś walczyć
Nie zapomnę twej skurwysyńskiej twarzy, która zawsze kojarzyć
Się będzie z krzykami siedmiu niewinnych
Nie potrzebuję
Wiesz czego mi trzeba
Twojej śmierci
Na zawsze
Wszędzie
By nigdzie już cię nie zostało
Pamiętam tamte lata, śnieg z deszczem, marne kalosze za siedem złotych
Zaufanie, o nieposzlakowanej opinii
Do czasu
Aż sprzedałeś mnie, a ja nie mogłem cię nienawidzić
Ja nie mogłem cię nienawidzić
A teraz cię nienawidzę...
Dziś wznoszę twarz ku niebu
Wybaczam
Błagam Boga
Niech zlituje się nad tobą
Niech przebaczy ci winy
Niech przyjmie do siebie
Ja cię tam wyślę
Zdychaj
...
Za ogniem przyszedł płacz
Chodnik był słony od łez
Hydranty ciskały nadzieję
Lecz krótko…
Za płaczem nie przyszło już nic
Jedynie koroner podjechał swym
Zielonym oplem
Utopił śmierć w formularzach
I nadał jej status prawny
A z boku wśród wężów i pomp
Stał strażak bez wykształcenia
Po zawodówce był
Za płaczem nie przyszło już nic
Lecz strażak tulił do piersi
Zwęgloną temperaturą
Co niejednemu piekłu obca nie jest
Lalkę
I ani myślał przestawać płakać…
Chodnik był słony od łez
Hydranty ciskały nadzieję
Lecz krótko…
Za płaczem nie przyszło już nic
Jedynie koroner podjechał swym
Zielonym oplem
Utopił śmierć w formularzach
I nadał jej status prawny
A z boku wśród wężów i pomp
Stał strażak bez wykształcenia
Po zawodówce był
Za płaczem nie przyszło już nic
Lecz strażak tulił do piersi
Zwęgloną temperaturą
Co niejednemu piekłu obca nie jest
Lalkę
I ani myślał przestawać płakać…
...
Gdy skakałem po dachach
I gubiłem swe ciało wśród zimnych rynien
Ty spałaś w cieple pościeli
Otulona miłością bliźniego
Gdy wpełzłem przez okna
Sufitem wędrowałem ku Tobie
Delikatny jedwab okrywał
Twe piersi
Twe biodra
Twe pośladki
Sięgnąwszy firan zakrzyknąłem triumfalnie
Spłodziłem popłoch i krzyki
Hektolitry wody zalały mnie ze wszech stron
A Ty płakałaś
Płakałeś ze strachu przede mną
Choć ja zawsze kochać Cię będę
Wdarły się łzy, rozpacz
A każdy co wśród gapiów
Rozwagą teraz eksplodował
W nienawiści do mnie
Gryzł paznokcie
A ja Cię przecież tylko kocham
I co poradzić mogę
Na niedoskonałość
Własnej aparycji
To wbrew naturze
Wiem
I gubiłem swe ciało wśród zimnych rynien
Ty spałaś w cieple pościeli
Otulona miłością bliźniego
Gdy wpełzłem przez okna
Sufitem wędrowałem ku Tobie
Delikatny jedwab okrywał
Twe piersi
Twe biodra
Twe pośladki
Sięgnąwszy firan zakrzyknąłem triumfalnie
Spłodziłem popłoch i krzyki
Hektolitry wody zalały mnie ze wszech stron
A Ty płakałaś
Płakałeś ze strachu przede mną
Choć ja zawsze kochać Cię będę
Wdarły się łzy, rozpacz
A każdy co wśród gapiów
Rozwagą teraz eksplodował
W nienawiści do mnie
Gryzł paznokcie
A ja Cię przecież tylko kocham
I co poradzić mogę
Na niedoskonałość
Własnej aparycji
To wbrew naturze
Wiem
...
Wśród błękitnych jak Twoje oczy
Fal Bałtyku
Zostawiłem gdzieś życie przypadkiem
Jak ja nieszczęsny mam
Je teraz odnaleźć?
