Widok

ZAWISTNY exSZEF!

ludzie to swinie! moj byly pracodawca postanowil sie zemscic na mnie za to ze odnioslam sukces jako jego konkurencja z tej zawisci juz od jakiegos czasu dostaje od niego pogrozki ze mnie zalatwi ze na pewno nie mam legelanego oprogramowania i ze on juz sie o to zatroszczy zeby mi sprawdzili komputer :/ jest mozliwosc ze sprawdza czy rzeczywiscie mam nielegalne oprogramowanie? jakie moga byc tego konsekwencje?
popieram tę opinię 0 nie zgadzam się z tą opinią 2
Tego samego dnia wsiowy sołtys przeprowadził tłumny meeting z mieszkańcami. Wokół osady zapalono pochodnie, których żelazny zapas był przeznaczony na najbliższą zimę do rozmarzania skutych lodem zwrotnic szyn i rozjazdów kolejowych. Sroga zima była niczym przy Mangolii. Ustalono dyżury i postawiono straże z łukami.
Niestety było już za późno.
Przydomowe psy wyły do Ksieżyca, mężatki cierpiały na bezsenność, kury przestały się nieść, a trzoda w oborach straciła apetyta wszelkie. O tym jak straszny urok spadł na wieś niechaj świadczy, iż najwięksi pijacy przestali odwiedzać jedyny bar u starego Benjamina pozostając -jak im się zdawało- w bezpiecznych pieleszach. Tymczasem ich bezpieczeństwo - o czym nie wiedzieli - było tylko szyderczo-drwiącą równie chwilową co odrealnioną imaginacją.
Jedyną nadzieję ludzie pokładali w dodatkowych porannych nabożeństwach, do których przeprowadzenia zobligował się miejscowy klecha o nazwisku Kubsz...
popieram tę opinię 0 nie zgadzam się z tą opinią 0
-Zróbmy coś z tym-wołał z ambony klecha-Pan nie będzie tolerował tego dziwactwa w kręgu ludzi prawych i zbożnych.

-Może usypmy stos -krzyknął ktoś z tłumu niepewnym tonem.

-Spalić wiedźmę,spalić!!

Coraz to więcej głosów podnosiło sie z wypenionej po brzegi kaplicy,coraz bardziej przkonanych i stanowczych.

Strach przeradzał się w rosnące oburzenie,oburzenie w wiarę we własną rację , a to z kolei w ślepą furię.

Tylko co na to Smokie?-wyrwało się komuś.

Wrzawa ucichła szybciej niźli wybuchła.

