Re: Samobójcy
Owszem w tym momencie sytuacja z "partnerem"(choc to za duze slowo) przelala czare goryczy. Ja doskonale zdaje sobie sprawe z sytuacji w jakiej sie znalazlam, z tego ze uzaleznilam sie od wlasnego...
rozwiń
Owszem w tym momencie sytuacja z "partnerem"(choc to za duze slowo) przelala czare goryczy. Ja doskonale zdaje sobie sprawe z sytuacji w jakiej sie znalazlam, z tego ze uzaleznilam sie od wlasnego oprawcy.
Ale to jest takie proste tylko w teorii. Problemem jest to ze nadal kocham bardzo i to ze chyba boje sie byc sama. Za co kocham? Nie wiem.. Kocham chyba wspomnienie po nim. Podobalo mi sie ze byl facetem ktory kiedys wydawal mi sie nieosiagalnym, podobalo mi sie to ze podobalam mu sie taka jaka jestem mimo wielu wad, bardzo podniosl wtedy moja samoocene (do czasu). Milosc jest bardzo slepa. Na prozno szukac w niej logiki. Ten zwiazek powinien sie skonczyc juz ponad rok temu. Przez ponad poltora roku naszego zwiazku prawie wcale nie pracowal, prawie nie opuscil dnia zeby nie napil sie piwa. Malo tego czesto pil za moje. Doszlo do tego ze sama mu kupowalam tylko dlatego by nie poszedl i nie zginal z kolegami ktorzy postawia.
W tym momencie moja samoocena spadla do zera. Zniszczyl mnie psychicznie. Calkowicie. Sprawil ze ja czuje sie winna tego jak ten zwiazek wygladal. Sprawil ze czuje sie nie warta nikogo innego. Na wiele ja mu pozwolilam. Nauczyl sie tego ze on mnie zgnoi a ja i tak przyjme go z otwartymi rekoma.
Mam nie najgorsza prace, mam dobre wyksztalcenie a znizam sie do poziomu patologii jaka on jest.
Kiedys wydawalo mi sie ze moge mu pomoc, ze z moja pomoca wroci na wlasciwa droge w zyciu. Podjelam decyzje ktorej bardzo zaluje choc nie powinnam pewnie tak mowic. Zdecydowalam sie na dziecko z nim, on tego tez bardzo tego chcial. Chcial rodziny (wlasnej nie ma). Bylam naiwna. Teraz synek ma 3 miesiace a ja znow sama siebie oszukuje ze przeciez dziecko musi miec ojca. Tylko ze co to za ojciec? Owszem moze i dzieckiem sie zajmowal ale nigdy nie bedzie dla niego przykladem.
Boj sie bardzo samotnosci, boje sie porzucenia, tego ze zostane sama z dzieckiem. W ostatnim czasie dowiedzialam sie bardzo wiele rzeczy o naszym zwiazku. Zalamalam sie. Nie wiem czy choc polowa tego co mowil,robil bylo prawda. Udawal ze wychodzil do pracy ktorej nie bylo, jezdzil do kolegow ktorzy byli w rzeczywistosci kolezankami, kase bral od bylej dziewczyny. W takich chwilach wpadalam w rozpacz. Chcialam cokolwiek zrobic ze swoim zyciem byle tylko nie myslec. Wyrzucilam go z domu i plakalam jeszcze bardziej bo go nie bylo.
Bardzo bym chciala moc sie od tego uwolnic. Chcialabym znalezc w sobie tyle sily by przetrwac bez niego. Tylko ze sama nie potrafie.
Wycofalam sie z zycia. Stracilam znajomych, nie potrafie utrzymac znajomosci. Nie raz umawialam sie z kolezanka by wyjsc gdzies sie troche oderwac od tego a w ostatniej chwili odwolywalam bo nie mialam sily wyjsc z domu. Teraz nawet wyjscie z dzieckiem to dla mnie ogromny wysilek i mobilizacja. Niestety nie dziala na mnie chyba ta matczyna milosc ktora powinna dac mi sile do zycia. Moze jestem zla matka. Czasem jeszcze sie lapie na tym ze jakby czekam na to kiedy sie to skonczy, jak gdybym miala tylko dziecko pod opieka i po chwili uswiadamiam sobie ze to sie juz nie zmieni, ze moje dawne zycie juz nie wroci.
Wiem ze moim problemem nie jest sam zwiazek. Moje problemy ciagna sie juz z lat dzieciecych. Pewnie bylabym sporym wyzwaniem dla psychologa.
Takie historie jak Emerytki daja mi mala iskierke nadziei ze z tego da sie uwolnic. Kazdego dnia w glebi ducha czekam na to ze spotkam kogos na swojej drodze kto bedzie dla mnie takim wsparciem bym z tego wyszla. I nie mam tu na mysli zwiazku kolejnego tylko poprostu bratniej duszy. Osoby ktora zajmie mi czas w najgorszych chwilach bym nie musiala o tym myslec, takiej ktora wyslucha 10 raz tego samego.
A co do pomocy takim osobom to czesto bardzo ciezko to dostrzec. Ja do perfekcji nauczylam sie grac, udawac przed wszystkimi ze jest dobrze.
zobacz wątek