Szli krokiem raźnym. Noga w nogę. Zdało się, że otaczała ich jakaś aura witalności jaką to przynosi li tylko wiosna. Drzewa były na swoim miejscu, ptaki na nich też. Słoneczko przygrzewało.
Mangolia była zła na siebie. Pomiędzy udami czuła słodko-błogi ból nocnych uniesień. Nie znosiła gdy coś ją bolało - nawet w tak naturalnie kojący jej kobiecość sposób.
- nie zapomniałem o linie i o maczecie- pochwalił się Smokie Malone.
- ty i to twoje przywiązanie do tradycyjnej estetyki- syknęła rozkojarzona.
Nie potrafiła zebrać myśli i ułożyć sensownego planu. Ba! nie wiedziała dlaczego nogi niosą ją na wschodnią część wioski gdzie na uboczu z dala od niej widniały strzeliste budynki kościoła i zachrystii.
Nienawidziła durnego towarzystwa.
Nienawidziła marnotrawstwa energii na czcze gadki i wszelkich uśmiechów ludzkich nie popartych silnie wew. emocjami.
Tymczasem pastor był tym w wiosce, który bez przerwy i bez wyraźnej przyczyny uśmiechał się do wszystkich. Bredził też od rzeczy marnotrawiąc czas swój oraz innych. No i żeby było zadość należy powiedzieć, że był durniem. Kopletnym od a do z.
Mangolia wciąż nie miała planu.
Wtem spierzchniętymi ustami odezwał sie rozmarzony Smokie:
- wiesz, suszy mnie, napiłbym sie teraz dobrego mszalnego wina.
- i to pewno ze złotego i pękatego kielich co? - z namysłem zgadła Mangolia.
- właśnie wyjęłaś mi to z ust - rzekł
- mój drogi, z ust to założę się, że akurat ty częściej wyjmujesz - rubasznie zaniosła się śmiechem.
Rozpromieniła się.
- hmmm wraz z wiosną przecież należy czynić różne porządki - rzekła tajemniczo z akcentem na "różne" po czym, wbiła w kark Malone swe długie, lakierowane na czarno (z białymi trupimi czaszkami)paznokcie i namiętnie obdarzyła całusem.
Założyła głęboki kaptur i równie zalotnie co słodko odparła:" powinna koniecznie i natychmiast iść do spowiedzi po nocnych wybrykach".
Malone zatrybił.
Zrób to cicho i szybko pan nie lubi hałasu - rzekł - wręczając towarzyszce jeden ze sztyletów.
Pan ci to kiedyś wynagrodzi -szepnęła na odchodne.
-co?
-to że zawsze bierzesz z sobą noże - figlarnie zabłysły jej oczy i zniknęła.
Malone popatrzał wysoko w czyste niebo. Jedną małą chmurką bawił się wiatr zmieniając jej nieregularne formy jakby nie mógł sie zdecydować na ostateczny jej kształt. Wyciągnął kochę zielska i puścił dymek. Jakże kruche jest ludzkie życie - podsumował w myślach.
-
"Niektóre rzeczy są dokładnie tym, czym są, i niczym innym."
Charles Bukowski.