Widok
"Lżej na duchu" nie sprawia, że łatwiej jest znowu grzeszyć, a raczej jedynie tyle, że łatwiej jest sobie samemu poradzić z noszonym piętnem, łatwiej jest "spojrzeć w lustro" ale to na pewno nie powinna być furtka do łatwiejszego grzeszenia...
W Kościele chciałam zauważyć, NIE istnieje Tabula rasa, jest tylko wybaczenie, co w żadnym wypadku nie równa się z zapomnieniem.
A to, że ludzie wykorzystują czyjeś słabości to chyba dla nich największy problem, to oni krzywdzą i to oni powinni się tym martwić.
Aha to, że Kościół dostosowuje się do ogółu, do społeczeństwa, kultury czy obyczajów ja postrzegam jako negatywne i w pełni popieram twoje zdanie, że "W walce o własną dusze nie ma miejsca na pobłażliwość i słabość. Kościół w swoim zachowaniu czyni ludziom więcej krzywdy niż dobrego.".
Jurek teraz parę słów do Ciebie - pierwsze słyszę, żeby ktoś był taki pewny swoich racji, czy to oznaka ograniczenia, czy osiągnięcia pełni wiedzy (co wg mnie jest niemożliwe) o Kościele Katolickim??
Aha, a to, że znasz aż 2 przypadki "uczciwej" spowiedzi, nie oznacza nic poza tym, ze faktycznie tej pełni wiedzy nie posiadłeś!
W Kościele chciałam zauważyć, NIE istnieje Tabula rasa, jest tylko wybaczenie, co w żadnym wypadku nie równa się z zapomnieniem.
A to, że ludzie wykorzystują czyjeś słabości to chyba dla nich największy problem, to oni krzywdzą i to oni powinni się tym martwić.
Aha to, że Kościół dostosowuje się do ogółu, do społeczeństwa, kultury czy obyczajów ja postrzegam jako negatywne i w pełni popieram twoje zdanie, że "W walce o własną dusze nie ma miejsca na pobłażliwość i słabość. Kościół w swoim zachowaniu czyni ludziom więcej krzywdy niż dobrego.".
Jurek teraz parę słów do Ciebie - pierwsze słyszę, żeby ktoś był taki pewny swoich racji, czy to oznaka ograniczenia, czy osiągnięcia pełni wiedzy (co wg mnie jest niemożliwe) o Kościele Katolickim??
Aha, a to, że znasz aż 2 przypadki "uczciwej" spowiedzi, nie oznacza nic poza tym, ze faktycznie tej pełni wiedzy nie posiadłeś!
Zrozumcie, że język może ukryć prawdę, ale oczy - nigdy!
ziutolina, skad przyszlo ci do glowki, zem doskonaly ?
w temacie krk ciezko bedzie ci znalezc u mnie blad, choc jak widze sadzisz inaczej
popelniam pewnie mnostwo innych bledow, jednak nie jestem az tak zaklamany jak wielka rzesza czlonkow sekty o ktorej pisze
znam jedynie pare uczciwych przypadkow - slownie dwa, kiedy ksiadz odmowil udzielenia rozgrzeszenia komus, kto nie mogl obiecac poprawy
w temacie krk ciezko bedzie ci znalezc u mnie blad, choc jak widze sadzisz inaczej
popelniam pewnie mnostwo innych bledow, jednak nie jestem az tak zaklamany jak wielka rzesza czlonkow sekty o ktorej pisze
znam jedynie pare uczciwych przypadkow - slownie dwa, kiedy ksiadz odmowil udzielenia rozgrzeszenia komus, kto nie mogl obiecac poprawy
Powstaje jednak pytanie, czy "lżej na duchu" nie sprawia że potem łatwiej jest znów grzeszyć?
Niektórzy ludzie zmieniają się dopiero pod naciskiem i moim zdaniem gorzej się sprawdza "idź i nie grzesz więcej" niż "popraw się, a wtedy zostanie ci wybaczone".
Ludzie czasem wykorzystują dobre serce innych. Czasem dopóki kogoś się nie zjedzie to nie zrozumie że coś jest dla nas ważne. A dopóki wszystko wybaczasz to przyzwalasz na słabość....
