Widok
czasem można zgarnąć dotację nie tylko unijne ale także z różnych lokalnych instytucji:
- urząd pracy, dotacje do własnej firmy lub pomoc w doposażenia stanowisk pracy -(zielonalinia,gov,pl)
- czasem urząd miasta prowadzi konkursy na różne biznesy i zapewnia tanie lokale w atrakcyjnych lokalizacjach ale takie akcje są raz do roku, różnie się nazywają
- są różnego rodzaju " inkubatory przedsiębiorczości " plus nazwa miasta, trzeba googlować
- czasami banki mają dobre promocje dla młodych firm ,czasem na samo prowadzenie rachunku a czasem to korzystny kredyt inwestycyjny...
- urząd pracy, dotacje do własnej firmy lub pomoc w doposażenia stanowisk pracy -(zielonalinia,gov,pl)
- czasem urząd miasta prowadzi konkursy na różne biznesy i zapewnia tanie lokale w atrakcyjnych lokalizacjach ale takie akcje są raz do roku, różnie się nazywają
- są różnego rodzaju " inkubatory przedsiębiorczości " plus nazwa miasta, trzeba googlować
- czasami banki mają dobre promocje dla młodych firm ,czasem na samo prowadzenie rachunku a czasem to korzystny kredyt inwestycyjny...
Dobrego kremu w kuszącym ciachu nigdy za wiele ...
A tak serio jak miałbym się bawić w ten biznes raz jeszcze, to popytałbym o ludzi, którzy żyją z załatwiania finansowania. Oni mają swoich ziomków od biznesplanów. W tej zabawie liczy się skuteczność pozyskiwania środków, a nie artystyczny poziom rysowania szlaczków.
Dobry biznesplan jest istotny, ale nic nie znaczy, gdy nie wiesz jak go przepchnąć.
Jakieś 15 lat temu potrzebowałem finansowania dla jednego mojego pomysłu. Znalazłem sobie dojście nie byle gdzie, bo do samego dużego zagramanicznego banku z siedzibą we Wrocku. Pojechaliśmy sobie na towarzyskie spotkanko do Wrocka, a okazało się, że przeczołgali nas jak rekrutów na poligonie w czasie deszczu. Szczęście, że pojechałem samym sobą, więc przynajmniej próbowałem walczyć. Oczywiście koniec końców poległem i finansowania nie dostałem. A potem już więcej nie popełniłem tego błędu, żeby jechać tylko z biznesplanem, nawet takim co się broni.
Zawsze mówiłem, że knajpa to super sprawa. Tylko klienci (nie goście) są wkurzający.
A tak serio jak miałbym się bawić w ten biznes raz jeszcze, to popytałbym o ludzi, którzy żyją z załatwiania finansowania. Oni mają swoich ziomków od biznesplanów. W tej zabawie liczy się skuteczność pozyskiwania środków, a nie artystyczny poziom rysowania szlaczków.
Dobry biznesplan jest istotny, ale nic nie znaczy, gdy nie wiesz jak go przepchnąć.
Jakieś 15 lat temu potrzebowałem finansowania dla jednego mojego pomysłu. Znalazłem sobie dojście nie byle gdzie, bo do samego dużego zagramanicznego banku z siedzibą we Wrocku. Pojechaliśmy sobie na towarzyskie spotkanko do Wrocka, a okazało się, że przeczołgali nas jak rekrutów na poligonie w czasie deszczu. Szczęście, że pojechałem samym sobą, więc przynajmniej próbowałem walczyć. Oczywiście koniec końców poległem i finansowania nie dostałem. A potem już więcej nie popełniłem tego błędu, żeby jechać tylko z biznesplanem, nawet takim co się broni.
Zawsze mówiłem, że knajpa to super sprawa. Tylko klienci (nie goście) są wkurzający.
kiszona kapusta, smażone grzyby i pikantne papryczki nie mogą być złe
ja dzisiaj mam do zrobienia naleśniki z takim farszem ....