k**** ,co na to Malone?
popieram tę opinię 0 nie zgadzam się z tą opinią 0
Szło na burzę. Szło na deszcz.
Malone jednym tygrysim susem wskoczył na werandę, zębami odkorkował znacznie napoczętą o świcie butelkę słomkowego wina z ryżu i bez odrywania ust opróżnił zawartość. Flaszka zakończyła swą znajomość ze Smokiem jak reszta jej podobnych - znaczy na ogromnej stercie. Płynnym ruchem zdjął z rzeźnickiego haka wiszącą dubeltówkę Markel ze specjalnie skróconą lufą i przeładował. Coś się święci wyszeptał i silnie odchrząknął. Posiadał tę jedyną w swoim rodzaju intuicję, która w przeszłości pozwalała mu z niejednego pieca chleb nie tylko wyciągać, ale i jeść. Sfora zwaliła się na obejście, po wielokroć zataczając kręgi przy ogrodzeniu z miejsca obejmując funkcję stróża. Za sforą zjawiła się zamyślona Magnolia. Nie poszła od razu w stronę Malone, ale chodziła po różnych kątach szybkim krokiem jakby czegoś szukała. Jakby chciała wydobyć ducha tego miejsca, w którym mieszkał Malone i odtworzyć co miało tu miejsce przez te wszystkie lata podczas jej nieobecności. Kombinacja jej determinantów chodu sprawiała, że idąc stopała silnie i pewnie, całą sobą, delikatnie kołysząc się na boki.
- Łazi niczym rasowy drwal, byłaby doskonałym kompanem do dalekich wypraw - pomyślał Smokie i się uśmiechnął, wiedział jednak, że zbyt przeciągłe spojrzenia na Magnolię powodują u niektórych postradanie zmysłów. Ale nie u niego.
Odwrócił wzrok i spojarzał na granatowo-brunatne niebo na horyzoncie. Błyskało się niemo.
Wreszcie podeszła z pewną ukrytą nutą nieufności. Trzymała doskonale napiętą tę nieprzekraczlną granicę kilku metrów w stosunku do gospodarza.
Uważnie zdjęła plecak i wydobyła zeń niewielką, ręcznie rzeźbioną kuszę i parę bełtów z bocznej, głębokiej kieszeni bojówek. Zestaw położyła na werandzie, z drugiej kieszeni wyciągneła budweisa i zapalniczką otworzyła. Mam odstane kapry w piwniczce - zaoferował od niechcenia Malone wiedząc, że nie skorzysta. Przynajmniej narazie.
- Przypuszczalnie, aż tak to nigdzie nam się nie śpieszy - skwitowała z najpięknieszym uśmiechem na jaki tylko może zdobyć się kobieta.
Smokie lubiał u niej tę naturalną szorstkość. I ten magiczny uśmiech.
Rano robisz bezwarunkowo wypad stąd powiedział M. i nabił fajkę rozsypując na ziemi niemało.
- dalej jesteś łowcą głów ? - spytała lekko odchylając w bok głowę i mrużąc oczy.
- są bardziej rozwijające pasje, starzeję się.
- tęskniłeś za mną? - wydusiła po kilku minutach ciszy, gdy Malone ustawiał cicho radio na stację, w której leciało: http://www.youtube.com/watch?v=XjAlHICXBCQ
- idź do drewutni narąb drew - za chwilę, będzie długie oberwanie z trzaskającymi piorunami, nie lubię wiosennej, pozimowej wilgoci
- tęskiniłeś? - powtórzyła
- siekiera z długim styliskiem leży na pniu.
- tęskniłeś? repetowała.
- siekiera jest dobrze naostrzona - uważaj, nie odrąb sobie czego, bo we wsi medyk jeśli ci pomoże to tylko w odesłaniu na tamten świat.
- mocno tęskniłeś? - nie dawała za wygraną.
- z lewej od drewutni stoi taczka - pośpiesz się, noce są tu chłodne, zaś mrok nadchodzi szybko - powiedział z taką łagodnością na jaką tylko było go stać.
Zerwał się wiatr, sierp Księżyca przebijał się ostro końcówkami przez chmury na wschodzie, a od zachodu nadciągał szkwał.

Malone wlazł do środka, nastawił na maszynkę dla sfory kaszy z padliną, wydobył dwie szklanki z grubego szkła i 18letniego skacza, po czym stanął przy oknie i beznamiętnie, w letargu patrzał hen, hen daleko na horyzont w kierunku wsi.
Czuł w trzewiał ten ciężar, zaś na karku delikatne napięcie głodnego wilka, który dopiero co zwietrzył zapach gorącej krwi i jest lekko otumaniony.
Nalał sobie 3/4 szklanki rudej wody i przechylił na raz. Nie chciało mu się otwierać lodówki i wyłuskiwać kostek lodu. Pamietał, że Mangolia lubi z lodem.
Stał nieruchomo i kontemplował chwilę bieżącą.
Z zewnątrz dochodziły silne, pojedyncze, bardzo regularne uderzenia siekierą. Wręcz koszernymi można było je nazwać.
"Niektóre rzeczy są dokładnie tym, czym są, i niczym innym."

