Widok
Tylko nie AA, ja jestem wierzący i praktykujący, a AA jest dla ciot :)
No dobra, żartuję, głupio ale jednak :)
Beskid Niski też jest ok. A w Bieszczadach nie byłem ze 25 lat. Jakbym chciał dzisiaj szukać samotności, to pojechał bym do Finnmark. Do dzisiaj wspominam piękną Laponkę, której płaciłem za paliwo na stacji w Alcie. Angielski znała mocno minimalnie, a norweski słabo :)
No dobra, żartuję, głupio ale jednak :)
Beskid Niski też jest ok. A w Bieszczadach nie byłem ze 25 lat. Jakbym chciał dzisiaj szukać samotności, to pojechał bym do Finnmark. Do dzisiaj wspominam piękną Laponkę, której płaciłem za paliwo na stacji w Alcie. Angielski znała mocno minimalnie, a norweski słabo :)
A dziękuję:-).
Też mieszkałam na odludziu. Z jednej strony las, z drugiej, bardzo blisko wydmy porośniete wrzosami. Kilka lat.
Wspominam dość tęgiego Skandynawa, który każdego roku na święta przebierał sie za Mikołaja. Jeżdził wozem ciagnietym przez konie i rzucał cukierki.
Był przemiły. Choć zawsze te ich północne uśmiechy wydawły mi się takie powierzchowne. Nie z serca. Ale może to moje subiektywne odczucie.
Ok. Teraz chce znalezć w Polsce takie miejsca, w które można uciec. Na chwilę bądz na dłuzej.
Z Twojego kontaktu z pewnościa skorzystam. Jeśli nie teraz to pozniej.
Teraz, jesli znajdę cos blizej pojadę bliżej. Ale Bieszczad nie wykluczam.Bo moze bliżej nic nie będzie.
Całkiem mozliwe,że jeszcze w pazdzierniku będę w miejscu, które mi poleciłeś.
Maila napisałam.
Wymarudziłam wszystkie pytania i wątpliwosci.
Czekam na odpowiedz.
Uff. no to pierwszy krok za mna.
a raczej drugi. bo dziś już szykowałam ciuchy na całodzienne włóczenie się.
Panie M. dzieki
Też mieszkałam na odludziu. Z jednej strony las, z drugiej, bardzo blisko wydmy porośniete wrzosami. Kilka lat.
Wspominam dość tęgiego Skandynawa, który każdego roku na święta przebierał sie za Mikołaja. Jeżdził wozem ciagnietym przez konie i rzucał cukierki.
Był przemiły. Choć zawsze te ich północne uśmiechy wydawły mi się takie powierzchowne. Nie z serca. Ale może to moje subiektywne odczucie.
Ok. Teraz chce znalezć w Polsce takie miejsca, w które można uciec. Na chwilę bądz na dłuzej.
Z Twojego kontaktu z pewnościa skorzystam. Jeśli nie teraz to pozniej.
Teraz, jesli znajdę cos blizej pojadę bliżej. Ale Bieszczad nie wykluczam.Bo moze bliżej nic nie będzie.
Całkiem mozliwe,że jeszcze w pazdzierniku będę w miejscu, które mi poleciłeś.
Maila napisałam.
Wymarudziłam wszystkie pytania i wątpliwosci.
Czekam na odpowiedz.
Uff. no to pierwszy krok za mna.
a raczej drugi. bo dziś już szykowałam ciuchy na całodzienne włóczenie się.
Panie M. dzieki
Jest takie stare przysłowie:
"człowiek planuje, Pan Bog kule nosi."
a może:
"Czlowiek planuje a Pan Bóg się śmieje".
I coś w tym jest.
Po pierwsze- nie dostałam jeszcze odpowiedz na maila.
Po drugie, odebrałam za to telefon i w piatek mam pracę.
Oczywiście. po niedzieli MOGĘ znowu mieć tydzień przerwy, a może i dwa tygodnie, ale to nic pewnego. A w Bieszczady na krócej niż tydzień nie wybiore się.
Tak węc czekam, na kolejne niemanie pracy, bo mając przerwy w pracy trzydniowe to raczej nie przejdzie.
Pozostaje mi wybrać na na grzyby. Na halę w Gdyni.
Dziś cudownie zmokłam.
I jeszcze pytanie do Pana M , jeśli tu zajrzy.
Przeczytałam, że w Bieszczadach sa niezbędne kalosze. Przyznaję, że moja znajomość gór ogranicza się tylko do Tatr, Karkonoszy i Pirenejow, ale włócząc się tamtejszymi szlakami nie używalam kaloszy. W ogóle to chyba się nie nadaje do chodzenia. Więc może to tylko takie gadanie, że trzeba miec kalosze. Wezme zwykłe buty "w góry" jesli pojadę. Czy to wystarczy?
"człowiek planuje, Pan Bog kule nosi."
a może:
"Czlowiek planuje a Pan Bóg się śmieje".
I coś w tym jest.
Po pierwsze- nie dostałam jeszcze odpowiedz na maila.
Po drugie, odebrałam za to telefon i w piatek mam pracę.
Oczywiście. po niedzieli MOGĘ znowu mieć tydzień przerwy, a może i dwa tygodnie, ale to nic pewnego. A w Bieszczady na krócej niż tydzień nie wybiore się.
Tak węc czekam, na kolejne niemanie pracy, bo mając przerwy w pracy trzydniowe to raczej nie przejdzie.
Pozostaje mi wybrać na na grzyby. Na halę w Gdyni.
Dziś cudownie zmokłam.
I jeszcze pytanie do Pana M , jeśli tu zajrzy.
Przeczytałam, że w Bieszczadach sa niezbędne kalosze. Przyznaję, że moja znajomość gór ogranicza się tylko do Tatr, Karkonoszy i Pirenejow, ale włócząc się tamtejszymi szlakami nie używalam kaloszy. W ogóle to chyba się nie nadaje do chodzenia. Więc może to tylko takie gadanie, że trzeba miec kalosze. Wezme zwykłe buty "w góry" jesli pojadę. Czy to wystarczy?
"Wtrance" się na chwilę, bo rozumiem, ze rzecz dotyczy pytania o ustronne miejsce w Bieszczadach. Nie pamiętam już w którym wątku to było. Nie mogę znaleźć. Może Edward Nożycoręki się rozpędził i już nie ma. Ale meilem mogę coś poradzić. Publicznie to nie. Nie dlatego, ze moje, moje, moje i nikomu nie powiem. Forum to jednak forum. Z definicji jest publiczne. A tam o 5 rano żubry przychodzą. I wilczyca z małymi krąży. To @anna podaj meila, a ja napiszę. A może już wszystko dogadane, wtedy sorry, mnie tu w ogóle nie było - jak powiedział płk Kwiatkowski. Pozdrawiam
To ja być może wiem, gdzie to :)
Kiedyś czaiłem się żubry obejrzeć na żywo, zasadziłem się o 2 w nocy i marzłem do 7. Miały przyjść do wodopoju. Nie napisze do którego potoku :) Nawet żubrzego ogona nie widziałem wtedy. A były to czasy, kiedy jeszcze paliłem, i nie dość, że siedziałem w lesie nad wodą 5 godzin bez ruchu, to jeszcze nie mogłem zajarać, ech życie :)
Kalosze w Bieszczadach to jakieś nieporozumienie, zgubisz je po pierwszym deszczu. Tam trzeba mieć porządne wiązane glany na twardej podeszwie. No co prawda większość gór to kopce, ale po deszczu robi się ciężko. Moją osobistą ścianą płaczu była Lackowa, ale to w Niskim. W Bieszczadach fajnie podchodzi się na Caryńską, zwaną tez Berehowską, z Berehów właśnie. Ale to już cywilizacja, jest PKS.