Właśnie mi się przypomniało jak przyjechali do nas do firmy goście z Norwegi, wyjęli kanapki i jedli je nożem i widelcem, radośnie przy tym posmarkując i chruchrając ! To się dopiero nazywa szok kulturowy
ja dzisiaj mam do zrobienia naleśniki z takim farszem ....
Właśnie mi się przypomniało jak przyjechali do nas do firmy goście z Norwegi, wyjęli kanapki i jedli je nożem i widelcem, radośnie przy tym posmarkując i chruchrając ! To się dopiero nazywa szok kulturowy
Dwa tygodnie temu zrobiłem cały słój utopenców. To taka czeska przekąska - grube parówki faszerowane musztardą (dałem dijon) oraz cebulą (czerwoną i żółtą) pod pierzynką z kiszonej kapusty w zalewie octowej (ocet jabłkowy). Dodałem jeszcze szczodrze tych tajskich papryczek, o których kiedyś tam wspominałem, i przyprawy korzenne. Właśnie wyciągnąłem jedną z samej góry, coby popróbować. Jesoooo. Nawet z tym nie dilujcie. Jeśli będę przestrzegał zasad i pożerał tylko jedną dziennie to po 9 stycznia (wszystkiego najlepszego Szuroczko) odwiedzanie mnie w celach degustacyjnych będzie bez sensu.
Parowkom mówię zawsze nie bo to najgorszy sort mięsa...tam jest wszystko. Niemniej pikantne kiełbaski bym zjadla,oj tak!
Mieszkam tu z muzułmaninem(nie, nie z tych co wysadzają wszystko po kolei) i jedyną jego prośba było żebym nie gotowała i nie trzymała w lodówce wieprzowiny...i na święta robiłam gołąbki z mielonym kurczakiem. I już wiem dlaczego nigdy nie byłam fanką nadzienia gołąbków, mogło dla mnie nie istniec-tylko kapusta i sos! Okazało się,że świnia jest zdecydowanie dla mnie za intensywna w połączeniu z delikatną kapusta i sosem. Polecam, zdecydowanie inny wymiar gołąbków odkryłam ;) czy to też podchodzi pod gwałt kulinarny na tradycjach??
Mieszkam tu z muzułmaninem(nie, nie z tych co wysadzają wszystko po kolei) i jedyną jego prośba było żebym nie gotowała i nie trzymała w lodówce wieprzowiny...i na święta robiłam gołąbki z mielonym kurczakiem. I już wiem dlaczego nigdy nie byłam fanką nadzienia gołąbków, mogło dla mnie nie istniec-tylko kapusta i sos! Okazało się,że świnia jest zdecydowanie dla mnie za intensywna w połączeniu z delikatną kapusta i sosem. Polecam, zdecydowanie inny wymiar gołąbków odkryłam ;) czy to też podchodzi pod gwałt kulinarny na tradycjach??
Jestem zdecydowanym zwolennikiem zdrowego żarcia i powolnego przyjmowania pokarmów. Parówki są najgorsze. Ale nawet Gillian Mc Keith twierdzi, że 20% wyrzeczeń z zasad zdrowego żywienia jest dopuszczalnych. To parówkowe szaleństwo mieści więc w tymże przedziale. A w zasadzie jak sobie na szybko wykalkulowałem zajmuje dokładnie 13,4% limitu. Dlatego popiłem je spirytusem pomieszanym z pepsi w proporcjach 1:1 i tym sposobem dobiłem do pełnych 20%.
W Belfegorze tez nie mam poduszek powietrznych, tacy goście jak ja umierają jak prawdziwi mężczyźni, a nie dziamdziaki w rurkach.
W Belfegorze tez nie mam poduszek powietrznych, tacy goście jak ja umierają jak prawdziwi mężczyźni, a nie dziamdziaki w rurkach.