Charles Bukowski.
popieram tę opinię 0 nie zgadzam się z tą opinią 0
Prawdziwa burza rozpętała się nad ranem.
Sfora zerwała się obudzona grzmotem i wypadła przed domostwo.
Obudziła się i Mangolia ,spokojnie zlustrowała wnętrze i przeciągneła się zmysłowo, obnażając całkiem jędrne mimo wieku piersi i smukłą sylwetkę.Długie złote włosy zalśniły czarodziejską poświatą w półmroku odbijając światło dogasającego kominka.
Malone nie spał.Ze stoickim spokojem wpatrywał się nie wiadomo ,czy to w Mangolię ,czy w pustą butlę po skaczu.
Malone lubił ten stan,upajał się chwilą.Wiedział ,że nie będzie w stanie wygonić Mangolii w ten burzowy poranek,nie był pewien czy będzie w stanie to zrobić w ogóle.
-Nie tęskniłem.-rzekł ,próbując przekonać sam siebie i chyba trochę za cicho ,żeby to usłyszała.
popieram tę opinię 0 nie zgadzam się z tą opinią 0
:))
c.d.n.
popieram tę opinię 0 nie zgadzam się z tą opinią 0
Burza miała się ku końcowi,przyniosła orzeźwienie i otrzeźwienie.
Malone wyszedł na ganek i spojrzał za sforą.Poczuł dziwne mrowienie na karku,znane choć może trochę zapomniane.Momentalnie wszystko wróciło ,kiedy usłyszał pierwszy strzał.Mrowienie przeszło całe ciało ,Malone poczuł się częścią sfory.
Przyszła kolejna burza ,tyle że deszcz będzie szkarłatny i powietrze dużo cięższe.
-Mangolio!-krzyknął-zaczyna się!,do roboty!
W krzyku Malone'a słychać było wyraźny entuzjazm.
popieram tę opinię 0 nie zgadzam się z tą opinią 0
Mały czerwony ptaszek przysiadł na gałęzi klonu. W powietrzu unosił się ozon, a ponad nim wesoły trel. Pełna piersią maluch śpiewał, a w swoim śpiewie tak zapamiętywał, że wcale nie zwracał uwagi na to, co dzieje się dookoła. Wiosna obudziła w nim chęć do życia, chęć do budowy gniazda, chęć do zdobycia partnerki. To wszystko starał się wyśpiewać najpiękniej jak potrafił.
" Głupi gnojek" - pomyślała Mangolia wydłubując z pomiędzy mlecznobiałych zębów czerwone piórko.
popieram tę opinię 0 nie zgadzam się z tą opinią 0
-Co się tak ociągałaś?-zbeształ ją-Pora na nas ,wsioki się zebrali chociaż nie podejrzewałem ich o taką....
-Głupotę? -skończyła za niego, a w jej oczach błyszczało coś nieopisywalnego.
Malone wiedział ,że wsioki nie przyszli z przyjaznymi zamiarami,słyszał szczęk przeładowywanych coltów i winchesterów,mimo to było mu ich żal.
-Musimy znaleźć lepsze miejsce, bo jak na mój gust to chyba ich za dużo.-stwierdził niepewnie.
-Zawsze było za dużo-odrzekła i gwizdnęła długo, aż zaświdrowało mu w uszach.
Sfora zbiegła się natychmiast ,Mangolia poszeptała psom do uszu , a one z wdzięcznością i lubością ocierały się o jej ksztrałtne biodra.
Nagle ruszyły
Kaukaz ruszył na wschód,reszta sfory na zachód obiegając nadciągającą zgraję tak jakby robiły to nie pierwszy raz.
Malone patrzył na to z niekłamanym uznaniem,mimo ,że tknęło go uczucie niezbyt miłe,kiedy psy spoufalały się ze swoją panią.
Przeładował swoją 44-rkę ,za pas wsadził długi tomachawk odziedziczony po starym przyjacielu , a w cholewy butów noże z białymi rękojeściami z kości.Był gotów,spojrzał kątem oka na Mangolię ,która zdąrzyła już zabrać ze stołu kuszę.Ona też była gotowa.
Malone czuł podniecenie,uśmiechnął się na myśl o opróżnionej butelce skacza .
-To był ładny poranek-uśmiechnął się ledwie zauważalnie ,a ona ledwie zauważalnie odwzajemniła uśmiech.
-Ładny.
Poszli skryć się w gęstwinie w samą porę,bo ludzie ze wsi byli już bardzo blisko.Mając jednak duży respekt przed sforą ludzie zbili się w klin,i to ich zgubiło.
popieram tę opinię 0 nie zgadzam się z tą opinią 0
Malone wciąż wpatrywał się w pustą butelką i Mangolię naprzemian. Wiedział, że nieubłaganie nadchodzi moment kiedy na nowo będzie mu dane napełnić i jedną i drugą.
Nie mógł spać, deszcz zacinał wściekle w szyby okien, zaś firankę podwiewał od spodu dziki wicher.
Traaaach!!! - piorun uderzył w pobliską koronę tuż przy okienku strychu, rozdzierając pień jak kartkę papieru.
Mangolia otwarła nieprzytomne oczy nie wiedząc gdzie się znajduje.
-Śpisz bardzo nerwowym snem, nawet nie chcę wiedzieć co za licho cię tu przywiało.
- Śniło mi się, - odparła zaspana Mangolia - że wpałaszowałam cały talerz czerwonych samców czeczotek z ryżem i wiesz co?