Kiedyś czaiłem się żubry obejrzeć na żywo, zasadziłem się o 2 w nocy i marzłem do 7. Miały przyjść do wodopoju. Nie napisze do którego potoku :) Nawet żubrzego ogona nie widziałem wtedy. A były to czasy, kiedy jeszcze paliłem, i nie dość, że siedziałem w lesie nad wodą 5 godzin bez ruchu, to jeszcze nie mogłem zajarać, ech życie :)
Kalosze w Bieszczadach to jakieś nieporozumienie, zgubisz je po pierwszym deszczu. Tam trzeba mieć porządne wiązane glany na twardej podeszwie. No co prawda większość gór to kopce, ale po deszczu robi się ciężko. Moją osobistą ścianą płaczu była Lackowa, ale to w Niskim. W Bieszczadach fajnie podchodzi się na Caryńską, zwaną tez Berehowską, z Berehów właśnie. Ale to już cywilizacja, jest PKS.
Właśnie mi te kalosze za nic nie pasowały. I dobrze. Nie muszę ich kupować. A buty do chodzenia po górach mam.
dopiero wróciłam.
Najpierw odebrałam lekarstwo, Potem miałam piekny 2, 5 godzinny spacer w deszczu.
Z psem oczywiście.
Moja ulubiona pogoda.
Tak samo jak słoneczna, wietrzna, mrożna, upalna itd
dopiero wróciłam.
Najpierw odebrałam lekarstwo, Potem miałam piekny 2, 5 godzinny spacer w deszczu.
Z psem oczywiście.
Moja ulubiona pogoda.
Tak samo jak słoneczna, wietrzna, mrożna, upalna itd
No to dzisiaj pizza.
Zaczęło się od oliwek. Byłem onegdaj w lidlu po gruyer i appenzeller, a zauważyłem przecenione oliwki diavolo. Miło mi się diavolo kojarzy to kupiłem, były ohydne.
Najpierw ciasto: 1/3 kostki drożdży. trochę cukru i ciepłej wody, odstawiamy. Jak drożdże zaczną się roić dodajemy 2 szklanki mąki, trochę oliwy i ciepłego piwa tyle, coby wyrobić elastyczne ciasto. Odstawiamy do wyrośnięcia. Po wyrośnięciu rozciągamy na placek.
Myki:
1. jeżeli ciasto ma być elastyczne i cienkie używamy jak najdrobniejszej mąki pszennej, 405 będzie ok,
2. jeżeli lubimy razowe ciasto mieszamy mąki 50:50, ale ciasto razowe będzie mniej elastyczne i tym samym trochę grubsze,
3. mąka owsiana - jak dodamy ciasto będzie chrupiące.
Ja mam kiepski piekarnik więc robię tak, że najpierw placek rozciągnięty na blasze podpiekam sam, 13 min w 225 st, jak kto ma termoobieg nie musi tego robić tylko może od razu obłożyć ciasto dobrem i piec całe.
Myk:
ciasto pośrodku nakłuwamy widelcem a po brzegach nie, tym sposobem brzegi urosną a środek pozostanie płaski.
Po wstępnym upieczeniu ciasta szybciutko wyciągamy blachę i dajemy pokrojony czosnek, pokrojony ser mozarella, na to te oliwki lidlowe niby diavolo co są kiepskie, anchois (helskie, ze szprotów, kosmiczny pomysł), garść pokrojonych maślaków, garść pomidorków koktajlowych i całość z powrotem do pieca, u mnie na 13 min w 225 st.
Myk:
na ciasto kładziemy ser, a dobroci na wierzch, dzięki temu ser się rozpuści, dobroci wtopią się w ser, a woda z dobroci zamiast wsiąknąć w ciasto ze szkodą dla ciasta odparuje sobie w górę.
Myk:
po wyjęciu z pieca oprószamy oregano.
Wciągnąłem dwa kawałki zapijając tmavym zlatym bazantem (chyba Martinez mi go zostawił). Jestem kontent i lubię, jak mi w domu pachnie świeżą pizzą.
Pisałem już przepis na pizzę? Nie pamiętam.
Smacznego.
Zaczęło się od oliwek. Byłem onegdaj w lidlu po gruyer i appenzeller, a zauważyłem przecenione oliwki diavolo. Miło mi się diavolo kojarzy to kupiłem, były ohydne.
Najpierw ciasto: 1/3 kostki drożdży. trochę cukru i ciepłej wody, odstawiamy. Jak drożdże zaczną się roić dodajemy 2 szklanki mąki, trochę oliwy i ciepłego piwa tyle, coby wyrobić elastyczne ciasto. Odstawiamy do wyrośnięcia. Po wyrośnięciu rozciągamy na placek.
Myki:
1. jeżeli ciasto ma być elastyczne i cienkie używamy jak najdrobniejszej mąki pszennej, 405 będzie ok,
2. jeżeli lubimy razowe ciasto mieszamy mąki 50:50, ale ciasto razowe będzie mniej elastyczne i tym samym trochę grubsze,
3. mąka owsiana - jak dodamy ciasto będzie chrupiące.
Ja mam kiepski piekarnik więc robię tak, że najpierw placek rozciągnięty na blasze podpiekam sam, 13 min w 225 st, jak kto ma termoobieg nie musi tego robić tylko może od razu obłożyć ciasto dobrem i piec całe.
Myk:
ciasto pośrodku nakłuwamy widelcem a po brzegach nie, tym sposobem brzegi urosną a środek pozostanie płaski.
Po wstępnym upieczeniu ciasta szybciutko wyciągamy blachę i dajemy pokrojony czosnek, pokrojony ser mozarella, na to te oliwki lidlowe niby diavolo co są kiepskie, anchois (helskie, ze szprotów, kosmiczny pomysł), garść pokrojonych maślaków, garść pomidorków koktajlowych i całość z powrotem do pieca, u mnie na 13 min w 225 st.
Myk:
na ciasto kładziemy ser, a dobroci na wierzch, dzięki temu ser się rozpuści, dobroci wtopią się w ser, a woda z dobroci zamiast wsiąknąć w ciasto ze szkodą dla ciasta odparuje sobie w górę.
Myk:
po wyjęciu z pieca oprószamy oregano.
Wciągnąłem dwa kawałki zapijając tmavym zlatym bazantem (chyba Martinez mi go zostawił). Jestem kontent i lubię, jak mi w domu pachnie świeżą pizzą.
Pisałem już przepis na pizzę? Nie pamiętam.
Smacznego.
Od kiedy tu REGULARNIE zaglądam nie przypominam sobie przepisu na pizze, ale może mi umknął. Nie należę do osób spostrzegawczych.
Przepis zanotuję. Mój syn bardzo lubi pizze. Przestaniemy zamawiać, zaczniemy piec.
Może nawet wykorzystam to co napisałeś już w tym tygodniu.
Nie mam światła w dwóch pokojach.
Tak sobie myślę, ze w jednym to chyba wystarczy przymocować takie plastikowe cudo i wkręcic w to cudo żarówkę. Brak światła w drugim pokoju rozwiązałam stawiając tam lampę. A moze bym i w moim postawiła lampę. wtedy nie muszę kombinowac z plastikowym cudem. Popatrzę w necie na ogłoszenia, może ktoś sprzedaje.
A teraz przepisze pizze do kajecika
Przepis zanotuję. Mój syn bardzo lubi pizze. Przestaniemy zamawiać, zaczniemy piec.
Może nawet wykorzystam to co napisałeś już w tym tygodniu.
Nie mam światła w dwóch pokojach.
Tak sobie myślę, ze w jednym to chyba wystarczy przymocować takie plastikowe cudo i wkręcic w to cudo żarówkę. Brak światła w drugim pokoju rozwiązałam stawiając tam lampę. A moze bym i w moim postawiła lampę. wtedy nie muszę kombinowac z plastikowym cudem. Popatrzę w necie na ogłoszenia, może ktoś sprzedaje.