Największą wadą kościoła obecnie jest jego dostępność. To kościół dostosowuje się do ogółu, do społeczeństwa, kultury czy obyczajów.
Dawniej bycie częścią zgromadzenia (sekty chrześcijańskiej) było pełne dostosowanie się do reguł. To był przywilej, jak się nie chciałaś dostosować to mogłaś kultywować sobie inną religię.
Jezus był bezwzględny w tej kwestii - rzuć wszystko i idź za mną, innej drogi nie ma. Nie można przychodzić na chwilę a potem robić swoje. Nie można kultywować swojej słabości (zwłaszcza że przez 99% czasu nie nazywa się tego słabością a wolnością).
W walce o własną dusze nie ma miejsca na pobłażliwość i słabość. Kościół w swoim zachowaniu czyni ludziom więcej krzywdy niż dobrego.
A co masz na myśli mówiąc "w tym aspekcie"?;)
Świętym nie jestem, ani nieomylnym. Ale się staram i jest dla mnie ważne by być lepszym człowiekiem.
To właśnie prowadzi do szczęścia, a ono jest celem życia.
Niektórzy ludzie zmieniają się dopiero pod naciskiem i moim zdaniem gorzej się sprawdza "idź i nie grzesz więcej" niż "popraw się, a wtedy zostanie ci wybaczone".
Ludzie czasem wykorzystują dobre serce innych. Czasem dopóki kogoś się nie zjedzie to nie zrozumie że coś jest dla nas ważne. A dopóki wszystko wybaczasz to przyzwalasz na słabość....
Największą wadą kościoła obecnie jest jego dostępność. To kościół dostosowuje się do ogółu, do społeczeństwa, kultury czy obyczajów.
Dawniej bycie częścią zgromadzenia (sekty chrześcijańskiej) było pełne dostosowanie się do reguł. To był przywilej, jak się nie chciałaś dostosować to mogłaś kultywować sobie inną religię.
Jezus był bezwzględny w tej kwestii - rzuć wszystko i idź za mną, innej drogi nie ma. Nie można przychodzić na chwilę a potem robić swoje. Nie można kultywować swojej słabości (zwłaszcza że przez 99% czasu nie nazywa się tego słabością a wolnością).
W walce o własną dusze nie ma miejsca na pobłażliwość i słabość. Kościół w swoim zachowaniu czyni ludziom więcej krzywdy niż dobrego.
A co masz na myśli mówiąc "w tym aspekcie"?;)
Świętym nie jestem, ani nieomylnym. Ale się staram i jest dla mnie ważne by być lepszym człowiekiem.
To właśnie prowadzi do szczęścia, a ono jest celem życia.
"Zrozumiał, że nie tylko był jej bliski, ale nie wiedział gdzie on się kończy, a ona zaczyna"
Wiem dobrze o co Wam obu chodziło, tylko chciałam zauważyć, że taka spowiedź o której pisał Jurek jest nieważna...
Oczywiście, że spowiedź pomaga i faktycznie może 'spaść kamień z serca', ja tak się czuje i dobrze mi z tym:) to tak jak się komuś robi 'lżej na duchu', gdy się wygada komuś ze swoich problemów,hmm tylko to głównie kobiet dotyczy faceci w większości starają sobie radzić samemu ze swoimi problemami ale mam nadzieję, że wiesz co mam na myśli:)
Jeszcze jedno wiem, ze ogólnie rzecz biorąc faceci są ambitni i takie tam ale coś mi się wydaje, ze kobiety mimo tego, że akceptują zasady krk, także posłuszeństwo, chcą również rozwoju i stawania się lepszym człowiekiem. Zresztą kto by tego nie chciał, chyba nawet osadzeniu w głębi duszy chcieli by się poprawić tylko są zbyt słabi by się zmienić:)
P.S. Oczywiście, że nie jestem święta, a Ty jak w tym aspekcie? :PP
Oczywiście, że spowiedź pomaga i faktycznie może 'spaść kamień z serca', ja tak się czuje i dobrze mi z tym:) to tak jak się komuś robi 'lżej na duchu', gdy się wygada komuś ze swoich problemów,hmm tylko to głównie kobiet dotyczy faceci w większości starają sobie radzić samemu ze swoimi problemami ale mam nadzieję, że wiesz co mam na myśli:)
Jeszcze jedno wiem, ze ogólnie rzecz biorąc faceci są ambitni i takie tam ale coś mi się wydaje, ze kobiety mimo tego, że akceptują zasady krk, także posłuszeństwo, chcą również rozwoju i stawania się lepszym człowiekiem. Zresztą kto by tego nie chciał, chyba nawet osadzeniu w głębi duszy chcieli by się poprawić tylko są zbyt słabi by się zmienić:)
P.S. Oczywiście, że nie jestem święta, a Ty jak w tym aspekcie? :PP
Zrozumcie, że język może ukryć prawdę, ale oczy - nigdy!