- co?
- naprawdę pyszny drób, pierwszorzędny - kategorycznie oznajmiła, przewróciła się na drugi bok i ponownie pogrążyła się w objęciach morfeusza.
Była godzina 3:40 czasu środkowo europejskiego. Malone przejrzał kolekcję noży i zastanawiał się gdzie postawił swoją ostatnią niedopitą szklankę.
Atmosfera zarówno na dworze jak i w środku domu nabierały podobnych, równoległych kształtów, jakiejś harmonii, synergii, współbrzmienia z wplecionym w to wszysko stygmatem katharsis i absolutnego oczyszczenia. Na dworze deszcz zmywał ostatki pozimowych brudów z ziemi, wiatr łamał suche, nieprzydatne gałęzie, powietrze oczyszczało się z deszczem nabierając lekkiej rzeźkości. Grzmoty piorunów trzęsły posadą sprawdzając wytrzymałość betonowych ścian chaty Malona. Sfora miała kąpiel gratis. W środku natomiast Malone wsłuchując się w mantryczny oddech Mangolii, walczył z sobą, żeby wreszcie wydobyć to ochrypłe, krystalicznie wyraźne "tęskniłem", ale... - tu rzekł niepewnie -ale... ty tego nie zrozumiesz. Zdziwił się jak głośno to wyrzekł. Jakiś ołowiany ciężar spadł mu z ramion głucho na glebę jak kowadło.
- przecież wiem, że... - dłoń Mangolii na sekundę, w przelocie bardzo delikatnie spoczęła na ustach Smokiego jakby wcale nie to chciała usłyszeć - przecież wiem, że... tylko ten co rozumie jest zdolny do uczucia.
Uwielbiali grać słowem, choć miecz to obosieczny. Rozumieli się w pół słowa, choć nie przyznawali do tego nawet przed własnym "ja".
Malone zgrabnie dźwignął się z wyra. Był naprawdę świetnie zbudowany. Ramiona pokryte bliznami zdrdzały, że skrzypkiem tudzież bankowcem w młodości to on raczej nie był. Wrzucił do kominka kilka szczp, odkręcił zawór przelewowy i miękka chłodna deszczówka grawitacyjnie poczęła rzygać z góry do ogromnej wanny. Gdy po usta zanurzony w wodzie zasypiał, nagle poczuł, że Mangolia wślizguje się doń powoli jak jaguar i bezdźwięcznie jak łasica skradająca się do gniazda po pisklaki. Bezwiednie wiedział 6 zmysłem, że nie ma otwierać oczu. Mokra głowa Mangoli spoczeła lekko pod podbródkiem Smokiego i leżeli tak w metalowej, nieemaliowanej wannie całymi ciągami minut, zbierając siły, oswajając sie napowrót i czekając na chwilę, kiedy jedna ze stron zrobi pierwszy świadomy lub nie gest od którego wprawione w ruch domino zacznie szleńczy rytm odliczania małych kroczków do ostatniego ruchu skonania. Oboje byli mistrzami trzymania swoich pragnień krótko za pysk, zaś te słodkie chwile, bez zbędnego poruszenia kończynami w wodzie, gdzie rejestrowali ciepło swych oddechów i tętna, tylko potwierdzały tenże fakt. Impuls przyszedł z nikąd. Szczapy drew zaczęły trzaskać a Mangolię przeszedł zimny dreszcz. Na ten moment Smokie czekał. Pochwycił w górę heterę jakby ważyła 20kg, zaś ona oplotła go w pasie bardzo silnie nogami. Wyszli tak złączeni, ociekający wodą, ledwo muskając swe wargi, powoli zagłębiając się językami w siebie. Bóg zrobił im mały prezent w radio, gdyż końcówką świadomości usłyszeli pierwsze takty: http://www.youtube.com/watch?v=1mjl7D_eyzk W kominku ogień buzował na równi z pianą gotującej się krwi w ich żyłach. Czuli, że na świecie nie ma absolutnie nikogo oprócz nich. Ich języki w spazmach wiły się okrążając wzajemnie, przejmując smaki i ciepło. Malone ostrożenie położył Mangolię na łożu. Zakradał się do niej jak myśliwy do ofiary, nieubłaganie zbliżali się do tej granicy za którą nie ma już odwrotu. Podsycał pożogę jej ciała od stóp po włosy, które zawinął sobie wokół dłoni. Przekraczał to co nieprzokroczone dla zwykłego śmiertelnika. Wiedział to. Bezpamięci zatapiał się w każdym centymetrze jej ciała tkliwie, błogo do dna. Ona zaś jak zew bez słów, wołała go wsysając po milimetrze go w siebie, aby stopił się w niej jak rozgrzany ołów w regularnej formie. Dopiero kiedy wykonał wystarczająco wiele okrążeń wokół jej ciała zamknął jej ostatnią drogę ucieczki. Wyli jak bestie z rozkoszy. Słony pot mieszał się z gorącymi łzami. Na końcu, gdy upadała ostatnia płytka domina, szkoda było im nawet czasu, aby łapać powietrze na wyrównanie oddechu. Szczegółów można oszczędzić. Dość, że byli wyczerpani do ludzkich granic. Byli jednak ludźmi - byli więc nie nasyceni.