A teraz przepisze pizze do kajecika
Taką dzisiaj zrobiłem.
Za każdym razem robię inną, bo akurat inne dodatki są pod ręką.
Osobiście uwielbiam pizzę serową, z mozarellą, camembertem, fetą i oscypkiem - ale to jest bomba kaloryczna.
Często też dodaję pikantne papryki, świetne są zwłaszcza greckie: http://alma24.pl/produkt/142557574/papryka-zlota-grecka;jsessionid=17xvuovsa96xl1ddwq88bbt4vq
Ja co prawda kupuję hurtowy słój i używam go przez jakiś czas.
Lubię też jako dodatek kapary.
Kiedyś pisałem tu o pizzy ze szprotkami wędzonymi, też cool.
Generalnie pizza musi mieć chrupiące ciasto, ciągnący ser, czosnek i ryby. Reszta jest opcjonalna.
Za każdym razem robię inną, bo akurat inne dodatki są pod ręką.
Osobiście uwielbiam pizzę serową, z mozarellą, camembertem, fetą i oscypkiem - ale to jest bomba kaloryczna.
Często też dodaję pikantne papryki, świetne są zwłaszcza greckie: http://alma24.pl/produkt/142557574/papryka-zlota-grecka;jsessionid=17xvuovsa96xl1ddwq88bbt4vq
Ja co prawda kupuję hurtowy słój i używam go przez jakiś czas.
Lubię też jako dodatek kapary.
Kiedyś pisałem tu o pizzy ze szprotkami wędzonymi, też cool.
Generalnie pizza musi mieć chrupiące ciasto, ciągnący ser, czosnek i ryby. Reszta jest opcjonalna.
Określenie Mansona- ciagnacy ser przywołało wspomnienia z dzieciństwa?
Kto z Was jadł smażony ser, ciagnący i (przepraszam) śmierdzacy?
Trzeba mieć prawdziwe mleko.
Zrobić z niego zsiadłe.
Pózniej zrobic prawdziwy twaróg.
I ten twaróg rozkruszyć i postawic w cieplym przewiewnym miejscu. Na kilka dni. Aż się zepsuje. Czasem trzeba go przemieszaac.\
A potem zepsuty twarósmażymy na patelni. Tobi sie ciagnący i pyszny. Plus sól, żóltkoprawdziwego jaja od prawdziwej kury.\
Pyszne. Kto jadl?
Za lampkę bardzo dziękuję. znalazłam w domu biurkową. Wystarczy mi.
Ale dziękuje ,że pomyślałas o mnie.
Kto z Was jadł smażony ser, ciagnący i (przepraszam) śmierdzacy?
Trzeba mieć prawdziwe mleko.
Zrobić z niego zsiadłe.
Pózniej zrobic prawdziwy twaróg.
I ten twaróg rozkruszyć i postawic w cieplym przewiewnym miejscu. Na kilka dni. Aż się zepsuje. Czasem trzeba go przemieszaac.\
A potem zepsuty twarósmażymy na patelni. Tobi sie ciagnący i pyszny. Plus sól, żóltkoprawdziwego jaja od prawdziwej kury.\
Pyszne. Kto jadl?
Za lampkę bardzo dziękuję. znalazłam w domu biurkową. Wystarczy mi.
Ale dziękuje ,że pomyślałas o mnie.
Kolejne pytanie
do M, ale i do każdego , kto piecze chleb.
Nigdy tego nie robiłam, a pomyślałam, że może warto by było zacząć.
I tak.
Czy ktoś z Was piecze chleb, ale taki najzwyklejszy, biały. Taki jak kiedyś w latach 70 tych (wiem, ze większość z Was nie pamięta tych czasów), kupowało się w sklepie. Gorący jeszcze i pachniała nim cała ulica.
A drugi chleb, który by mnie interesował to zwykły razowy.
I oba chleby najprostsze, bez żadnych udziwnien typu slonecznik, dynia, inne ziarna, rodzynki, sliwki.
Jeśli ktos miałby wypróbowany taki przepis przyjmę z radościa oraz z zakwasem zaczynem czy czymś tam od czego trzeba zacząc.
Nigdy tego nie robiłam, a pomyślałam, że może warto by było zacząć.
I tak.
Czy ktoś z Was piecze chleb, ale taki najzwyklejszy, biały. Taki jak kiedyś w latach 70 tych (wiem, ze większość z Was nie pamięta tych czasów), kupowało się w sklepie. Gorący jeszcze i pachniała nim cała ulica.
A drugi chleb, który by mnie interesował to zwykły razowy.
I oba chleby najprostsze, bez żadnych udziwnien typu slonecznik, dynia, inne ziarna, rodzynki, sliwki.
Jeśli ktos miałby wypróbowany taki przepis przyjmę z radościa oraz z zakwasem zaczynem czy czymś tam od czego trzeba zacząc.
W internetach jest wszystko http://forum.trojmiasto.pl/do-Mansona-z-lasu-t70496,1,30.html
Żeby ten chleb na drożdżach miał chrupiąca skórkę trzeba go posmarować po wierzchu wodą.
Żeby ten chleb na drożdżach miał chrupiąca skórkę trzeba go posmarować po wierzchu wodą.
Pewnie wiosną, bo raczej nie wcześniej :) Dobre lody tam macie, smakowite. To był naprawdę wypas i jak będę mieć ochotę na lody to tylko w W.
Ja jestem Inka trochę jak kot, mam uszkodzony gen pozwalający odczuwać przyjemność z jedzenia słodyczy. Więc raczej nie potrzebuję. Jak raz na kwartał upiekę drożdżówkę (albo inny placek) z śliwkami (albo innymi owocami) to jest aż nadto, większość i tak skarmiam po ludziach.
A teraz a propos słodyczy wymyśliłem, że zrobię własnoręcznie bounty. Składniki już mam, koncepcję także, tylko jeszcze czekam na apetyt na słodkie, coby mieć przyjemność z konsumpcji :)
Ja jestem Inka trochę jak kot, mam uszkodzony gen pozwalający odczuwać przyjemność z jedzenia słodyczy. Więc raczej nie potrzebuję. Jak raz na kwartał upiekę drożdżówkę (albo inny placek) z śliwkami (albo innymi owocami) to jest aż nadto, większość i tak skarmiam po ludziach.
A teraz a propos słodyczy wymyśliłem, że zrobię własnoręcznie bounty. Składniki już mam, koncepcję także, tylko jeszcze czekam na apetyt na słodkie, coby mieć przyjemność z konsumpcji :)
wracając do chleba
Weszłam i przejrzałam wątek przytoczony przez pana M. Tam jest przepis na chleb na drożdżach i podane jest mniej więcej 1/3 paczki. Czy to chodzi o drożdże suszone?
Ostatnio też powiedziałam do któregoś z moich synów, że w internetach jest wszystko.
A on spojrzał na mnie dziwnie i podsumował"
-mamo, to, że uzyjesz młodzieżowego slangu, nie uczyni cie młodzieżą.
Mi się internety zawsze kojarzyłu z jakims tam "kwiatkiem słownym" Busha i nie sądziłam, że to teraz język młodziezowy.
Ostatnio też powiedziałam do któregoś z moich synów, że w internetach jest wszystko.
A on spojrzał na mnie dziwnie i podsumował"
-mamo, to, że uzyjesz młodzieżowego slangu, nie uczyni cie młodzieżą.
Mi się internety zawsze kojarzyłu z jakims tam "kwiatkiem słownym" Busha i nie sądziłam, że to teraz język młodziezowy.
Nie czytałeś że w internecie jest wszystko?
http://artkulinaria.pl/magia-gotowania/porady/drozdze-swieze-czy-instant
http://artkulinaria.pl/magia-gotowania/porady/drozdze-swieze-czy-instant
Ja używam tylko drożdży świeżych.
Suszone mam na półce na wszelki wypadek, bo do sklepu daleko a świeże potrafią się popsuć.