Mobilizacja
Ustrój ponagla systemy nerwowe
A jakże
Nie obejdzie się przecież
Bez przyspieszonego kursu umierania…
Wszystkie komórki podniecone
Żadna wszak nie chce dać plamy
W tak uroczystym dniu
Naczelnik Mózg wygłosił krótką przemowę
Jeszcze raz pożegnał się z wszystkimi
Uścisnął rękę generałowi Serce
I zarządził umieranie…
Wyłączono oddychanie
Wyłączono krwioobieg
Nareszcie emerytura…
Śmierć przyszła w chwilę potem…
Fal Bałtyku
Zostawiłem gdzieś życie przypadkiem
Jak ja nieszczęsny mam
Je teraz odnaleźć?
Mobilizacja
Ustrój ponagla systemy nerwowe
A jakże
Nie obejdzie się przecież
Bez przyspieszonego kursu umierania…
Wszystkie komórki podniecone
Żadna wszak nie chce dać plamy
W tak uroczystym dniu
Naczelnik Mózg wygłosił krótką przemowę
Jeszcze raz pożegnał się z wszystkimi
Uścisnął rękę generałowi Serce
I zarządził umieranie…
Wyłączono oddychanie
Wyłączono krwioobieg
Nareszcie emerytura…
Śmierć przyszła w chwilę potem…
...
Wciąż
Na nowo odkrywam
Geometrie Twego ciała
Wśród szeptów
Gniewnych
Zazdrosnych spojrzeń
Słońce nad stepem
Topi resztki pożądania
Za
Widnokręgiem czeka nas
Oczyszczenie
Wśród drzew
Niezmierzonej Tajgi
Szukam Ciebie
Nim mróz skuje serca
Przybędę
Na dachu świata
Kochamy się co dnia
W sąsiedztwie
Morderców
Co serca ich kamienne
Wypełnia pasywna nienawiść
A gdy opadnie
Deszczowa zasłona
Osnuje nas mgłą zwątpienia
Pochłonie nas morze bezsensu
Zgubimy się
Na kolejny milion lat...
Na nowo odkrywam
Geometrie Twego ciała
Wśród szeptów
Gniewnych
Zazdrosnych spojrzeń
Słońce nad stepem
Topi resztki pożądania
Za
Widnokręgiem czeka nas
Oczyszczenie
Wśród drzew
Niezmierzonej Tajgi
Szukam Ciebie
Nim mróz skuje serca
Przybędę
Na dachu świata
Kochamy się co dnia
W sąsiedztwie
Morderców
Co serca ich kamienne
Wypełnia pasywna nienawiść
A gdy opadnie
Deszczowa zasłona
Osnuje nas mgłą zwątpienia
Pochłonie nas morze bezsensu
Zgubimy się
Na kolejny milion lat...
...
Kim jesteś, Ty, która bawisz się Zmysłami?
Z premedytacją...
Zamykasz żaluzje, zasłony
Pogrążamy się w ciemności
Nadzy, gorący
Odchodzisz...
Muskasz włosami moją twarz
Wiesz, że odpływam w nicość
Lubisz to
Ale nie dotrzymasz mi towarzystwa...
Może kiedy indziej...
Kiedy dotykam Twych ust
Potoki rozkoszy przerywają tamę rozsądku
I nie słucham Mądrego Starca
Który cichutko płacze nad mymi grzechami...
Przerywasz nić błogiej nieświadomości
Pod kocem pragnienia
Czuję się obecnie zupełnie nagi
Gdy twój gniew sięgnie zenitu
Stracę nawet ten koc...
A potem, nim minie jedna dekada
Znów mnie zaprosisz do siebie
Dasz przyjemność rozpustnego obcowania
I będę Cię kochał
I będę Cię nienawidził...
Z premedytacją...
Zamykasz żaluzje, zasłony
Pogrążamy się w ciemności
Nadzy, gorący
Odchodzisz...
Muskasz włosami moją twarz
Wiesz, że odpływam w nicość
Lubisz to
Ale nie dotrzymasz mi towarzystwa...
Może kiedy indziej...
Kiedy dotykam Twych ust
Potoki rozkoszy przerywają tamę rozsądku
I nie słucham Mądrego Starca
Który cichutko płacze nad mymi grzechami...
Przerywasz nić błogiej nieświadomości
Pod kocem pragnienia
Czuję się obecnie zupełnie nagi
Gdy twój gniew sięgnie zenitu
Stracę nawet ten koc...
A potem, nim minie jedna dekada
Znów mnie zaprosisz do siebie
Dasz przyjemność rozpustnego obcowania
I będę Cię kochał
I będę Cię nienawidził...
...