Zanim Mangolia otworzyła oczy Malone ostrzył już noże na werandzie. Lubił tę czynność przy porannej kawie.
"Niektóre rzeczy są dokładnie tym, czym są, i niczym innym."

Charles Bukowski.
popieram tę opinię 0 nie zgadzam się z tą opinią 0
pas -c-
idziemy inną drogą
kontynuuj !ja chętnie poczytam
popieram tę opinię 0 nie zgadzam się z tą opinią 0
A bo ta forumowa struktura drzewka nie działa od samego początku swego funkcjonowania.

Mój post miał być za Mansona i przed Twoim jako uzupełnienie nocy ;))
popieram tę opinię 0 nie zgadzam się z tą opinią 0
paniał,paniał
miła lektura mimo wszystko
musielibyśmy ustalić jakieś zasady żeby pisać
bo dobre wychodzi
może admin strzeli poprawkę
ale ja i tak pas
już po pracy ,flaszeczka z chłopakami
rozumisz;)
zdrówko
popieram tę opinię 0 nie zgadzam się z tą opinią 0
- Flaszeczka - prychnęła Mangolia odtaczając końcem buta siedmiolitrową butelkę po whiskey.
- Kiedy on się wreszcie nauczy pić?
- Pora - westchnęła - a wzdłuż jej podwójnego kręgosłupa przebiegł ekstatyczny dreszcz.
popieram tę opinię 1 nie zgadzam się z tą opinią 0
Aaaaaaa flaszka z kolegami rzecz to słuszna i uwagi wszelkiej godna zawsze wg mej skromnej osoby,
bo jak mnie uczy mój kolega "nie chodzi o to zjeść, ale o to cześć"
No to na zdrowie i nie zamarznąć po drodze ;)
Również se tę tfu-rczość uskuteczniam w pracy, a właściwie w jej przerywnikach na szluga i kawę.