Co innego jest popełniać błąd dwa razy, a czym innym jest wykorzystywanie spowiedzi do oczyszczania sobie miejsca pod nowe grzechy.
Większość osób wychodząc od spowiedzi mówi "jakbym spadł mi kamień z serca".
Tylko że jest też takie powiedzenie "przelać czarę goryczy". W przypadku jednej osoby jest tak że popełniasz błędy (grzeszysz) i pewnego dnia to już się przelewa, wtedy musisz się zmienić, poprawić.
Problem jeśli idziesz do spowiedzi a ktoś ci mówi "masz wybaczone", a Ty odchodzisz i za chwile robisz to samo.
Ostatni raz jak poszedłem do spowiedzi... tam na koniec jest taka formułka "obiecuje poprawę", a ja powiedziałem że nie mogę obiecać poprawy bo wiem że nie dotrzymam tej obietnicy. Niektóre grzechy są silniejsze ode mnie, a niektórych wcale nie chce się wyrzekać.
Ksiądz pogadał, pogadał, ale główna myśl była "nie ważne, ważne abyś przyszedł tu następny raz".
To wygodne, ale nie ma w tym żadnego nacisku na poprawę. Krk oczekuje posłuszeństwa, ale nie rozwoju. To sprawia że kobiety czują się w nim spełnione, a mężczyźni od niego odchodzą.
Faceci chcą aktywnej zmiany, działania, rozwoju, stawanie się lepszym człowiekiem.
Nie jesteś święta, no no:P
Większość osób wychodząc od spowiedzi mówi "jakbym spadł mi kamień z serca".
Tylko że jest też takie powiedzenie "przelać czarę goryczy". W przypadku jednej osoby jest tak że popełniasz błędy (grzeszysz) i pewnego dnia to już się przelewa, wtedy musisz się zmienić, poprawić.
Problem jeśli idziesz do spowiedzi a ktoś ci mówi "masz wybaczone", a Ty odchodzisz i za chwile robisz to samo.
Ostatni raz jak poszedłem do spowiedzi... tam na koniec jest taka formułka "obiecuje poprawę", a ja powiedziałem że nie mogę obiecać poprawy bo wiem że nie dotrzymam tej obietnicy. Niektóre grzechy są silniejsze ode mnie, a niektórych wcale nie chce się wyrzekać.
Ksiądz pogadał, pogadał, ale główna myśl była "nie ważne, ważne abyś przyszedł tu następny raz".
To wygodne, ale nie ma w tym żadnego nacisku na poprawę. Krk oczekuje posłuszeństwa, ale nie rozwoju. To sprawia że kobiety czują się w nim spełnione, a mężczyźni od niego odchodzą.
Faceci chcą aktywnej zmiany, działania, rozwoju, stawanie się lepszym człowiekiem.
Nie jesteś święta, no no:P
"Zrozumiał, że nie tylko był jej bliski, ale nie wiedział gdzie on się kończy, a ona zaczyna"
Oj chłopcy widać, że pewnych rzeczy nie zrozumiecie z takim podejściem... zło na świecie jest od zawsze, kwestia tylko tego czy chce sie byc dobrym czy nie...