Ponoć nie ma w życiu nic pewnego, ale to nieprawda. Są rzeczy stuprocentowo pewne. Jedną z nich jest to, ze jak człowiek przyzna się do zjedzenia parówki, to zawsze usłyszy/przeczyta, jakie to świństwo. Zwykle padają wtedy słowa o zmielonych ścięgnach, skórze, chrząstkach i sutkach. Ja tam bardzo rzadko to jem. Jak już to berlinki, albo parówki z szynki. Z musztardą rosyjską albo mozdrechem kaszebsczim.
Gwoli sprawiedliwości: podstawowy składnik typowych parówek ze sklepu, czyli MOM, szkodliwy nie jest. Badziew bo badziew, ale o niebo bardziej szkodliwe są dodatki chemiczne do parówek w postaci azotynów czy fosforanów.
A wręcz słyszałem/czytałem, że MOM jest wyżej ceniony od zwykłego mięsa na Dalekim Wschodzie - bo ma większą zawartość wapnia.
Ja miałem na parówki wieloletni szlaban. Za schyłkowego Gierka parówy w sosie musztardowym to było jedno z najpopularniejszych dań obiadowych w szkolnej stołówce (i w domu też stosunkowo często gościło).
Obecnie zdarza mi się je pożreć, kiedy gdzies "w plenerze", szczególnie za kółkiem, najdzie mnie śniadaniowa potrzeba. Kilka cienkich parówek, ze dwie bułki i słoik majonezu bądź keczapu. Musztarda juz zupełnie nie. Bardziej mi podchodzi do "cięższych" smaków, czyli np. do salcesonu czy golonki. Choć i tak preferuję chrzan albo musztardę z chrzanem.
A wręcz słyszałem/czytałem, że MOM jest wyżej ceniony od zwykłego mięsa na Dalekim Wschodzie - bo ma większą zawartość wapnia.
Ja miałem na parówki wieloletni szlaban. Za schyłkowego Gierka parówy w sosie musztardowym to było jedno z najpopularniejszych dań obiadowych w szkolnej stołówce (i w domu też stosunkowo często gościło).
Obecnie zdarza mi się je pożreć, kiedy gdzies "w plenerze", szczególnie za kółkiem, najdzie mnie śniadaniowa potrzeba. Kilka cienkich parówek, ze dwie bułki i słoik majonezu bądź keczapu. Musztarda juz zupełnie nie. Bardziej mi podchodzi do "cięższych" smaków, czyli np. do salcesonu czy golonki. Choć i tak preferuję chrzan albo musztardę z chrzanem.
Jest ten cholesterol czy go nie ma? Smarowidło do maszyn, czyli olej palmowy zagęszczony przy pomocy chromu i niklu zaczęto ludziom sprzedawać w postaci margaryny i wtedy spopularyzowany został termin "cholesterol" mający uzasadnić ten przekręt. Paniętam piramidki żywienia, na których radzono, by jeść nie więcej niż 5 jajek w tygodniu. A obecnie przyjmuje się, że i 5 dziennie można wcinać bez szkody dla zdrowia. To teraz jak nie wylać dziecka z kąpielą i rzeczowo wyjaśnić, o co chodzi z tym cholesterolem?
@Cross:
Przegapiłeś fakt, ze alkohol rozpuszcza i wypłukuje złogi cholesterolowe ;]
A poważnie: Oczywiście, że nie cały. Ale nie da się kupić majonezu w małych słoiczkach, wielkości np. koncentratu pomidorowego.
@Kruku:
Od lat mam przekonanie, graniczące z pewnością, że wszelkie diety służą głównie dietetykom. Każdy z nich ma inną teorię żywieniowa i oczywiście każda z nich jest tą jedną jedyną prawidłową.
Na swoje potrzeby nie słucham i nie czytam pierdół, ale słucham się swojego organizmu. Sam mi mówi, czego potrzebuje, a czego nie chce tknąć.