Zasady, scenariusz i zgrany kolektyw mogłoby być. Z tym, że ja naprawdę piszę na odwał i szybko (często nie uzżywając mózgu przy tym), ale jakby się jakimś taki prodźektem zająć bardziej rencami i nogami to jakieś kwiatki może i by z tego były do poczytania.
A tak to... take se forumowe bazgroły.
popieram tę opinię 0 nie zgadzam się z tą opinią 0
we w trakcie flaszeczki i kolegi kawałek poczytali,anie czytają za często
flaszka rzecz słuszna a i bazgroły forumowe takie nie całkiem nie od rzeczy
flaszeczka słuszna bo ostatni raz w tym wieku ,rozumisz;)
popieram tę opinię 0 nie zgadzam się z tą opinią 0
Manson nie rób z Mangolii alkoholiczki bo się obawawiam trochę, że jak Malone i Mangolia zaciągną na dobre (a dużo im nie trzeba żeby wleść porządnie na orbitę) to nie wyhamują i przesiedzą w chacie ze 4 tygodnie dopóki póty nie opróżnią zawartości składziku. Napadnie na nich zdradziecko wiocha i będzie koniec.
popieram tę opinię 0 nie zgadzam się z tą opinią 0
- Zawsze wiedziałam, że on nie używa mózgu - prychnęła Mangolia.
Stuknęła drzwiami i stanęła na werandzie.
- Znowu ta durna kolekcja noży? - spytała patrząc w oczy Smokiego.
- Czy wy się nigdy nie nauczycie korzystać ze zdobyczy techniki? - spytała retorycznie repetując samopotwarzalnego Makarowa.
Zeszła zgrabnie po schodkach i wciągnęła w nozdrza zapach wiosny.
- Oj, będzie się działo - uśmiech sam z siebie wykwitł na jej wytatuowanych na czarno wargach. Dobrze, że akurat nikt nie mógł go zobaczyć. Zazwyczaj była to ostatnia rzecz, jaką delikwent widział w życiu.
- Idziemy - zakomenderowała.
popieram tę opinię 0 nie zgadzam się z tą opinią 0
Malone tylo wspomniał stare czasy
"jedną twarzą łyknąć z flaszy ,drugą z toni w niebo patrzyć"
to już było
-Idźiemy-przytaknął
popieram tę opinię 0 nie zgadzam się z tą opinią 0
Hola, hola dziewczynko, a zapałki?
- jeśli będziesz mi tu z rana prychać śliną coś niezrozumiale i popędzać nie pozwalając by mój umysł wlazł na właściwie sobie wibracje - obiecuję ci ostatni raz, że zrobię użytek z tego skorodowanego haka rzeźnickiego bez namysł wybełkotał skacowany Malone.
Zanim gdziekolwiek pójdziemy najpierw fajka i piwo.
Mangolia miała swoje sprawy w mieście do załatwienia.
Niecierpliwiła się gdy Malone drżącymi dłońmi upychał w buty, rękawy i za kark noże którymi ponoć rzucał wybornie.
Pamiętaj mała-zwierzył się- ręka jest szybsza niż oko.
W każdym razie... jakoś tak... dodał i spił porannego browca.
Od razu poczuł się lepiej. To uspokoiło Mangolię.
popieram tę opinię 0 nie zgadzam się z tą opinią 0
sorry,to nie ja
popieram tę opinię 0 nie zgadzam się z tą opinią 0
do góry