Jurek a skoro jesteś tak doskonały, ze nigdy nie popełniasz drugi raz tego samego błędu, to możesz mówić ze ponowne błędy są pogwałceniem rachunku sumienia i jezeli twierdzisz że ktokolwiek w kosciele przechodzi nad Twoimi przykładami to jesteś w wielkim błędzie! ale pewnie i tak nie zrozumiesz i pozostaniesz przy swoim zdaniu:/
Aha Anty wracając do Twojego pytania, to ja faktycznie jestem katoliczką, co nie zmienia faktu, że jestem święta jak Twoja koleżanka ^^
Jurek a skoro jesteś tak doskonały, ze nigdy nie popełniasz drugi raz tego samego błędu, to możesz mówić ze ponowne błędy są pogwałceniem rachunku sumienia i jezeli twierdzisz że ktokolwiek w kosciele przechodzi nad Twoimi przykładami to jesteś w wielkim błędzie! ale pewnie i tak nie zrozumiesz i pozostaniesz przy swoim zdaniu:/
Aha Anty wracając do Twojego pytania, to ja faktycznie jestem katoliczką, co nie zmienia faktu, że jestem święta jak Twoja koleżanka ^^
Zrozumcie, że język może ukryć prawdę, ale oczy - nigdy!
w zasadzie mozna tu postawic teze, ze wystarczy nie byc dziewica, aby nie moc o sobie powiedziec - katoliczka
pomijajac ofiary gwaltu to oczywiscie prawda
swoja droga, nie rozumiem jak krk moze przechodzic do porzadku dziennego, nad ustawicznym oddawaniu sie uciechom cielesnym, bez prawdziwego zalu za ten grzech (podobnie z narkotykami itp)
przeciez to pogwalcenie tak rachunku sumienia, jak i zasad swietej spowiedzi
chyba tylko dlatego, ze stos jest prawem u nas zakazany
pomijajac ofiary gwaltu to oczywiscie prawda
swoja droga, nie rozumiem jak krk moze przechodzic do porzadku dziennego, nad ustawicznym oddawaniu sie uciechom cielesnym, bez prawdziwego zalu za ten grzech (podobnie z narkotykami itp)
przeciez to pogwalcenie tak rachunku sumienia, jak i zasad swietej spowiedzi
chyba tylko dlatego, ze stos jest prawem u nas zakazany
"Ekonomiczny punkt widzenia" - może właśnie dotarliśmy do sedna problemu. Także tej kwestii dlaczego małżeństwa istnieją, dlaczego kobietom tak bardzo na nich zależy a mężczyźni nie czują się w nich bezpiecznie;)
Moje pytanie nie jest bezzasadne, bo wielu mówi że praktykuje, ale mało osób podchodzi poważnie do nauki kościoła. Spora ich część jej nie zna, nie wierzy w niektóre rzeczy albo wybiera zasady które są dla nich wygodne a odrzucają te które wymagają wysiłku.
Chociaż znałem taką dziewczynę co była katoliczką - właściwie jedyna katoliczka jaką znałem. Miała ponad 25 lat a była dziewicą, żyła w kilkuletnim związku a czekała aż do ślubu, potem chciała mieć gromadkę dzieci (nie było mowy o żadnej antykoncepcji). Nie kłamała, nie obgadywała nikogo, właściwie nie mówiła o nikim gdy go nie było w pobliżu. Nie paliła, nie piła, nie korzystała z narkotyków. Wszystkich kochała i wszystkim pomagała... Wierzyła absolutnie we wszystko czego nauczał kościół i praktykowała te nauki bez żadnych najmniejszych odstępstw.
A reszta katolików to hulaj dusza piekła nie ma. Gdyby ktoś kazał mi po zachowaniu ocenić ich wyznanie to najbliżej byłoby im do satanizmu;)
Moje pytanie nie jest bezzasadne, bo wielu mówi że praktykuje, ale mało osób podchodzi poważnie do nauki kościoła. Spora ich część jej nie zna, nie wierzy w niektóre rzeczy albo wybiera zasady które są dla nich wygodne a odrzucają te które wymagają wysiłku.
Chociaż znałem taką dziewczynę co była katoliczką - właściwie jedyna katoliczka jaką znałem. Miała ponad 25 lat a była dziewicą, żyła w kilkuletnim związku a czekała aż do ślubu, potem chciała mieć gromadkę dzieci (nie było mowy o żadnej antykoncepcji). Nie kłamała, nie obgadywała nikogo, właściwie nie mówiła o nikim gdy go nie było w pobliżu. Nie paliła, nie piła, nie korzystała z narkotyków. Wszystkich kochała i wszystkim pomagała... Wierzyła absolutnie we wszystko czego nauczał kościół i praktykowała te nauki bez żadnych najmniejszych odstępstw.
