Widok
Mixer
soki trawienne z żołądka (żołądków? Któż to może wiedzieć) Totoro też swoje potrafią. Gdyby się było akurat przypadkiem w środku, można byłoby zapewne obejrzeć wspaniałą walkę chemiczną soki-rdza, a że byłby to ostatni widok przed przekroczeniam Świetlistego Prostokątu*, to inna sprawa... Na zewnątrz będzie to zapewne wyglądało tak, że po połknięciu pociągu, Totoro odbije się, po czym zrobi na chwilę zakłopotaną minę, a potem... cóż, potem wróci do zbierania orzeszków.
*nie chodzi o koniec przewodu pokarmowego ;)
*nie chodzi o koniec przewodu pokarmowego ;)
Fate!!moja ulubiona pacjentko!!
Głaszczę i tulę a także wynajmuję remizopodobny klub ze specjalną dedykacją dla Ciebie.Jak się może domyślasz listu z planem już nie dostaniesz, bo planu jeszcze nie ma, ale mam nadzieję, że niebawem coś stworzę, a jak nie to urządzimy imprezę w piwnicy-szampan się znajdzie;)
Mnie marazm nie ogarnia a jakaś psychoza(przez tą wojnę-tzn.na historii polskim i w kinie)jak tak dalej pójdzie to znielubię ludzi(JA!?)jestem na dobrej drodze!A śnieg spadł i mikołaj przyszedł(choć nie do mnie-mimo średnio delikatnych aluzji mikołajkowych:))Kolega O.jest w gruncie rzeczy fAjnym kolegą, a na pewno oryginalnym-to należy cenić i czcić;)zresztą nie obrażaj mego menszczyzny:D głupia nie jesteś a psem się nie przejmuj, Maciek Leona też sobie przywłaszcza.Nie kontaktuję=spać!!A dziś pierwszy(i mam nadzieję ostatni raz)o 8 rano biegałam.Nie ma to jak w-f w sobotę...Do zobaczenia(^_^a jak będzie beznadziejnie?!-bojem siem.My się w ogóle nie zmieścimy-zwłaszcza jak przyjedzie paszczak:D)i czemu się nie uodzywasz na gg?bebe fate.Dobranoc!
Mnie marazm nie ogarnia a jakaś psychoza(przez tą wojnę-tzn.na historii polskim i w kinie)jak tak dalej pójdzie to znielubię ludzi(JA!?)jestem na dobrej drodze!A śnieg spadł i mikołaj przyszedł(choć nie do mnie-mimo średnio delikatnych aluzji mikołajkowych:))Kolega O.jest w gruncie rzeczy fAjnym kolegą, a na pewno oryginalnym-to należy cenić i czcić;)zresztą nie obrażaj mego menszczyzny:D głupia nie jesteś a psem się nie przejmuj, Maciek Leona też sobie przywłaszcza.Nie kontaktuję=spać!!A dziś pierwszy(i mam nadzieję ostatni raz)o 8 rano biegałam.Nie ma to jak w-f w sobotę...Do zobaczenia(^_^a jak będzie beznadziejnie?!-bojem siem.My się w ogóle nie zmieścimy-zwłaszcza jak przyjedzie paszczak:D)i czemu się nie uodzywasz na gg?bebe fate.Dobranoc!
Ciąg dalszy umieszczania dziecka w szpitalu...
Dziecko, a szpital...
Ok. 18:00 wracamy do szpitala, wioząc rzeczy, które mogą się przydać Ani. Przebieramy przepocone do granic możliwości dziecko w czystą pidżamkę (nawet dwa uchylone okna nie "ugasiły" super wysokiej temperatury, którą można było odczuć w sali). Przychodzi pielęgniarka i każe naszej dziewczynce - którą nadal bardzo boli brzuszek, i która jest wciąż podpięta do kroplówki - wstać. Sprawdza, jaki Ania ma wzrost, bo właśnie na oddział trafiła wyższa (starsza) dziewczynka, dla której nie ma odpowiedniego łóżka, więc pielęgniarki - ganiając po salach - wyszukują jak najmniejsze (najniższe) dziecko, które będzie "pasowało" do dziecięcego łóżeczka. Na szczęście nasza Ania jest zbyt duża i pielęgniarka zostawia ją w spokoju. Istna paranoja... O 22:00 opuszczamy szpital i wracamy do domu. Dziecko pozostawiłyśmy w dżungli zwanej "Szpitalem Wojewódzkim". Targają nami sprzeczne odczucia: z jednej strony człowiek jest niby zadowolony, że dziecko jest pod fachową ("fachową"?) opieką medyczną, a z drugiej strony zdajemy sobie sprawę z niskiego poziomu naszych służb medycznych i niewyszukanego standardu obiektów medycznych. Oby jutro było lepiej...
