Widok
Ja po trzech rozmowach dostałam telefon, że nie zostałam przyjęta. Rozmowa była komiczna, pani z Haysa jakoby przepraszała mnie w imieniu OIE że nie podali przyczyny dlaczego nie zostałam zakwalifikowana. Myślę, że to świadczy o tym jak OIE traktuje potencjalnych kandydatów.. Ostatecznie chyba cieszę się, że mnie nie przyjmą, na nich świat się nie kończy :D
A co jeśli miało się trzy rozmowy i nie dostało się informacji o nieprzyjęciu tylko mówią żeby czekać?
To znaczy, że mogę liczyć na tę pracę, ale muszę uzbroić się w cierpliwość?
A może wiadomo już, że mnie nie chcą, nic nie mówią, a ja czekam już od miesiąca.
Pewnie jest parę osób w podobnej sytuacji.
Co uważacie?
To znaczy, że mogę liczyć na tę pracę, ale muszę uzbroić się w cierpliwość?
A może wiadomo już, że mnie nie chcą, nic nie mówią, a ja czekam już od miesiąca.
Pewnie jest parę osób w podobnej sytuacji.
Co uważacie?
Nie, stwierdzilam, ze jak juz cos beda wiedziec to sami sie skontaktuja. Mysle, ze jesli do piatku sie nie odezwa to sie sama poftyguje... Na pewno potrzebowali/ potrzebuja nowych praownikow skoro zainwestowali w Haysa, ktorego uslugi sa dosyc kosztowne... Chociaz teraz juz sama nie wiem co myslec...
Hej! Do mnie dzwoniła Babka z Hays'a w zeszłym tygodniu i prosiła mnie o cierpliwość.. Trochę z tym zwlekają, a moja cierpliwość pomału już się kończy.... Ciekawe co wymaga tak dużego zastanowienia... Albo chcą zatrudnić, albo nie... Hm... Ciekawe ile ludzi potrzebują w tym rzucie.. Jakie w ogóle mieliście pytania na tych rozmowach ? Nie wiem w ogóle po co aż trzy.. No, ale nic.. Trzeba czekać...
Ja osobiście chciałam wyrazić moje zdanie na temat firmy Laureate, która kompletnie nie szanuje ludzi i jest nieodpowiedzialna.
Na pierwszy rzut oka wszystko wygląda profesjonalnie i elegancko, jednak nie polecam nikomu współpracy z tak niepoważnym pracodawcą.
To jakiś absurd, żeby zapraszać ludzi na 4 etapy rekrutacji (prawie jak do FBI, rozmowy po angielsku, wideokonferencje) , stresować ich, marnować ich czas, następnie powiedzieć wybranym, że są idealni na stanowisko i otrzymują rekomendację, a następnie... kazać czekać. Okazuje się, że firma ogłasza nabór pracowników, ale nie wie czy otworzy takie stanowiska i właściwie nie zna warunków współpracy. Dziwna kolejność. Miało się wyjaśnić po kilku dniach, potem po tygodniu maximum, a w efekcie czekam już ponad miesiąc. Dostaję informację, że moja kandydatura jest na liście do zatrudnienia, ale mam uzbroić się w cierpliwość lub szukać jakiejś innej pracy w międzyczasie. Szukam, szukam, zaczęłam już jakiś czas temu, bo widzę z kim mam do czynienia, ale denerwuje mnie to, że zmarnowałam tyle czasu i poświęciłem tyle nerwów i starania.
Nie wiem ile może zabrać firmie decyzja o tym czy się kogoś zatrudni czy nie, ale najwidoczniej nasi polscy parobkowie nie są tak istotni dla wielkich amerykańskich inwestorów, więc można traktować jak pionki, popijać dalej kawkę, nie spieszyć się ... poza tym - chyba nie ta kolejność. Wypadałoby najpierw się dowiedzieć czy będzie się kogoś zatrudniało czy nie i na jakich warunkach, a dopiero potem zapraszać na tysiąc rozmów, po których każe się komuś czekać miesiącami w nadziei i radości, że ma się pracę.
Poza tym, słyszałam od kilku osób, które pracowały kiedyś w Laureate, że odeszły z powodu fikcyjności realnych możliwości awansu i rozwoju, a poza tym koordynatorzy grup cieszą się wysoką pensją, a w zamian zrzucają całe "wyrabianie limitów" (samo "wyrabianie limitów" brzmi okropnie) na swoje grupy "podwładnych" , sami nie robiąc nic. Bat nad głową , wykorzystywanie i dozgonne uwięzienie za telefonem. Tyle, że po angielsku.
Na pierwszy rzut oka wszystko wygląda profesjonalnie i elegancko, jednak nie polecam nikomu współpracy z tak niepoważnym pracodawcą.
To jakiś absurd, żeby zapraszać ludzi na 4 etapy rekrutacji (prawie jak do FBI, rozmowy po angielsku, wideokonferencje) , stresować ich, marnować ich czas, następnie powiedzieć wybranym, że są idealni na stanowisko i otrzymują rekomendację, a następnie... kazać czekać. Okazuje się, że firma ogłasza nabór pracowników, ale nie wie czy otworzy takie stanowiska i właściwie nie zna warunków współpracy. Dziwna kolejność. Miało się wyjaśnić po kilku dniach, potem po tygodniu maximum, a w efekcie czekam już ponad miesiąc. Dostaję informację, że moja kandydatura jest na liście do zatrudnienia, ale mam uzbroić się w cierpliwość lub szukać jakiejś innej pracy w międzyczasie. Szukam, szukam, zaczęłam już jakiś czas temu, bo widzę z kim mam do czynienia, ale denerwuje mnie to, że zmarnowałam tyle czasu i poświęciłem tyle nerwów i starania.
Nie wiem ile może zabrać firmie decyzja o tym czy się kogoś zatrudni czy nie, ale najwidoczniej nasi polscy parobkowie nie są tak istotni dla wielkich amerykańskich inwestorów, więc można traktować jak pionki, popijać dalej kawkę, nie spieszyć się ... poza tym - chyba nie ta kolejność. Wypadałoby najpierw się dowiedzieć czy będzie się kogoś zatrudniało czy nie i na jakich warunkach, a dopiero potem zapraszać na tysiąc rozmów, po których każe się komuś czekać miesiącami w nadziei i radości, że ma się pracę.
Poza tym, słyszałam od kilku osób, które pracowały kiedyś w Laureate, że odeszły z powodu fikcyjności realnych możliwości awansu i rozwoju, a poza tym koordynatorzy grup cieszą się wysoką pensją, a w zamian zrzucają całe "wyrabianie limitów" (samo "wyrabianie limitów" brzmi okropnie) na swoje grupy "podwładnych" , sami nie robiąc nic. Bat nad głową , wykorzystywanie i dozgonne uwięzienie za telefonem. Tyle, że po angielsku.