Przegapiłeś fakt, ze alkohol rozpuszcza i wypłukuje złogi cholesterolowe ;]
A poważnie: Oczywiście, że nie cały. Ale nie da się kupić majonezu w małych słoiczkach, wielkości np. koncentratu pomidorowego.
@Kruku:
Od lat mam przekonanie, graniczące z pewnością, że wszelkie diety służą głównie dietetykom. Każdy z nich ma inną teorię żywieniowa i oczywiście każda z nich jest tą jedną jedyną prawidłową.
Na swoje potrzeby nie słucham i nie czytam pierdół, ale słucham się swojego organizmu. Sam mi mówi, czego potrzebuje, a czego nie chce tknąć.
Taki naprzykład:
Za jogurtami generalnie nie przepadam, szczególnie słodkimi, owocowymi. Wolę kefir czy mleko zsiadłe. W sezonie robie sobie z nich koktail owocowy.
W tym roku, na wiosnę mnie "siekło". Wpitalałem aż do wczesnej jesieni po 5-6 półlitrowych jogurtów dziennie.
Dopiero niedawno zajarzyłem, skąd mi się to wzięło. Dłuższa kuracja antybiotykowa w maju wyjałowiła mi kompletnie przewód pokarmowy.
Organizm musiał odbudować florę bakteryjną.
Za jogurtami generalnie nie przepadam, szczególnie słodkimi, owocowymi. Wolę kefir czy mleko zsiadłe. W sezonie robie sobie z nich koktail owocowy.
W tym roku, na wiosnę mnie "siekło". Wpitalałem aż do wczesnej jesieni po 5-6 półlitrowych jogurtów dziennie.
Dopiero niedawno zajarzyłem, skąd mi się to wzięło. Dłuższa kuracja antybiotykowa w maju wyjałowiła mi kompletnie przewód pokarmowy.
Organizm musiał odbudować florę bakteryjną.
Ano, madam. Udelate sami sebe:
https://bozka.cz/utopenci-4-nejoblibenejsi-recepty/
https://bozka.cz/utopenci-4-nejoblibenejsi-recepty/
Zdecydowanie parówki fubu, i do tego koniecznie te grube, drobno mielone.
Moja ulubiona przekąska w okolicach 12 piwa w czasach, gdy jeszcze mieszkałem w Górach Bystrzyckich i stołowałem się u Milana w Vyshehradska Restaurace. Zaraz obok smażonego hermelina (którego spożywałem w okolicach 3 piwa) oraz smażonych w głębokim tłuszczu grundli (które spożywałem pomiędzy, ale sam musiałem je skądś przytargać a Milan tylko je przyrządzał). I wędzone migdały na przekąskę ala long. Ale co ja tam wiem, co nie? :-)))
Moja ulubiona przekąska w okolicach 12 piwa w czasach, gdy jeszcze mieszkałem w Górach Bystrzyckich i stołowałem się u Milana w Vyshehradska Restaurace. Zaraz obok smażonego hermelina (którego spożywałem w okolicach 3 piwa) oraz smażonych w głębokim tłuszczu grundli (które spożywałem pomiędzy, ale sam musiałem je skądś przytargać a Milan tylko je przyrządzał). I wędzone migdały na przekąskę ala long. Ale co ja tam wiem, co nie? :-)))
Na samiuśkim początku XXIw dosyć aktywnie korzystałem z usenetu, szczególnie z pl.rec.kuchnia. Tam się pierwszy raz spotkałem z utopencami. I pamiętam właśnie dyskusję nt kiełbasek bazowych do topielców. Wyszło, że to serdelki lub parówki, choć do dzisiaj nie kumam różnicy :) Różne były szkoły ich przyrządzania. Część kroiła w ćwiartki, część (jak w przepisach podrzuconych przez BMtF) jedynie je nacinała.
Pewnie jak z naszym bigosem - nazwa zbiorcza a każdy robi nieco inaczej.