Ale najczęściej te suszone wywalam przy okazji wymiany na nieprzeterminowane suszone.
Próbowałem też robić chleb na drożdżach świeżych, zamrożonych i rozmrożonych - da się, działają.
Suszone mam na półce na wszelki wypadek, bo do sklepu daleko a świeże potrafią się popsuć.
Ale najczęściej te suszone wywalam przy okazji wymiany na nieprzeterminowane suszone.
Próbowałem też robić chleb na drożdżach świeżych, zamrożonych i rozmrożonych - da się, działają.
Nie potwierdzam.
Sery tarte są zazwyczaj albo z okrawków, albo stare, albo gorszej jakości.
Kupowałem, próbowałem, nie używam.
Kupuję tylko mozarellę w kulce w solance albo w bloku hermetycznie zafoliowaną.
A przed wrzuceniem na pizzę kroję w drobną kostkę, najszybciej i najlepiej się wówczas rozpuszcza.
Mam nieprzeparte przeświadczenie, że im co bardziej przetworzone, tym gorsze. Sam był robił mozarellę, ale nie mam w zasięgu bawolicy do wydojenia :)
Sery tarte są zazwyczaj albo z okrawków, albo stare, albo gorszej jakości.
Kupowałem, próbowałem, nie używam.
Kupuję tylko mozarellę w kulce w solance albo w bloku hermetycznie zafoliowaną.
A przed wrzuceniem na pizzę kroję w drobną kostkę, najszybciej i najlepiej się wówczas rozpuszcza.
Mam nieprzeparte przeświadczenie, że im co bardziej przetworzone, tym gorsze. Sam był robił mozarellę, ale nie mam w zasięgu bawolicy do wydojenia :)
Walczę z pizzą.
Jeśli okaże się nie do zjedzenia to więcej się za to nie zabieram.
A to krótka relacja z frontu.
Przygotowałam wszystkie "dobra", które trzeba ułożyć na wierzch.
I wzięłam się za najbardziej niewdzięczne robienie ciasta.
Jak zaczęłam je miętosic rękoma to tylko mi sie palce posklejały i myślałam, że nic z tego nie będzie. Ale zawzięłam się i po kilku minutach ciasto zaczęło przypominać ciasto. Tak się ucieszyłam, ze poszłam z nim (tzn ciastem) do pokoju pochwalić się dzięcięciu.
I wtedy z kuchni doszedł do nas podejrzany halas na nastepnie pospieszne (bardzo pospieszne) mlaskanie.
Pies zjadł "dobra", które miały iść na wierzch.
Teraz ciasto rosnie, nowe dobra przygotowane.
Zobaczymy.
Wiem, wiem Panie M, Twoje piesiony nawet łapy do kuchni nie postawią. A mój, no cóż, jest trochę inny.
Jeśli okaże się nie do zjedzenia to więcej się za to nie zabieram.
A to krótka relacja z frontu.
Przygotowałam wszystkie "dobra", które trzeba ułożyć na wierzch.
I wzięłam się za najbardziej niewdzięczne robienie ciasta.
Jak zaczęłam je miętosic rękoma to tylko mi sie palce posklejały i myślałam, że nic z tego nie będzie. Ale zawzięłam się i po kilku minutach ciasto zaczęło przypominać ciasto. Tak się ucieszyłam, ze poszłam z nim (tzn ciastem) do pokoju pochwalić się dzięcięciu.
I wtedy z kuchni doszedł do nas podejrzany halas na nastepnie pospieszne (bardzo pospieszne) mlaskanie.
Pies zjadł "dobra", które miały iść na wierzch.
Teraz ciasto rosnie, nowe dobra przygotowane.
Zobaczymy.
Wiem, wiem Panie M, Twoje piesiony nawet łapy do kuchni nie postawią. A mój, no cóż, jest trochę inny.
Nie to ładne co ładne tylko to co się komu podoba :)
Może zrób jakiś sosik do pizzy? Jogurtowy z czosnkiem, albo koktajlowy z keczupomajonezu z odrobiną brandy?
Pizza zawsze wychodzi.
A ciasto zaczęło Ci się kleić bo dodałaś na raz za dużo wody, wodę dodajemy po trochu i tylko wtedy, jeżeli ciasto wchłonie poprzednią dawkę i nadal jest zbyt suche.
Może zrób jakiś sosik do pizzy? Jogurtowy z czosnkiem, albo koktajlowy z keczupomajonezu z odrobiną brandy?
Pizza zawsze wychodzi.
A ciasto zaczęło Ci się kleić bo dodałaś na raz za dużo wody, wodę dodajemy po trochu i tylko wtedy, jeżeli ciasto wchłonie poprzednią dawkę i nadal jest zbyt suche.
Ależ mi się podobają grzeczne psy. Chciałabym żeby mój taki był, ale widać ja nie nadaję się do wychowywania psa. I tak dobrze, że trafił mi sie przyjacielski egzemplarz. Agresję przejawia głównie kiedy jakis samiec podrywa mu jego ukochaną suczkę, którą spotyka czasem na spacerach. Właściwie wkurza się jak tylko jakiś samiec zbliży się do niej.
Zrobiłam sos z pomidorów. Pokroiłam, dusiłam, trochę cukru, soli pieprzu, oregano i oliwy.
zobaczymy
AA, dałam dwa sery. Mozzarellę biała w kulce i kawalek zółtego utarłam.
Zrobiłam sos z pomidorów. Pokroiłam, dusiłam, trochę cukru, soli pieprzu, oregano i oliwy.
zobaczymy
AA, dałam dwa sery. Mozzarellę biała w kulce i kawalek zółtego utarłam.
PIzza była bardzo dobra. Ja raczej fanką tej potrawy nie jestem, ale wg reszty rodziny- udała się.
Z małym "ale"- w kilku miejscach ciasto jakby surowe było.
Za drugim razem może wyjdzie lepiej.
Dzis przeżyłam mały spacerowy horror. Kiedy zbliżaliśmy sie do wejścia w las usłyszeliśmy głośne krzyki, spiewy i inne dzwięki.
Nie mogłam zorientować się czy to dobiega z lasu czy z ulicy blisko lasu.
Bardzo niepewnie weszliśmy w leśną drogę. Nie ukrywam, że bałam się trochę.
Ale wtedy usłyszałam dzwiek tluczonych na chodniku butelek. Czyli las był pusty.
Ktoś niezle imprezował do rana. Ale nie podoba mi się to rozbijane na chodnikach szkło.
Z małym "ale"- w kilku miejscach ciasto jakby surowe było.
Za drugim razem może wyjdzie lepiej.
Dzis przeżyłam mały spacerowy horror. Kiedy zbliżaliśmy sie do wejścia w las usłyszeliśmy głośne krzyki, spiewy i inne dzwięki.
Nie mogłam zorientować się czy to dobiega z lasu czy z ulicy blisko lasu.
Bardzo niepewnie weszliśmy w leśną drogę. Nie ukrywam, że bałam się trochę.
Ale wtedy usłyszałam dzwiek tluczonych na chodniku butelek. Czyli las był pusty.
Ktoś niezle imprezował do rana. Ale nie podoba mi się to rozbijane na chodnikach szkło.
Dzisiaj znalazłem w lesie kilka pięknych boczniaków. Po raz pierwszy od kiedy tu mieszkam. Obrosły sobie brzozę, która jest na etapie przejściowym do kipnięcia. Tym sposobem dzisiaj:
smażone panierowane boczniaki.
Boczniaki czyścimy i lekko rozbijamy końcem noża ich trzony - są zwykle grubsze i twardsze, a więc mogłyby usmażyć się nierównomiernie z kapeluszem. Grzyby panierujemy w jajku i tartej bułce i wrzucamy na gorącą patelnię. Smażymy z obu stron na złoty kolor.