* Imię dziewczynki zmieniłam.
Ok. 18:00 wracamy do szpitala, wioząc rzeczy, które mogą się przydać Ani. Przebieramy przepocone do granic możliwości dziecko w czystą pidżamkę (nawet dwa uchylone okna nie "ugasiły" super wysokiej temperatury, którą można było odczuć w sali). Przychodzi pielęgniarka i każe naszej dziewczynce - którą nadal bardzo boli brzuszek, i która jest wciąż podpięta do kroplówki - wstać. Sprawdza, jaki Ania ma wzrost, bo właśnie na oddział trafiła wyższa (starsza) dziewczynka, dla której nie ma odpowiedniego łóżka, więc pielęgniarki - ganiając po salach - wyszukują jak najmniejsze (najniższe) dziecko, które będzie "pasowało" do dziecięcego łóżeczka. Na szczęście nasza Ania jest zbyt duża i pielęgniarka zostawia ją w spokoju. Istna paranoja... O 22:00 opuszczamy szpital i wracamy do domu. Dziecko pozostawiłyśmy w dżungli zwanej "Szpitalem Wojewódzkim". Targają nami sprzeczne odczucia: z jednej strony człowiek jest niby zadowolony, że dziecko jest pod fachową ("fachową"?) opieką medyczną, a z drugiej strony zdajemy sobie sprawę z niskiego poziomu naszych służb medycznych i niewyszukanego standardu obiektów medycznych. Oby jutro było lepiej...
* Imię dziewczynki zmieniłam.
Etapy umieszczania dziecka w szpitalu:
Dzisiaj chcę opisać, jak w naszym mieście (może i kraju?) wygląda przyjmowanie dziecka do szpitala.
Mam sąsiadów - jak każdy, gdziekolwiek na świecie. Moi sąsiedzi mieszkają na parterze. Jest tam dziewięcioletnia dziewczynka - powiedzmy, że na imię ma Ania*. Dziewczynka od trzech dni nic nie jadła, nic nie piła, wymiotowała, bardzo bolał ją brzuszek, miała stan podgorączkowy... czyli uzbierało się sporo przesłanek, dla których powinno się z dzieckiem pojechać na dokładniejsze badania. Ponieważ rodzice dziewczynki pracują - na mnie wypadło pojechanie z Anią do szpitala.
Pierwszy etap zmagań - godz. 11:00:
Jedziemy do Szpitala Zakaźnego przy ul. Smoluchowskiego w Gdańsku. Wybieramy ten punkt medyczny, gdyż dziecko ma identyczne objawy, jak jej brat, który dwa lata wcześniej trafił na dwa tygodnie właśnie do szpitala zakaźnego po ww. objawach. Udajemy się z Anią do rejestracji. Mimo, iż tłumaczę w zrozumiałym dla przeciętnego człowieka języku kobiecie (recepcjonistce, czy rejestratorce), że dziecko jest w poważnym stanie i prawie "przelewa mi się przez ręce" - pani za szybką, wskazując mi jakiś bliżej nie odgadniony punkt, mówi: "Wyjdzie Pani z dzieckiem tym wejściem, którym Pani weszła, pójdzie Pani do końca tego budynku, tam, gdzie są miejsca na wjazd karetek, postuka Pani do kabinek - na pewno w którejś otworzą i Panią przyjmą." Dodam, że te "kabinki" są odległe jakieś 400 m od punktu, w którym właśnie "szczęśliwie" jesteśmy. Nie kłócąc się - bo w końcu kto wygra ze służbą zdrowia - posłusznie udajemy się z Anią we wskazane miejsce. Na szczęście w tym samym czasie podjeżdża pod jedną z kabinek karetka, więc udaje nam się jakoś dostać do jednego z pokojów obserwacyjno - badawczych, które wyglądają jak niedoinwestowane gabineciki powiatowe. Czekamy. Przychodzi Pani Doktor, uznaje - jak zresztą sugerowałam już wcześniej kobiecie za szybką - że stan dziecka jest poważny, każe pielęgniarce zapodać Ani kroplówkę, wzywa karetkę do przewozu chorych (to taka bez lekarza, tylko z kierowcą i sanitariuszem) i tyle ją widzimy (znaczy: Panią Doktor). A... nim znikła, jeszcze zdążyła mnie opierniczyć, że nie mam od rodziców stałego upoważnienia na opiekę nad dzieckiem i groziła prokuratorem - tak, jakbym chciała dziecku krzywdę co najmniej zrobić, że do szpitala ją przywiozłam.