W tym samym czasie zaciekawił mnie również "zaprażany syr". ALe to juz sam parokrotnie przećwiczyłem na naszym Camembercie. Z różnymi skutkami, bo nie tak hop siup usmażyć sera, żeby nie wypływał na boki. Ale zdarzało się...
I rzeczywiście... nie ma lepszej popitki do tego, niż piwo :)
Pewnie jak z naszym bigosem - nazwa zbiorcza a każdy robi nieco inaczej.
W tym samym czasie zaciekawił mnie również "zaprażany syr". ALe to juz sam parokrotnie przećwiczyłem na naszym Camembercie. Z różnymi skutkami, bo nie tak hop siup usmażyć sera, żeby nie wypływał na boki. Ale zdarzało się...
I rzeczywiście... nie ma lepszej popitki do tego, niż piwo :)
Może i chodziło o to, że drzewiej parówki musiały być cielęce, a te wieprzowe nazywało się serdelkami. Nie wiem, nawet jeżeli technologia produkcji żywności nadal używa takiego podziału to w języku potocznym on już nie funkcjonuje, bo są parówki cielęce, parówki z szynki, a nawet polędwica sopocka czy polędwiczki z łososia. Nazwy handlowe wyparły już dawno nomenklaturę technologiczną, a w zasadzie wręcz zawłaszczyły ja nadając nowe znaczenia.
Kiełbaski do utopenców to powinny być drobno mielone serdelki wieprzowe z tych grubych produkowane poprzez parzenie kiełbasek.
Mam nadzieję fubu, że o to chodziło, bo shejtowałaś mój wpis wyjątkowo lakonicznie :-)))
Na ten ser mogę podać protip, jaki podpatrzyłem w CZ. My robimy tak, że miziamy krążek sera w jajcu, potem w bułce, potem znowu w jajcu i znowu w bułce i na patelnię. Czesi robią to inaczej, mieszają bułkę z rozbitym jajem i robią takie ciasto - strouhanka s vejcem, w tym miziają krążek ser i smażą. Po paru próbach wyłapiesz właściwą konsystencję, na początku człowiek zawsze dodaje za dużo bułki i ciasto jest za suche. W odpowiedniej konsystencji uzyskuje genialną lepkość i obkleja ser jak należy.
Kiełbaski do utopenców to powinny być drobno mielone serdelki wieprzowe z tych grubych produkowane poprzez parzenie kiełbasek.
Mam nadzieję fubu, że o to chodziło, bo shejtowałaś mój wpis wyjątkowo lakonicznie :-)))
Na ten ser mogę podać protip, jaki podpatrzyłem w CZ. My robimy tak, że miziamy krążek sera w jajcu, potem w bułce, potem znowu w jajcu i znowu w bułce i na patelnię. Czesi robią to inaczej, mieszają bułkę z rozbitym jajem i robią takie ciasto - strouhanka s vejcem, w tym miziają krążek ser i smażą. Po paru próbach wyłapiesz właściwą konsystencję, na początku człowiek zawsze dodaje za dużo bułki i ciasto jest za suche. W odpowiedniej konsystencji uzyskuje genialną lepkość i obkleja ser jak należy.
A być może, niezła inspiracja. Jadałem utopence w różnych rejonach CZ, też na SK, ale jakoś nigdy nie dostałem innych, aniżeli z serdelków.
Prawdę powiedziawszy, bardziej niż same kiełbaski podchodzi mi mieszanka kapuściano cebulowa z przyprawami korzennymi i papryczkami:)
A jeśli chodzi o kanony, no cóż, pewien czeski wojak mawiał, że jest wiele rzeczy, których nie wolno, ale można :-))
Prawdę powiedziawszy, bardziej niż same kiełbaski podchodzi mi mieszanka kapuściano cebulowa z przyprawami korzennymi i papryczkami:)
A jeśli chodzi o kanony, no cóż, pewien czeski wojak mawiał, że jest wiele rzeczy, których nie wolno, ale można :-))