Myki:
1. od mojego przyjaciela Milana, właściciela i szefa kuchni w czeskiej gospodzie: bułkę tartą należy wymieszać z jajkiem do konsystencji śmietany i w takiej panierować.
2. nie solimy, sól poprzez właściwości higroskopijne wysuszy nam grzyby i zaczną się dusić we własnym sosie, solimy wynikowo, po usmażeniu.
Oprócz boczniaków do takiego smażenia znakomicie nadają się kapelusze kań, opieniek, rydzów i maślaków, szczególnie maślaki mają ciekawy smak.
Smażone grzyby podajemy z sałatką, najlepiej kwaśną.
Ja przygotuję węgierską mizerię, czyli utarty ogórek z czosnkiem i octem, ale świetna będzie także sałatka z pomidorów i cebuli. I dużo pieprzu.
Do polania grzybów przygotowujemy sos keczupowy, złożony z keczupu oraz doprawiony mansonowym sosem chili (jak ktoś nie ma mansonowego, może być inny). Ostrość sosu ustalamy podług własnego gustu.
Można dodać gotowane ziemniaczki, ale ja osobiście ziemniaczki szanuję i raczej nie używam ich jako wypychacza :)
Smacznego :)
Tak sobie myślę, że będę musiał zrobić sosu chili, bo mi za chwilę wyjdzie. Pewnie po niedzieli udam się do miast celem zakupu różnorodnych papryk niezbędnych w tym procederze, a jak będzie duży wybór to może przy okazji zrobię na któryś obiad chili con carne?
Nie mniej jeżeli ktoś chętny mogę przygotować i słoiczek sosu dla niego w zamian za partycypowanie w kosztach. Zainteresowanych poproszę o umieszczenie w wątku muzycznym V stosownego zgłoszenia popartego muzycznie linkiem do Red Hot Chili Peppers - to dla tych co wolą ogniste i ostre wersje. Ci co wolą łagodniejsze zgłoszenie jak powyżej, ale link do Smashing Pumpkins (ze względu na Ginger Reyes) albo Spice Girls (ze względu na Geri "Ginger" Hallliwell) - według smaku i uznania. Deadline - do soboty.
smażone panierowane boczniaki.
Boczniaki czyścimy i lekko rozbijamy końcem noża ich trzony - są zwykle grubsze i twardsze, a więc mogłyby usmażyć się nierównomiernie z kapeluszem. Grzyby panierujemy w jajku i tartej bułce i wrzucamy na gorącą patelnię. Smażymy z obu stron na złoty kolor.
Myki:
1. od mojego przyjaciela Milana, właściciela i szefa kuchni w czeskiej gospodzie: bułkę tartą należy wymieszać z jajkiem do konsystencji śmietany i w takiej panierować.
2. nie solimy, sól poprzez właściwości higroskopijne wysuszy nam grzyby i zaczną się dusić we własnym sosie, solimy wynikowo, po usmażeniu.
Oprócz boczniaków do takiego smażenia znakomicie nadają się kapelusze kań, opieniek, rydzów i maślaków, szczególnie maślaki mają ciekawy smak.
Smażone grzyby podajemy z sałatką, najlepiej kwaśną.
Ja przygotuję węgierską mizerię, czyli utarty ogórek z czosnkiem i octem, ale świetna będzie także sałatka z pomidorów i cebuli. I dużo pieprzu.
Do polania grzybów przygotowujemy sos keczupowy, złożony z keczupu oraz doprawiony mansonowym sosem chili (jak ktoś nie ma mansonowego, może być inny). Ostrość sosu ustalamy podług własnego gustu.
Można dodać gotowane ziemniaczki, ale ja osobiście ziemniaczki szanuję i raczej nie używam ich jako wypychacza :)
Smacznego :)
Tak sobie myślę, że będę musiał zrobić sosu chili, bo mi za chwilę wyjdzie. Pewnie po niedzieli udam się do miast celem zakupu różnorodnych papryk niezbędnych w tym procederze, a jak będzie duży wybór to może przy okazji zrobię na któryś obiad chili con carne?
Nie mniej jeżeli ktoś chętny mogę przygotować i słoiczek sosu dla niego w zamian za partycypowanie w kosztach. Zainteresowanych poproszę o umieszczenie w wątku muzycznym V stosownego zgłoszenia popartego muzycznie linkiem do Red Hot Chili Peppers - to dla tych co wolą ogniste i ostre wersje. Ci co wolą łagodniejsze zgłoszenie jak powyżej, ale link do Smashing Pumpkins (ze względu na Ginger Reyes) albo Spice Girls (ze względu na Geri "Ginger" Hallliwell) - według smaku i uznania. Deadline - do soboty.
Chyba założę kolejny zeszyt z przepisami.
Uwielbiam boczniaki w panierce. Moja Mama kiedys robiła. Ja nigdy samodzielnie nie próbowałam tego przyrzadzic.
Ale głodna sie zrobiłam.
A dziś planowałam nic na obiad.
Węgierska mizeria. Ja robie całkiem podobna. Czosnek u nas w ogóle króluje . Z tym, ze do takiej mizerii dodaję jeszcze oliwe i odrobine cukru.
Jedna z ulubionych zup jest soczewicowa.
I jest prosta z minimalną iloscia składników.
Gotuje się soczewice z dodatkiem drobno pokrojonej marchwi, soli, mnóstwo czubrycy. Na koniec robi sie zasmazke z 2 torebek papryki łagodnej.Miesza z z zupą.
Oddzielnie podaje sie miseczke z octem winnym plus starte ząbki czosnku. To kazdy sobie sam wlewa na talerz do zupy.
Proste, syte i pysze.
Taki słoiczek sosu jeśli ostry byłby super. Tylko oblicz jakie koszty.
PODJęłam dzis bardzo ważna decyzje.
Robie przerwe w ogladaniu (czytaniu) horrorow. Moze poza Kingiem.
A to wszystko przez dzisiejszy spacer.
Przypomniałam sobie któregos dnia fim "kręgi". Chyba taki tytuł. Moze to nie jest typowy horror. Ale ci obcy tak mi utkwili w pamieci, ze dziś idąc przez ciemny las mało nie umarłam ze strachu. Kazdy cien drzewa, drzewka czy krzaka to był obcy.
Oprócz tego przypomniał mi sie jakis juz dawno ogladany horror o kanibalach. Zabijali ofiary z luku. No i uswiadomiłam sobie, z jak jakis ludozerca strzeliby do mojego psa z luku to ja straciłabym takiego pewnego obronce.
Ok.
od dzis komedie tylko.
Ostatnio jakas kobieta skrytykowała to, że mój pies kąpie sie w morzu i brudzi te kryształowo czysta wode.
Uwielbiam boczniaki w panierce. Moja Mama kiedys robiła. Ja nigdy samodzielnie nie próbowałam tego przyrzadzic.
Ale głodna sie zrobiłam.
A dziś planowałam nic na obiad.
Węgierska mizeria. Ja robie całkiem podobna. Czosnek u nas w ogóle króluje . Z tym, ze do takiej mizerii dodaję jeszcze oliwe i odrobine cukru.
Jedna z ulubionych zup jest soczewicowa.
I jest prosta z minimalną iloscia składników.
Gotuje się soczewice z dodatkiem drobno pokrojonej marchwi, soli, mnóstwo czubrycy. Na koniec robi sie zasmazke z 2 torebek papryki łagodnej.Miesza z z zupą.
Oddzielnie podaje sie miseczke z octem winnym plus starte ząbki czosnku. To kazdy sobie sam wlewa na talerz do zupy.
Proste, syte i pysze.
Taki słoiczek sosu jeśli ostry byłby super. Tylko oblicz jakie koszty.
PODJęłam dzis bardzo ważna decyzje.
Robie przerwe w ogladaniu (czytaniu) horrorow. Moze poza Kingiem.