Następny etap - godz. 12:15:
Jedziemy karetką do szpitala wojewódzkiego, jako, że Pani Doktor doszła do wniosku, że to raczej przypadłość chirurgiczna (czyli wyrostek), niźli zakaźna (czyli wirus żołądkowy grypy) i nie przynależy nam miejsce w szpitalu zakaźnym. Karetka, jak karetka: dwa miejsca z przodu, jedno z tyłu i łóżko. Z przodu siedzi kierowca i pani, na mój gust towarzyszka życiowa kierowcy - gdyż wspólnie omawiają przez całą drogę zrobione przez panią zakupy (pani biadoli, że w aucie ciepło i jej się masło roztopi...). Na łóżku, które wg mnie przysługuje osobie przewożonej, czyli choremu, usadawia się sanitariusz. Nam z Anią przypadł fotel obok tego łóżka samochodowego - na dodatek Ania wciąż ma wkłutą kroplówkę, którą zmuszona jestem trzymać pod sufitem auta - z braku jakiegokolwiek zawieszenia ku temu stworzonego. Warunki iście spartańskie. Dojeżdżamy w końcu do Szpitala im. M. Kopernika, nawet udaje nam się zainteresować naszymi osobami Pana Doktora - tym razem chirurga (poprzednia Pani Doktor była pediatrą). Po wstępnym badaniu okazuje się, że potrzebne są wyniki dodatkowych badań: krew, mocz, USG. Robimy więc badania i oczekujemy w pokoju obserwacyjnym, w którym pościel wymieniają chyba raz na tydzień (przy dobrych rokowaniach). W tzw. międzyczasie (wiem, że nie ma takiego określenia czasu, ale tutaj jest jak najbardziej wskazane) dojeżdża do nas mama Ani. Czekamy: godzinę, dwie... Dziecko nam się coraz bardziej skręca na łóżku. Jest 15:00 i w końcu są wyniki i decyzja kolejnej Pani Doktor: dziecko zostaje w szpitalu na obserwację. Niby wszystko OK - dziecko zostało przyjęte do szpitala...
Kolejny etap - godz. 15:15:
Lokujemy dziewczynkę w jednej z sal na oddziale chirurgii dziecięcej. Następna kroplówka. Nie mamy pidżamki - dopiero chcemy po nią do domu pojechać. Pielęgniarka każe dziecku w ubraniu położyć się na łóżku - wcześniej mnie i matkę dziecka informuje, że nie możemy naszych płaszczy kłaść na łóżku, gdyż jest na nim czysta pościel. Gdzie tu sens i logika? Dziecku nie dają zamiennej pidżamki i każą w ubrankach przepoconych (w sali obserwacyjnej było bardzo gorąco) leżeć na łóżku, a nasze płaszcze niby nie mogły..? Chcemy jechać po rzeczy dla Ani, no i... nie możemy - trzeba czekać na anestezjologa, który musi przeprowadzić wywiad i dopiero wtedy możemy - po podpisaniu miliona papierków i zgód na ewentualną operację - opuścić to "fantastyczne" miejsce. Wychodzimy stamtąd o 16:40.
Mam sąsiadów - jak każdy, gdziekolwiek na świecie. Moi sąsiedzi mieszkają na parterze. Jest tam dziewięcioletnia dziewczynka - powiedzmy, że na imię ma Ania*. Dziewczynka od trzech dni nic nie jadła, nic nie piła, wymiotowała, bardzo bolał ją brzuszek, miała stan podgorączkowy... czyli uzbierało się sporo przesłanek, dla których powinno się z dzieckiem pojechać na dokładniejsze badania. Ponieważ rodzice dziewczynki pracują - na mnie wypadło pojechanie z Anią do szpitala.