Nocne bytowanie
Wbija osinowy kołek
W ludzką rozwagę
Wiem
Jestem wampirem dnia
Słońce można przekupić
Jak każdego...
Jestem obłąkany krwią
Tańczę w poświacie śmierci
I wciąż nie mogę przestać
Wieczne potępienie
Wieczny głód
Wieczna pokuta
Ale przecież i tak bywa...
Zagraj mi jeszcze raz
Tą smutną melodię
Na stuletnim fortepianie
Spod którego płynie krew pokoleń
Powalonych potęgą
Czarnych barw
Melancholii...
Wbija osinowy kołek
W ludzką rozwagę
Wiem
Jestem wampirem dnia
Słońce można przekupić
Jak każdego...
Jestem obłąkany krwią
Tańczę w poświacie śmierci
I wciąż nie mogę przestać
Wieczne potępienie
Wieczny głód
Wieczna pokuta
Ale przecież i tak bywa...
Zagraj mi jeszcze raz
Tą smutną melodię
Na stuletnim fortepianie
Spod którego płynie krew pokoleń
Powalonych potęgą
Czarnych barw
Melancholii...
...
Na trwogę biją dzwony
Ulice pełne zgiełku
I codziennego chaosu
Nikną wśród napastliwej kolonii
Kropli deszczu
Ja wiem
Mea Culpa...
Oddałem życie w opiekę czasu
Ciężkie zegary jak kat
I nauczyciel zarazem
Każą surowo
Za mój prywatny smutek
Ja wiem
Mea Culpa...
Wśród brudu ulic
Wśród czerni uczuć
Ukrywamy się dziś przed deszczem oczyszczenia
Pod dziurawymi parasolami
Ja wiem
Mea Culpa...
Ulice pełne zgiełku
I codziennego chaosu
Nikną wśród napastliwej kolonii
Kropli deszczu
Ja wiem
Mea Culpa...
Oddałem życie w opiekę czasu
Ciężkie zegary jak kat
I nauczyciel zarazem
Każą surowo
Za mój prywatny smutek
Ja wiem
Mea Culpa...
Wśród brudu ulic
Wśród czerni uczuć
Ukrywamy się dziś przed deszczem oczyszczenia
Pod dziurawymi parasolami
Ja wiem
Mea Culpa...
...
I dokąd zmierzasz
Odkąd uciekłaś spod opieki absurdalnej
Nicości?
Żyjesz inną stroną świadomości
I co?
Świat to broszka
Przyczepiłem to do klapy
Ale mi nie pasuje...
Zbyt pretensjonalne...
Za moimi drzwiami nie spotkasz proroka
Nie wskażę ci drogi
Nie pocieszę słowem
Nie okryję kocem
Żyję inną stroną świadomości
A twój absurd umiera...
Wraz ze mną...
Odkąd uciekłaś spod opieki absurdalnej
Nicości?
Żyjesz inną stroną świadomości
I co?
Świat to broszka
Przyczepiłem to do klapy
Ale mi nie pasuje...
Zbyt pretensjonalne...
Za moimi drzwiami nie spotkasz proroka
Nie wskażę ci drogi
Nie pocieszę słowem
Nie okryję kocem
Żyję inną stroną świadomości
A twój absurd umiera...
Wraz ze mną...
...
Biegnie...
Jej włosy falują czyniąc ze mnie najszczęśliwszego obserwatora pod
Słońcem
Wiatr przeplata się z jej oddechem
Ociera zuchwale o jej ciało
Dotyka piersi, brzucha
Wieje z północy
A więc z naszej krainy. Wiatr jest przecież naszym starym
Przyjacielem
Pamiętam, jak się poznaliśmy...
A teraz on wlatuje w jej usta
Drażni oczy
Bagatelizuje mnie
Moje prawa
Zdrajca
Zazdrosny? Ja?
A on?
s*******!!
Jej włosy falują czyniąc ze mnie najszczęśliwszego obserwatora pod
Słońcem
Wiatr przeplata się z jej oddechem
Ociera zuchwale o jej ciało
Dotyka piersi, brzucha
Wieje z północy
A więc z naszej krainy. Wiatr jest przecież naszym starym
Przyjacielem
Pamiętam, jak się poznaliśmy...
A teraz on wlatuje w jej usta
Drażni oczy
Bagatelizuje mnie
Moje prawa
Zdrajca
Zazdrosny? Ja?
A on?
s*******!!