A to wszystko przez dzisiejszy spacer.
Przypomniałam sobie któregos dnia fim "kręgi". Chyba taki tytuł. Moze to nie jest typowy horror. Ale ci obcy tak mi utkwili w pamieci, ze dziś idąc przez ciemny las mało nie umarłam ze strachu. Kazdy cien drzewa, drzewka czy krzaka to był obcy.
Oprócz tego przypomniał mi sie jakis juz dawno ogladany horror o kanibalach. Zabijali ofiary z luku. No i uswiadomiłam sobie, z jak jakis ludozerca strzeliby do mojego psa z luku to ja straciłabym takiego pewnego obronce.
Ok.
od dzis komedie tylko.
Ostatnio jakas kobieta skrytykowała to, że mój pies kąpie sie w morzu i brudzi te kryształowo czysta wode.
Kosmitka, Ty nie rycz, tylko zrób na próbę 2 słoiczki. I tak Ci zasmakują, że za rok zrobisz 5.
Ja nigdy w życiu do zeszlego roku nie robiłam przetworów.
I rok temu zrobiłam sok pomidorowy.
Jest tak rewelacyjny, że żaden inny kupny nie moze z nim konkurować. No to w tym roku zaczęłam robić więcej soku, a także lutenice i inne rzeczy, wg przepisów które otrzymałam z jednej lub z drugiej strony rodziny.
Za rok zrobie jeszcze wiecej.
Albo mam taka metodę (bo nie lubie siedzieć nad 10 kg owoców), że kupuję 2 kg śliwek. Jeden kg zjadam a z drugiego mimochodem robie konfitury. Co prawda smaże je 3 dni ale sa niesamowite.
Ja nigdy w życiu do zeszlego roku nie robiłam przetworów.
I rok temu zrobiłam sok pomidorowy.
Jest tak rewelacyjny, że żaden inny kupny nie moze z nim konkurować. No to w tym roku zaczęłam robić więcej soku, a także lutenice i inne rzeczy, wg przepisów które otrzymałam z jednej lub z drugiej strony rodziny.
Za rok zrobie jeszcze wiecej.
Albo mam taka metodę (bo nie lubie siedzieć nad 10 kg owoców), że kupuję 2 kg śliwek. Jeden kg zjadam a z drugiego mimochodem robie konfitury. Co prawda smaże je 3 dni ale sa niesamowite.
Ja w tym roku też zrobiłam przetwory, tak jak w poprzednim roku.
Sok z wiśni, malin i jeżyn, ogórki koszone z własnej uprawy, pomidory z bazylia i czosnkiem.... W zeszłym roku zrobiłam sałatki z zielonych pomidorów.
Z takich najprostszych do częstego użytku robię ziołowo-czosnkowy olej do marynat głownie, ale świetnie się nadaje do smażenia i jako przyprawa do surówek.
Do butelki po syropie owocowym Łowicz(te butelki się świetnie nadają bo mają taki dozownik) nalewam oleju rzepakowego, do tego wrzucam 4 ząbki czosnku pokrojone go w grubą kosteczkę, łyżeczkę bazylii, pół łyżeczki oregano i 3 ziarenka pieprzu. Można też dodać chili jak ktoś lubi.
Zawijam butelkę w ręcznik papierowy (po to, by nie udostępnić światła) i chowam do lodówki przez dwa tygodnie co jakiś czas wstrząsamy. Po upływie dwóch tygodni olej nadaje się do użycia. Trzymamy go nadal w lodówce.
Sok z wiśni, malin i jeżyn, ogórki koszone z własnej uprawy, pomidory z bazylia i czosnkiem.... W zeszłym roku zrobiłam sałatki z zielonych pomidorów.
Z takich najprostszych do częstego użytku robię ziołowo-czosnkowy olej do marynat głownie, ale świetnie się nadaje do smażenia i jako przyprawa do surówek.
Do butelki po syropie owocowym Łowicz(te butelki się świetnie nadają bo mają taki dozownik) nalewam oleju rzepakowego, do tego wrzucam 4 ząbki czosnku pokrojone go w grubą kosteczkę, łyżeczkę bazylii, pół łyżeczki oregano i 3 ziarenka pieprzu. Można też dodać chili jak ktoś lubi.
Zawijam butelkę w ręcznik papierowy (po to, by nie udostępnić światła) i chowam do lodówki przez dwa tygodnie co jakiś czas wstrząsamy. Po upływie dwóch tygodni olej nadaje się do użycia. Trzymamy go nadal w lodówce.
http://youtube.com/watch?v=xsEcXOmn408
Pani Aniu, proszę spróbować z tej Stronki.Ja często korzystam z przepisów z tego bloga:-)
Pani Aniu, proszę spróbować z tej Stronki.Ja często korzystam z przepisów z tego bloga:-)
Sos balsamiczny.
http://www.kwestiasmaku.com/dania_dla_dwojga/sosy/przepisy.html
http://www.kwestiasmaku.com/dania_dla_dwojga/sosy/przepisy.html
Ależ smacznie tu dzisiaj :)))
Aniu, do octu zawsze dodaję odrobinę cukru, jest dla smaku niezbędny. Sorki, że nie napisałem, ale to wydało mi się tak oczywiste jak używanie soli i pieprzu. A ocet tylko i wyłącznie jabłkowy, żadnych spirytusowych.
Graszko, sokownik jest takim sobie pomysłem. Dlatego, że cześć składników owoców jest lotna, a część - jak niektóre witaminy - nie lubi ciepła. Dlatego też proponuję zasadę, że jak coś jest soczyste, to zasypać cukrem i postawić na oknie - samo puści sok. A jak coś się trudno sokuje (jabłka, albo moja czeremcha) to wtedy sokownik jak najbardziej. Przecież nam tu chodzi o walory odżywcze, a nie tylko o smak.
Ja osobiście soki zamieniam w alkohole, jakoś lepiej mi się konsumują :)
Kosmatko, a ja to niby dla kogo pichcę? Sprawia mi przyjemność poznawanie nowych smaków i zdecydowanie żyję, by jeść, a nie jem, by żyć. A 80% ludzkości ma gust niewyrafinowany, niestety. Poza tym serce mnie boli, jak się coś marnuje, więc warto znać sposoby, żeby temu zapobiec. Jak byłem mały, to mi Babcia wpoiła, że chleba się nie wyrzuca, a jak spadnie na ziemię to trzeba podnieść, pocałować i odłożyć dla kur albo królików.
Aniu, do octu zawsze dodaję odrobinę cukru, jest dla smaku niezbędny. Sorki, że nie napisałem, ale to wydało mi się tak oczywiste jak używanie soli i pieprzu. A ocet tylko i wyłącznie jabłkowy, żadnych spirytusowych.
Graszko, sokownik jest takim sobie pomysłem. Dlatego, że cześć składników owoców jest lotna, a część - jak niektóre witaminy - nie lubi ciepła. Dlatego też proponuję zasadę, że jak coś jest soczyste, to zasypać cukrem i postawić na oknie - samo puści sok. A jak coś się trudno sokuje (jabłka, albo moja czeremcha) to wtedy sokownik jak najbardziej. Przecież nam tu chodzi o walory odżywcze, a nie tylko o smak.
Ja osobiście soki zamieniam w alkohole, jakoś lepiej mi się konsumują :)
Kosmatko, a ja to niby dla kogo pichcę? Sprawia mi przyjemność poznawanie nowych smaków i zdecydowanie żyję, by jeść, a nie jem, by żyć. A 80% ludzkości ma gust niewyrafinowany, niestety. Poza tym serce mnie boli, jak się coś marnuje, więc warto znać sposoby, żeby temu zapobiec. Jak byłem mały, to mi Babcia wpoiła, że chleba się nie wyrzuca, a jak spadnie na ziemię to trzeba podnieść, pocałować i odłożyć dla kur albo królików.
