Odpowiadasz na:

Re: MAMUSIE I DZIECIACZKI GRUDNIOWE 2012 (3)

witajcie dziewczyny:) Modern_Lady może Twój synek ma jednak plan na Nowy Rok wyskoczyć? kto wie? W kwestii kolek, Marysia póki co nie ma, ale mój brat swojemu dziecku podawał właśnie ten niemiecki... rozwiń

witajcie dziewczyny:) Modern_Lady może Twój synek ma jednak plan na Nowy Rok wyskoczyć? kto wie? W kwestii kolek, Marysia póki co nie ma, ale mój brat swojemu dziecku podawał właśnie ten niemiecki środek jak wszystkie inne zawiodły i to pomogło.
A my z Marysią dzisiaj po kolejnej wizycie u pediatry i kamień z serca mi spadł bo mała w końcu zaczęła przybierać na wadze i dobiła do wagi którą mała przy urodzeniu. Juz trochę opanowałyśmy kwestię karmienia piersią, Marysia uczyła sie mnie a ja jej ale w końcu zaskoczyło i po trudnych początkach jakoś idzie. Poczytałam też, co pisałyście wcześniej o karmieniu i uspokoiłam się, bo w pewnym momencie czułam z każdej niemal strony nacisk że muszę piersią karmić a dokarmianie mm to krzywda wielka. Co do samego mojego porodu na Klinicznej to wyglądało mniej więcej tak:
12.12 koło 9:30 zjawiliśmy się z mężem na IP na Klinicznej, było tam może 3 osoby oczekujące, zaczęło się od papierologii, potem przebrałam się, badanie ciśnienia, tętna małej, badanie przez lekarza i studentów (troje ich było, każdy "wymacał" mi brzuch, żeby określić położenie dziecka), kolejne papiery, i potem na porodówkę trafiłam. Tam znów papierologia, część pytań ta sama co na IP, pobrali krew do badania, ciśnienie, tętno i czekanie. Po 11 trafiłam na salę operacyjną, samo cc poszło bardzo sprawnie o 11:40 Pani doktor wyjęła Marysię z brzucha, szybko ją wytarli i przyłożyli do mnie na dosłownie kilka sekund, żeby mała poczuła mój zapach, dałam buziaka i zabrali ją do ważenia, mierzenia itd, a ja p[rzez kolejnych 25 minut byłam zszywana. potem sala pooperacyjna, myślałam że przywiozą mi Marysię, ale najpierw musieli ją dogrzewać a potem tam był taki "sajgon" (cesarka za cesarką), że dzieciaczków nie przynosili mamom. Mąż przyniósł mi małą dopiero jak przyjechał raz jeszcze po południu. Oczywiście na pooperacyjnej kolejne pytania i formularze, jak już trochę doszłam do siebie. Do wieczora tam leżałam a wieczorem przewieźl imnie na salę ogólną bo musieli zrobić miejsce bo kolejne cc było. (Większość tych cięć mieli ponoć z patologii). Marysię położna przywiozła mi dopiero w czwartek rano i od tej pory była już ze mną. Trafiłam na salę dwuosobową i w sumie bardzo mi to odpowiadało. Generalnie wnioski mam takie, że papiery i formularze są ważne, sam zabieg i opieka na sali operacyjnej ok, póżniej na pooperacyjnej też w porządku, gorzej na położniczej, bo tam już się jest zdanym samym na siebie i koleżanki z pokoju, choć zależało to też od osób na zmianie,
poza tym ile położnych tyle zdań w kwestii kąpieli, pielęgnacji itp, każda mówiła co innego, no i jest jeszcze pani od laktacji, jako osobny "temat". Pani przyszła, próbowała "pomóc" przystawić mi dziecko do piersi, tyle tylko że Marysia nie chciała ssać bo nie miała za bardzo co (ale pani nie zapytała czy już laktacja poszła), mimo tego pani za wszelka cenę i niemal na siłę chciała Marysię przystawić ale po kilku minutach dała sobie spokój i poradziła, że najlepiej żeby mąż przyjechał i mi pomagał małą przystawiać, potem nie pojawiła się już ani razu mimo że byłyśmy do niedzieli w szpitalu. od koleżanki wiedziałam jak rozbudzić laktację więc pracowała m z laktatorem i w końcu poszło. a do sposobu karmienia doszłam sama z pomocą położnej środowiskowej. Więc pani od laktacji zdecydowanie przereklamowana jak dla mnie. No i jeszcze jedna kwestia o której pisała kiedyś Modern_Lady, lepiej mieć wszystko swoje, bo nawet soli fiziologicznje do przemywania oczek nie mieli, paracetamol tez im się kończył i lepiej żeby mieć swój. To mniej więcej tyle na szybkiego napisane między karmieniami :) pozdrawiamy z Marysią:)

zobacz wątek
13 lat temu
~teresek

Cytat:

Odpowiedź

Autor

Ogłoszenie
Polityka prywatności
do góry