Malone wciąż wpatrywał się w pustą butelką i Mangolię naprzemian. Wiedział, że nieubłaganie nadchodzi moment kiedy na nowo będzie mu dane napełnić i jedną i drugą.
Nie mógł spać, deszcz zacinał wściekle w szyby okien, zaś firankę podwiewał od spodu dziki wicher.
Traaaach!!! - piorun uderzył w pobliską koronę tuż przy okienku strychu, rozdzierając pień jak kartkę papieru.
Mangolia otwarła nieprzytomne oczy nie wiedząc gdzie się znajduje.
-Śpisz bardzo nerwowym snem, nawet nie chcę wiedzieć co za licho cię tu przywiało.
- Śniło mi się, - odparła zaspana Mangolia - że wpałaszowałam cały talerz czerwonych samców czeczotek z ryżem i wiesz co?
- co?
- naprawdę pyszny drób, pierwszorzędny - kategorycznie oznajmiła, przewróciła się na drugi bok i ponownie pogrążyła się w objęciach morfeusza.
Była godzina 3:40 czasu środkowo europejskiego. Malone przejrzał kolekcję noży i zastanawiał się gdzie postawił swoją ostatnią niedopitą szklankę.
Atmosfera zarówno na dworze jak i w środku domu nabierały podobnych, równoległych kształtów, jakiejś harmonii, synergii, współbrzmienia z wplecionym w to wszysko stygmatem katharsis i absolutnego oczyszczenia. Na dworze deszcz zmywał ostatki pozimowych brudów z ziemi, wiatr łamał suche, nieprzydatne gałęzie, powietrze oczyszczało się z deszczem nabierając lekkiej rzeźkości. Grzmoty piorunów trzęsły posadą sprawdzając wytrzymałość betonowych ścian chaty Malona. Sfora miała kąpiel gratis. W środku natomiast Malone wsłuchując się w mantryczny oddech Mangolii, walczył z sobą, żeby wreszcie wydobyć to ochrypłe, krystalicznie wyraźne "tęskniłem", ale... - tu rzekł niepewnie -ale... ty tego nie zrozumiesz. Zdziwił się jak głośno to wyrzekł. Jakiś ołowiany ciężar spadł mu z ramion głucho na glebę jak kowadło.
- przecież wiem, że... - dłoń Mangolii na sekundę, w przelocie bardzo delikatnie spoczęła na ustach Smokiego jakby wcale nie to chciała usłyszeć - przecież wiem, że... tylko ten co rozumie jest zdolny do uczucia.
Uwielbiali grać słowem, choć miecz to obosieczny. Rozumieli się w pół słowa, choć nie przyznawali do tego nawet przed własnym "ja".
Malone zgrabnie dźwignął się z wyra. Był naprawdę świetnie zbudowany. Ramiona pokryte bliznami zdrdzały, że skrzypkiem tudzież bankowcem w młodości to on raczej nie był. Wrzucił do kominka kilka szczp, odkręcił zawór przelewowy i miękka chłodna deszczówka grawitacyjnie poczęła rzygać z góry do ogromnej wanny. Gdy po usta zanurzony w wodzie zasypiał, nagle poczuł, że Mangolia wślizguje się doń powoli jak jaguar i bezdźwięcznie jak łasica skradająca się do gniazda po pisklaki. Bezwiednie wiedział 6 zmysłem, że nie ma otwierać oczu. Mokra głowa Mangoli spoczeła lekko pod podbródkiem Smokiego i leżeli tak w metalowej, nieemaliowanej wannie całymi ciągami minut, zbierając siły, oswajając sie napowrót i czekając na chwilę, kiedy jedna ze stron zrobi pierwszy świadomy lub nie gest od którego wprawione w ruch domino zacznie szleńczy rytm odliczania małych kroczków do ostatniego ruchu skonania. Oboje byli mistrzami trzymania swoich pragnień krótko za pysk, zaś te słodkie chwile, bez zbędnego poruszenia kończynami w wodzie, gdzie rejestrowali ciepło swych oddechów i tętna, tylko potwierdzały tenże fakt. Impuls przyszedł z nikąd. Szczapy drew zaczęły trzaskać a Mangolię przeszedł zimny dreszcz. Na ten moment Smokie czekał. Pochwycił w górę heterę jakby ważyła 20kg, zaś ona oplotła go w pasie bardzo silnie nogami. Wyszli tak złączeni, ociekający wodą, ledwo muskając swe wargi, powoli zagłębiając się językami w siebie. Bóg zrobił im mały prezent w radio, gdyż końcówką świadomości usłyszeli pierwsze takty:
http://www.youtube.com/watch?v=1mjl7D_eyzk W kominku ogień buzował na równi z pianą gotującej się krwi w ich żyłach. Czuli, że na świecie nie ma absolutnie nikogo oprócz nich. Ich języki w spazmach wiły się okrążając wzajemnie, przejmując smaki i ciepło. Malone ostrożenie położył Mangolię na łożu. Zakradał się do niej jak myśliwy do ofiary, nieubłaganie zbliżali się do tej granicy za którą nie ma już odwrotu. Podsycał pożogę jej ciała od stóp po włosy, które zawinął sobie wokół dłoni. Przekraczał to co nieprzokroczone dla zwykłego śmiertelnika. Wiedział to. Bezpamięci zatapiał się w każdym centymetrze jej ciała tkliwie, błogo do dna. Ona zaś jak zew bez słów, wołała go wsysając po milimetrze go w siebie, aby stopił się w niej jak rozgrzany ołów w regularnej formie. Dopiero kiedy wykonał wystarczająco wiele okrążeń wokół jej ciała zamknął jej ostatnią drogę ucieczki. Wyli jak bestie z rozkoszy. Słony pot mieszał się z gorącymi łzami. Na końcu, gdy upadała ostatnia płytka domina, szkoda było im nawet czasu, aby łapać powietrze na wyrównanie oddechu. Szczegółów można oszczędzić. Dość, że byli wyczerpani do ludzkich granic. Byli jednak ludźmi - byli więc nie nasyceni.
Zanim Mangolia otworzyła oczy Malone ostrzył już noże na werandzie. Lubił tę czynność przy porannej kawie.
"Niektóre rzeczy są dokładnie tym, czym są, i niczym innym."
Charles Bukowski.