ZAmiast kupowania gazetek i książek z przepisami mozna tu poczytać. Tylko, ze obrazków nie ma.
Przeczytalam dziś w gazetce Almy, że maja tydzień hiszpański i mozna kupić turron.
Manson, to nie dla CIebie, bo słodkie bardzo, ale jak ktoś słodycze lubi to może zasmakuje. Ja sobie kilka zamierzam kupić.
A moja Babcia zanim pierwsza kromkę ukroiła to krzyż na chlebie robiła.
Jeśli chodzi o sok, to chyba tak moja Mama robiła.Tylko jak już te owoce puszczą sok to gotować to czy nie?
Przeczytalam dziś w gazetce Almy, że maja tydzień hiszpański i mozna kupić turron.
Manson, to nie dla CIebie, bo słodkie bardzo, ale jak ktoś słodycze lubi to może zasmakuje. Ja sobie kilka zamierzam kupić.
A moja Babcia zanim pierwsza kromkę ukroiła to krzyż na chlebie robiła.
Jeśli chodzi o sok, to chyba tak moja Mama robiła.Tylko jak już te owoce puszczą sok to gotować to czy nie?
U mnie gotowanie przechodziło kilka faz,jak miałam małe dzieci i nie pracowałam zawodowo to skupiona byłam na nich i przyrządzaniu tego co chętnie zjadały,przemycając jak najwięcej zdrowych rzeczy,kiedy rzuciłam się w wir tzw.kariery ucierpiało na tym znacznie moje gotowanie,teraz,będąc szczęśliwą bezrobotną(póki co)odkrywam na nowo uroki gotowania,szukania nowości,"uzdrawiania"mojej kuchni stąd moja radość,że mogę od Was sporo się nauczyć:)i obiecuję,że będę pilną uczennicą;)
U mnie w domu uczono mnie szacunku do chleba i całowania kromki,która spadła:)piękny obyczaj
U mnie w domu uczono mnie szacunku do chleba i całowania kromki,która spadła:)piękny obyczaj
coby ponarzekać
Dziś nie pracuję, jutro nie pracuję(prawdopodobnie), pojutrze też mam wolne. A w sobotę nie mam wolnego dnia.
Ani wyjechać ani w domu zostać.
Pies chrapie cichutko. Ciekawe co mu się śni. Jedzenie, albo suczki, albo więcej jedzenia.
Zrobię sobie kakao i dodam bitej śmietany.
Dobrze, że nie mam w domu wagi.
Ani wyjechać ani w domu zostać.
Pies chrapie cichutko. Ciekawe co mu się śni. Jedzenie, albo suczki, albo więcej jedzenia.
Zrobię sobie kakao i dodam bitej śmietany.
Dobrze, że nie mam w domu wagi.
Przepyszna herbata imbirowa
Nie ukrywam, że dziś ze spaceru wróciłam zmarznięta. Chyba czas nakładać czapkę, szalik i rękawiczki.
A kiedy jest zimno, albo jestem chora najlepsza jest gorąca imbirowa herbata.
Zróbcie, polecam.
1. kawalek imbiru ścieram na tarce tej drobnej. Zalewam małą ilościa wody i gotuje. Nie wiem ile. Troche. Az zrobi sie wywar.
2. Przez sitko wlewm imbirowego wywaru do kubka (1/4 albo 1/3 kubka. Jeśli bedzie 1/3 to bardzo ostre)
3. Do pelna dolewam wrzatek
4. Wyciskam sporo cytryny i słodze. Mozna miodem oczywiscie
A kiedy jest zimno, albo jestem chora najlepsza jest gorąca imbirowa herbata.
Zróbcie, polecam.
1. kawalek imbiru ścieram na tarce tej drobnej. Zalewam małą ilościa wody i gotuje. Nie wiem ile. Troche. Az zrobi sie wywar.
2. Przez sitko wlewm imbirowego wywaru do kubka (1/4 albo 1/3 kubka. Jeśli bedzie 1/3 to bardzo ostre)
3. Do pelna dolewam wrzatek
4. Wyciskam sporo cytryny i słodze. Mozna miodem oczywiscie
Podczepię się tu, bo jedna rzecz mnie nurtuje, a nie chce nowego wątku zakładać. Czy wie ktoś, czy wykonano wyrok na niewinnym niedźwiedziu? Bo w Bieszczadach ktoś zatłukł jakiegoś nieszczęśnika obuchem i widłami. Całą winą obarczono misia, a odpowiedni urzędnik od razu wydal wyrok śmierci bez prawa do apelacji. I gończa sfora pewnie poszła w las. Czy wie ktoś, czy odwołano nagonkę, czy może pan urzędnik już zarezerwował sobie skórę żeby przed kominkiem ładnie mu wyglądała? Old shatterhand za dychę jeden...
Ja w radiu słyszałam.
O nagonce na misia, że w przygotowaniu, też:((
Pamietam, że dobre "sto" lat temu w Tatrach zyła sobie niedźwiedzica Magda z mlodym. Podchodziła do schroniska w Roztoce. Głupcy ja karmili, a ona ochoczo coraz bliżej śmietników i wyciągniętych łapek z żarciem. Nieraz pogoniła jakiegoś nieszczęśnika co za blisko jej synka podlazł.
Zakończyło sie to odstrzalem Magdy.
O nagonce na misia, że w przygotowaniu, też:((
Pamietam, że dobre "sto" lat temu w Tatrach zyła sobie niedźwiedzica Magda z mlodym. Podchodziła do schroniska w Roztoce. Głupcy ja karmili, a ona ochoczo coraz bliżej śmietników i wyciągniętych łapek z żarciem. Nieraz pogoniła jakiegoś nieszczęśnika co za blisko jej synka podlazł.
Zakończyło sie to odstrzalem Magdy.
Przepis na przepysznego śledzia
Podzielę się z Wami. Nie ubędzie mi.
Tzn przepisem się podzielę:
potrzebujemy cebule. Ile kto lubi. Kroimy w kosteczkę, Zasypujemy cukrem i odstawiamy aż puści sok.
Śledzie kroimy jak kto lubi. Ja kroję w paseczki.
Cebule z sokiem mieszamy ze śledziami, dodajemy np 2 lyżki majomezu i 2 łyżki musztardy (ale takiej z całymi ziarnami gorczycy. francuska?). Może być po 3 łyżki. Zależy ile śledzia mamy.
Dla mnie pyszne.
Tzn przepisem się podzielę:
potrzebujemy cebule. Ile kto lubi. Kroimy w kosteczkę, Zasypujemy cukrem i odstawiamy aż puści sok.
Śledzie kroimy jak kto lubi. Ja kroję w paseczki.
Cebule z sokiem mieszamy ze śledziami, dodajemy np 2 lyżki majomezu i 2 łyżki musztardy (ale takiej z całymi ziarnami gorczycy. francuska?). Może być po 3 łyżki. Zależy ile śledzia mamy.
Dla mnie pyszne.
O rybce co lubi pływać:)
http://www.youtube.com/watch?v=ElNVpafuejM
http://www.youtube.com/watch?v=ElNVpafuejM
Manson...temat śledzi i wariacji z nimi związanych pobudził moje kubki smakowe,które domagały się stanowczo czegoś kwaśnego;)znalazłam grzybki od Ciebie i oczywiście rzuciłam się nań;)chylę czoła,są super zaprawione,marynata w sam raz:)najbardziej rozczuliła mnie grupka trzech połączonych maleństw,byłam okrutna i po chwili rozczulenia wylądowały w moich ustach:D...było pysznie,dziękuję:D
Trzeba wziąć słoik, poinformować mnie dzień wcześniej i przyjechać sobie zabrać.
Ja swój zakwas hodowałem kilka dni - mąka żytnia + trochę wody, rozbełtać i w ciepłe. Co dzień trochę nowej mąki, rozbełtać i dalej w ciepłe. Powinien się zrobić po paru dniach. Najlepiej w słoiku zamkniętym gazą.