Pierwszy etap zmagań - godz. 11:00:
Jedziemy do Szpitala Zakaźnego przy ul. Smoluchowskiego w Gdańsku. Wybieramy ten punkt medyczny, gdyż dziecko ma identyczne objawy, jak jej brat, który dwa lata wcześniej trafił na dwa tygodnie właśnie do szpitala zakaźnego po ww. objawach. Udajemy się z Anią do rejestracji. Mimo, iż tłumaczę w zrozumiałym dla przeciętnego człowieka języku kobiecie (recepcjonistce, czy rejestratorce), że dziecko jest w poważnym stanie i prawie "przelewa mi się przez ręce" - pani za szybką, wskazując mi jakiś bliżej nie odgadniony punkt, mówi: "Wyjdzie Pani z dzieckiem tym wejściem, którym Pani weszła, pójdzie Pani do końca tego budynku, tam, gdzie są miejsca na wjazd karetek, postuka Pani do kabinek - na pewno w którejś otworzą i Panią przyjmą." Dodam, że te "kabinki" są odległe jakieś 400 m od punktu, w którym właśnie "szczęśliwie" jesteśmy. Nie kłócąc się - bo w końcu kto wygra ze służbą zdrowia - posłusznie udajemy się z Anią we wskazane miejsce. Na szczęście w tym samym czasie podjeżdża pod jedną z kabinek karetka, więc udaje nam się jakoś dostać do jednego z pokojów obserwacyjno - badawczych, które wyglądają jak niedoinwestowane gabineciki powiatowe. Czekamy. Przychodzi Pani Doktor, uznaje - jak zresztą sugerowałam już wcześniej kobiecie za szybką - że stan dziecka jest poważny, każe pielęgniarce zapodać Ani kroplówkę, wzywa karetkę do przewozu chorych (to taka bez lekarza, tylko z kierowcą i sanitariuszem) i tyle ją widzimy (znaczy: Panią Doktor). A... nim znikła, jeszcze zdążyła mnie opierniczyć, że nie mam od rodziców stałego upoważnienia na opiekę nad dzieckiem i groziła prokuratorem - tak, jakbym chciała dziecku krzywdę co najmniej zrobić, że do szpitala ją przywiozłam.
Następny etap - godz. 12:15:
Jedziemy karetką do szpitala wojewódzkiego, jako, że Pani Doktor doszła do wniosku, że to raczej przypadłość chirurgiczna (czyli wyrostek), niźli zakaźna (czyli wirus żołądkowy grypy) i nie przynależy nam miejsce w szpitalu zakaźnym. Karetka, jak karetka: dwa miejsca z przodu, jedno z tyłu i łóżko. Z przodu siedzi kierowca i pani, na mój gust towarzyszka życiowa kierowcy - gdyż wspólnie omawiają przez całą drogę zrobione przez panią zakupy (pani biadoli, że w aucie ciepło i jej się masło roztopi...). Na łóżku, które wg mnie przysługuje osobie przewożonej, czyli choremu, usadawia się sanitariusz. Nam z Anią przypadł fotel obok tego łóżka samochodowego - na dodatek Ania wciąż ma wkłutą kroplówkę, którą zmuszona jestem trzymać pod sufitem auta - z braku jakiegokolwiek zawieszenia ku temu stworzonego. Warunki iście spartańskie. Dojeżdżamy w końcu do Szpitala im. M. Kopernika, nawet udaje nam się zainteresować naszymi osobami Pana Doktora - tym razem chirurga (poprzednia Pani Doktor była pediatrą). Po wstępnym badaniu okazuje się, że potrzebne są wyniki dodatkowych badań: krew, mocz, USG. Robimy więc badania i oczekujemy w pokoju obserwacyjnym, w którym pościel wymieniają chyba raz na tydzień (przy dobrych rokowaniach). W tzw. międzyczasie (wiem, że nie ma takiego określenia czasu, ale tutaj jest jak najbardziej wskazane) dojeżdża do nas mama Ani. Czekamy: godzinę, dwie... Dziecko nam się coraz bardziej skręca na łóżku. Jest 15:00 i w końcu są wyniki i decyzja kolejnej Pani Doktor: dziecko zostaje w szpitalu na obserwację. Niby wszystko OK - dziecko zostało przyjęte do szpitala...
Kolejny etap - godz. 15:15:
Lokujemy dziewczynkę w jednej z sal na oddziale chirurgii dziecięcej. Następna kroplówka. Nie mamy pidżamki - dopiero chcemy po nią do domu pojechać. Pielęgniarka każe dziecku w ubraniu położyć się na łóżku - wcześniej mnie i matkę dziecka informuje, że nie możemy naszych płaszczy kłaść na łóżku, gdyż jest na nim czysta pościel. Gdzie tu sens i logika? Dziecku nie dają zamiennej pidżamki i każą w ubrankach przepoconych (w sali obserwacyjnej było bardzo gorąco) leżeć na łóżku, a nasze płaszcze niby nie mogły..? Chcemy jechać po rzeczy dla Ani, no i... nie możemy - trzeba czekać na anestezjologa, który musi przeprowadzić wywiad i dopiero wtedy możemy - po podpisaniu miliona papierków i zgód na ewentualną operację - opuścić to "fantastyczne" miejsce. Wychodzimy stamtąd o 16:40.