A reszta katolików to hulaj dusza piekła nie ma. Gdyby ktoś kazał mi po zachowaniu ocenić ich wyznanie to najbliżej byłoby im do satanizmu;)
"Zrozumiał, że nie tylko był jej bliski, ale nie wiedział gdzie on się kończy, a ona zaczyna"
Tia ja cały czas próbuję przekazać właśnie to co Ty Nimfo, że to od ludzi zależny powodzenie lub nie powodzenie związku i żaden papier nie jest w stanie tego zepsuć/naprawić :)
Anty piszesz,że poczucie ciągłego zagrożenia czy braku niebezpieczeństwa, sprawia że związek jest bardziej bezpieczny, może i tak tylko właśnie mi się wydaje, z autopsji, że kobiety bardziej niż mężczyźni potrzebują tego złudnego bezpieczeństwa jakie daje małżeństwo. Może bierze się to też z czysto ekonomicznego pkt widzenia...
Aha wracam do "najważniejszego" pytania: wydaje mi się, ze nie traktuje wybiórczo nauki kościoła, przynajmniej nie staram się tego robić, jak już pisałam moja religia od kilku jest moim świadomym wyborem, więc Twoje pytanie jest bezzasadne:PP
Anty piszesz,że poczucie ciągłego zagrożenia czy braku niebezpieczeństwa, sprawia że związek jest bardziej bezpieczny, może i tak tylko właśnie mi się wydaje, z autopsji, że kobiety bardziej niż mężczyźni potrzebują tego złudnego bezpieczeństwa jakie daje małżeństwo. Może bierze się to też z czysto ekonomicznego pkt widzenia...
Aha wracam do "najważniejszego" pytania: wydaje mi się, ze nie traktuje wybiórczo nauki kościoła, przynajmniej nie staram się tego robić, jak już pisałam moja religia od kilku jest moim świadomym wyborem, więc Twoje pytanie jest bezzasadne:PP
Zrozumcie, że język może ukryć prawdę, ale oczy - nigdy!
Więc nie chodzi o sam fakt, tego, że się ma papier, bądź ślub kościelny, tylko o to, co kto ma w głowie i co to dla kogoś znaczy, że ma ten papier, czy ślub kościelny, czy co to oznacza dla tej osoby, że się przysięgało przed Bogiem i przed sobą i tej drugiej osobie...
Małżeństwa się rozchodza, ale i rozchodza się ludzie, którzy żyją na tzw. kocią łapę, nie oceniając tych ludzi oczywiście.
ps. słów na kocią łapę użyłam, bo mi podeszły pod palce poprostu, wyjaśniając więc nic do tych ludzi nie mam, być może jeśli tak sobie ktoś z kimś pomieszka troche przed ślubem, to może jest to nawet dobrze, może...;)
Małżeństwa się rozchodza, ale i rozchodza się ludzie, którzy żyją na tzw. kocią łapę, nie oceniając tych ludzi oczywiście.
ps. słów na kocią łapę użyłam, bo mi podeszły pod palce poprostu, wyjaśniając więc nic do tych ludzi nie mam, być może jeśli tak sobie ktoś z kimś pomieszka troche przed ślubem, to może jest to nawet dobrze, może...;)
Może coś w tym po części jest, tylko dlaczego ci, którzy nie są w małżeństwie też się czesto rozstają...
ps. albo ci, którzy nie maja dzieci, to też jakoś łatwiej, częściej...
ps.2 Wszystko zależy od charakterów ludzi i od tysiąca innych rzeczy, myślę, że to nie tylko sam papier świadczy o tym, często jest również tak, że jak ktoś wziął ślub kościelny to z tego powodu poniekąd też ludzie się nie rozstają właśnie...więc różnie to bywa, jak na moje oko...
ps. albo ci, którzy nie maja dzieci, to też jakoś łatwiej, częściej...
ps.2 Wszystko zależy od charakterów ludzi i od tysiąca innych rzeczy, myślę, że to nie tylko sam papier świadczy o tym, często jest również tak, że jak ktoś wziął ślub kościelny to z tego powodu poniekąd też ludzie się nie rozstają właśnie...więc różnie to bywa, jak na moje oko...