Dobry i fajny robi się po kliku miesiącach ciągłego używania.
Mój ma kilka lat, chyba z 6. Ale to pikuś bo znam makaroniarzy u których zakwas przechowuje się 200 lat :)
Ja swój zakwas hodowałem kilka dni - mąka żytnia + trochę wody, rozbełtać i w ciepłe. Co dzień trochę nowej mąki, rozbełtać i dalej w ciepłe. Powinien się zrobić po paru dniach. Najlepiej w słoiku zamkniętym gazą.
Dobry i fajny robi się po kliku miesiącach ciągłego używania.
Mój ma kilka lat, chyba z 6. Ale to pikuś bo znam makaroniarzy u których zakwas przechowuje się 200 lat :)
Tak Inko fajnie to brzmi,jeżeli nie jest tak bardzo daleko,to chętnie się z Tobą udam:-)
Manson ma rację.
Niewiem ile lat miał ten zakwas z którego wypiekałam chleb do tej
pory,ale chleb z niego wychodził przepyszny.
Robiłam z mąki orkiszowej+żytniej lub pszennej,pszennej razowej itd
Do tego trochę oleju,cukru,soli ziaren słonecznika,dyni,siemię lniane,otręby pszenne, śliwki suszone lub żurawinę
Manson ma rację.
Niewiem ile lat miał ten zakwas z którego wypiekałam chleb do tej
pory,ale chleb z niego wychodził przepyszny.
Robiłam z mąki orkiszowej+żytniej lub pszennej,pszennej razowej itd
Do tego trochę oleju,cukru,soli ziaren słonecznika,dyni,siemię lniane,otręby pszenne, śliwki suszone lub żurawinę
A dlaczego nie kwasiarzami? Mnie się podoba, lubię kwasiarzy.
http://www.youtube.com/watch?v=-6s9OQIvD80
I z tym końcem świata to chyba trochę przeginacie :)
http://www.youtube.com/watch?v=-6s9OQIvD80
I z tym końcem świata to chyba trochę przeginacie :)
Jabłka. Albo banany. Moje psy jedzą i jabłka i banany.
A za troskę o mnie dziękuję, poradzę sobie niewątpliwie.
Zawsze tak było, to czemu teraz miałoby być inaczej?
A chlebem poczęstuję, ognisko rozpalę, wiejskich kiełbas od rzeźnika lokalsa przywiozę i może jeszcze po butelce ostrego slodko-kwasnego sosu dodam do zakwasu, bo dzisiaj obkupiłem się papryką i jutro będę warzył. Pewnie miałbym problem Was komfortowo przenocować (zimno jest i w namiocie się nie da), bo chatkę mam raczej dla mnie pasowną, ale jakoś i to by się dało. W razie czego dużo znieczulacza i wzorem noclegów schroniskowych w górach.
A za troskę o mnie dziękuję, poradzę sobie niewątpliwie.
Zawsze tak było, to czemu teraz miałoby być inaczej?
A chlebem poczęstuję, ognisko rozpalę, wiejskich kiełbas od rzeźnika lokalsa przywiozę i może jeszcze po butelce ostrego slodko-kwasnego sosu dodam do zakwasu, bo dzisiaj obkupiłem się papryką i jutro będę warzył. Pewnie miałbym problem Was komfortowo przenocować (zimno jest i w namiocie się nie da), bo chatkę mam raczej dla mnie pasowną, ale jakoś i to by się dało. W razie czego dużo znieczulacza i wzorem noclegów schroniskowych w górach.
jakimś specjalnym fanem mięsa faktycznie nie jestem, ale też nie stronię :)
kiedy mój syn miał ze dwa latka, chciałam mu zrobić kanapkę z serem, a on mi na to, ze sera nie lubi :) ja ser uwielbiam, więc mówię do niego: nie lubisz sera?! ty chyba nie jesteś mój ? :) a on patrzy na mnie i odpowiada: nie. Jestem Filipa (to jego tata) daj mi mięsio! :D))))
kiedy mój syn miał ze dwa latka, chciałam mu zrobić kanapkę z serem, a on mi na to, ze sera nie lubi :) ja ser uwielbiam, więc mówię do niego: nie lubisz sera?! ty chyba nie jesteś mój ? :) a on patrzy na mnie i odpowiada: nie. Jestem Filipa (to jego tata) daj mi mięsio! :D))))
Nie mam pojęcia, w którym wątku pisać do pana M, i gdzie On zagląda.
Ale jeśli bys tu zajrzał to może popatrz na tę maczetę. Wiem, że pisałeś o fiskarsie, że jest dobry bardzo, ale kurcze tamten ksztalt jest taki. Inny niz bym chciała.
Czy to co tu znalazłam to jest maczeta, czy gadzet na sciane?
Jak dasz rade odpowiedz.
http://allegro.pl/maczeta-condor-speed-bowie-knife-do-lasu-zarosla-i4672186685.html
albo ta:
http://www.goods.pl/product/description/3681/Maczeta_KA-BAR_Cutlass_Machete%281248%29.html#.VFNzfxYep8M
Ale jeśli bys tu zajrzał to może popatrz na tę maczetę. Wiem, że pisałeś o fiskarsie, że jest dobry bardzo, ale kurcze tamten ksztalt jest taki. Inny niz bym chciała.
Czy to co tu znalazłam to jest maczeta, czy gadzet na sciane?
Jak dasz rade odpowiedz.
http://allegro.pl/maczeta-condor-speed-bowie-knife-do-lasu-zarosla-i4672186685.html
albo ta:
http://www.goods.pl/product/description/3681/Maczeta_KA-BAR_Cutlass_Machete%281248%29.html#.VFNzfxYep8M
Wszystko zależy, do czego ta maczeta ma być.
Obie z tych, które podajesz, są krótsze i dużo cięższe od fiskarsa, ale mają niesamowity wygląd surwiwalowy.
Jak dla mnie pięknie będą się prezentować na ścianie albo przytroczone do pasa.
Ale stawiam dolary przeciwko orzechom, że fiskars okazałby się bardziej jadowity.
W krzaczorach różnica wagi rzędu 30% w drugiej godzinie walki zaczyna mieć przeogromne znaczenie.
Natomiast do cięcia drzew to ja używam piły albo siekiery, więc mnie ciężka maczeta nie jest potrzebna.
Nie to ładne co ładne tylko co się komu podoba.
Condora kiedyś dawno temu miałem w ręku, tej drugiej nie, więc co się będę wymądrzał.
Obie z tych, które podajesz, są krótsze i dużo cięższe od fiskarsa, ale mają niesamowity wygląd surwiwalowy.
Jak dla mnie pięknie będą się prezentować na ścianie albo przytroczone do pasa.
Ale stawiam dolary przeciwko orzechom, że fiskars okazałby się bardziej jadowity.
W krzaczorach różnica wagi rzędu 30% w drugiej godzinie walki zaczyna mieć przeogromne znaczenie.
Natomiast do cięcia drzew to ja używam piły albo siekiery, więc mnie ciężka maczeta nie jest potrzebna.
Nie to ładne co ładne tylko co się komu podoba.
Condora kiedyś dawno temu miałem w ręku, tej drugiej nie, więc co się będę wymądrzał.
@Vilettka, jak zdradzę co tak namiętnie oglądam od kilku lat to będziecie turlać się ze śmiechu, ale zapowiada się ciekawy serial od jesieni, Skazane. Mam zamiar ze trzy odcinki obejrzeć, a później to zobaczymy :)
W taki dzień jak dziś, duży ekran przegrywa u mnie z RODOS więc chyba nie jest ze mną jeszcze tak źle :):):)
W taki dzień jak dziś, duży ekran przegrywa u mnie z RODOS więc chyba nie jest ze mną jeszcze tak źle :):):)