Z cyklu znalezione w sieci...
Taki wierszyk zaczął krążyć w Necie po doniesieniach o przeszukaniach domów przez policję:
Kiedy przyjda przeszukac dom,
Ten, w którym mieszkasz chłopie,
Kiedy sprawdzą twój CD-ROM,
I na płytach nagrane kopie,
Gdy pod drzwiami staną, i nocą
Nakazem w dloni w drzwi załomocą -
Wiesz o jaką im chodzi zbrodnię?
Ściągales pliki Przez dwa tygodnie.
Juz przed twym domem setki są glin,
Dokąd uciekać? Chyba do Chin.
A wszystko przez to, ze owe dane,
Wprost z Ameryki byly pobrane
Co czyni z ciebie kogoś gorszego,
Nizli mordercę wielokrotnego...
Kiedyś przyjdą napewno pogrzebać ci w kompie
może sie zlituja, w co szczerze wątpię,
jak GROM w nocy przez dach sie wkują,
płyty połamia, save'y skasuja,
pójdzie sie j...ć w Fifie kariera,
znów w nfs'a startujesz od zera,
choć w call of duty wojnę wygraleś,
choć wiele nocy przez to zarwaleś.
Brak u nich skrupulów, litości nie mają,
za dyskutowanie zarobisz pałą,
nie pomoga płacze, ani lamenty
caly twój hardware w folii zapięty,
już biurko puste, juz wiatrak nie huczy
może mnie w końcu to coś nauczy,
mijają godziny, mijaja dni,
chyba oszaleję, wciaz komp mi sie śni.
Dzwonię na pały, może coś da sie załatwić,
jakiś glina mówi: muszę pana zmartwić,
tutaj jest Polska, tu cuda sie dzieją,
kompa pan oddał przebranym złodziejom
Kiedy przyjda przeszukac dom,
Ten, w którym mieszkasz chłopie,
Kiedy sprawdzą twój CD-ROM,
I na płytach nagrane kopie,
Gdy pod drzwiami staną, i nocą
Nakazem w dloni w drzwi załomocą -
Wiesz o jaką im chodzi zbrodnię?
Ściągales pliki Przez dwa tygodnie.
Juz przed twym domem setki są glin,
Dokąd uciekać? Chyba do Chin.
A wszystko przez to, ze owe dane,
Wprost z Ameryki byly pobrane
Co czyni z ciebie kogoś gorszego,
Nizli mordercę wielokrotnego...
Kiedyś przyjdą napewno pogrzebać ci w kompie
może sie zlituja, w co szczerze wątpię,
jak GROM w nocy przez dach sie wkują,
płyty połamia, save'y skasuja,
pójdzie sie j...ć w Fifie kariera,
znów w nfs'a startujesz od zera,
choć w call of duty wojnę wygraleś,
choć wiele nocy przez to zarwaleś.
Brak u nich skrupulów, litości nie mają,
za dyskutowanie zarobisz pałą,
nie pomoga płacze, ani lamenty
caly twój hardware w folii zapięty,
już biurko puste, juz wiatrak nie huczy
może mnie w końcu to coś nauczy,
mijają godziny, mijaja dni,
chyba oszaleję, wciaz komp mi sie śni.
Dzwonię na pały, może coś da sie załatwić,
jakiś glina mówi: muszę pana zmartwić,
tutaj jest Polska, tu cuda sie dzieją,
kompa pan oddał przebranym złodziejom
Fate
nie wiem kim jest Wrzeszczanin,
ale jedną z zabitych dziewczyn znaleziono w lesie niedaleko mojego domu, na dzielnicy jest pełno policji, co nie zdarzało się wcześniej, nawet straż miejska się pokazuje co nie zdarzało się wcześniej...
a plotki, plotki były i będą, nawet jak o dusicielu słuch zaginie.
ale jedną z zabitych dziewczyn znaleziono w lesie niedaleko mojego domu, na dzielnicy jest pełno policji, co nie zdarzało się wcześniej, nawet straż miejska się pokazuje co nie zdarzało się wcześniej...
a plotki, plotki były i będą, nawet jak o dusicielu słuch zaginie.