Paulinko ominęłaś jednak najważniejsze pytanie;)
Spróbuje jeszcze raz:
Jako praktykująca katoliczka w pełni popierasz naukę kościoła, czy traktujesz ją wybiórczo dostosowując się do zasad które są Ci wygodne?"
Spróbuje jeszcze raz:
Jako praktykująca katoliczka w pełni popierasz naukę kościoła, czy traktujesz ją wybiórczo dostosowując się do zasad które są Ci wygodne?"
"Zrozumiał, że nie tylko był jej bliski, ale nie wiedział gdzie on się kończy, a ona zaczyna"
Myślę że małżeństwo daje poczucie złudnego bezpieczeństwa. Jest takim zwieńczeniem starań. To często sprawia że mają do niego niewłaściwe podejście, przestają się starać i stopniowo się od siebie odsuwają... a że nie potrafią spojrzeć na siebie z boku, to zamiast szukać sposobu ponownego ponownego powrotu do siebie, szukają pocieszenia w ramionach innej osoby.
Małżeństwo sprawia że czują się jak w więzieniu i starają się uciec. Po 5, 7, 12 latach bycie razem nie jest dla nich nagrodą, ale karą.
Związek za to daje poczucie że w każdej chwili może nastać koniec, że ktoś może nam odebrać naszą ukochaną, więc musimy się bardziej przyłożyć by do tego nie doszło... Paradoksalnie poczucie ciągłego zagrożenia czy braku niebezpieczeństwa, sprawia że związek jest bardziej bezpieczny;)
Małżeństwo sprawia że czują się jak w więzieniu i starają się uciec. Po 5, 7, 12 latach bycie razem nie jest dla nich nagrodą, ale karą.
Związek za to daje poczucie że w każdej chwili może nastać koniec, że ktoś może nam odebrać naszą ukochaną, więc musimy się bardziej przyłożyć by do tego nie doszło... Paradoksalnie poczucie ciągłego zagrożenia czy braku niebezpieczeństwa, sprawia że związek jest bardziej bezpieczny;)
"Zrozumiał, że nie tylko był jej bliski, ale nie wiedział gdzie on się kończy, a ona zaczyna"
Oki wstrząsające statystyki, ale o co ci chodzi, że mam się z nimi zgodzić?? Ja sie nie podpisuje pod takim stanem rzeczy :)
Może i moje zdanie jest dziecinne ale to i tak nie przeszkadza mi przy nim pozostać:PP
kolejny raz piszę, za sama instytucja niczego nie gwarantuje ale na pewno nie przeszkadza, jak związek jest do niczego to i małżeństwo nie pomoże ale jak jest oparty na mocnych podstawach to małżeństwo nie jest w stanie mu zaszkodzić:)
Może i moje zdanie jest dziecinne ale to i tak nie przeszkadza mi przy nim pozostać:PP
kolejny raz piszę, za sama instytucja niczego nie gwarantuje ale na pewno nie przeszkadza, jak związek jest do niczego to i małżeństwo nie pomoże ale jak jest oparty na mocnych podstawach to małżeństwo nie jest w stanie mu zaszkodzić:)
Zrozumcie, że język może ukryć prawdę, ale oczy - nigdy!
Jako praktykująca katoliczka w pełni popierasz naukę kościoła, czy traktujesz ją wybiórczo dostosowując się do zasad które są Ci wygodne?
Rozumiem tą część z bezpieczeństwem, ale ona ma sens w świecie sprzed rewolucji seksualnej. Przekłamane badania Kinseya wpłynęły na rozluźnienie zasad moralnych.
Kilka cytatów:
"Palmę pierwszeństwa (w rozwodach) dzielą między sobą Stany Zjednoczone i Japonia, gdzie stosunek liczby rozwodzących się par do liczby par zawierających związki małżeńskie wynosi1 w przybliżeniu 1:2, co oznacza, że połowa par się rozwodzi. W USA mówi się nawet o „małżeństwach szeregowych”. Wielu Amerykanów wstępuje w związki małżeńskie trzy lub cztery razy. Bywają nawet rekordziści, mający za sobą kilkanaście ślubów. Również takie kraje jak Australia, Kanada, Dania, Francja, Niemcy, Wielka Brytania, Rosja mają wysoki wskaźnik rozwodów mieszczący się w przedziale od 1:3 do 1:2. Nawet Włochy, w których przez długie lata prawo rozwodów nie dopuszczało, zaczynają powoli doganiać całą resztę."
Ze strony o prawach ojca:
"Liczba rozwodów w rodzinach posiadających dzieci w USA przez ostatnie 40 lat podwoiła się. Obecnie połowa małżeństw zawieranych po raz pierwszy i 60% małżeństw zawieranych po raz kolejny rozpada się. Rocznie orzeka się 1,2 miliona rozwodów, co dotyka 1 miliona dzieci wychowujących się w rozpadających sie rodzinach. Blisko 20% młodych amerykanów w wieku do 18 lat doświadczyła rozwody swoich rodziców i żyje wyłącznie pod opieką matki.
(...)większość patologii społecznych, w tym przestępstwa z użyciem przemocy, narkomania, notoryczne wagarowanie, wczesne ciąże, samobójstwa młodocianych są związane z brakiem w rodzinie ojca. Badacze stwierdzili, że prawdopodobieństwo, że młody mężczyzna wejdzie w konflikt z prawem podwaja się, jeśli wychowywał się bez kontaktu z ojcem, natomiast potraja się jeśli wyrastał w okolicy, gdzie dominowały rodziny, w których to wyłącznie matka sprawuje opiekę nad dzieckiem.
(...) Badacz Shere Hite wykazuje zaś, że 91% rozwodów jest inicjowana obecnie przez żony (...).
"Przeszło 83,3 % wyroków rozwodowych zapada z powództwa mieszkańców miast, przy czym obserwuje się stałą prawidłowość: im większe miasto tym większa liczba rozwodów."
"W 2004 r. sądy rodzinne orzekły rozwód wobec 51 tys. par małżeńskich (w 2003 r. ponad 48 tys.). Jest to najwyższa liczba rozwodów w dotychczasowej historii Polski!"
Ilość małżeństw spada, ilość rozwodów rośnie... A wzór czerpiemy z bardziej "cywilizowanych" krajów;) Dążąc do tego co jest w USA oczywiście.
Małżeństwo nie daje bezpieczeństwa, no chyba że się wyznaję zasadę "jak zasłonię oczy, to wszystko zniknie". Dzieciom to pomaga.
Tylko że nic nie znika...
Rozumiem tą część z bezpieczeństwem, ale ona ma sens w świecie sprzed rewolucji seksualnej. Przekłamane badania Kinseya wpłynęły na rozluźnienie zasad moralnych.
Kilka cytatów:
"Palmę pierwszeństwa (w rozwodach) dzielą między sobą Stany Zjednoczone i Japonia, gdzie stosunek liczby rozwodzących się par do liczby par zawierających związki małżeńskie wynosi1 w przybliżeniu 1:2, co oznacza, że połowa par się rozwodzi. W USA mówi się nawet o „małżeństwach szeregowych”. Wielu Amerykanów wstępuje w związki małżeńskie trzy lub cztery razy. Bywają nawet rekordziści, mający za sobą kilkanaście ślubów. Również takie kraje jak Australia, Kanada, Dania, Francja, Niemcy, Wielka Brytania, Rosja mają wysoki wskaźnik rozwodów mieszczący się w przedziale od 1:3 do 1:2. Nawet Włochy, w których przez długie lata prawo rozwodów nie dopuszczało, zaczynają powoli doganiać całą resztę."
Ze strony o prawach ojca:
"Liczba rozwodów w rodzinach posiadających dzieci w USA przez ostatnie 40 lat podwoiła się. Obecnie połowa małżeństw zawieranych po raz pierwszy i 60% małżeństw zawieranych po raz kolejny rozpada się. Rocznie orzeka się 1,2 miliona rozwodów, co dotyka 1 miliona dzieci wychowujących się w rozpadających sie rodzinach. Blisko 20% młodych amerykanów w wieku do 18 lat doświadczyła rozwody swoich rodziców i żyje wyłącznie pod opieką matki.
(...)większość patologii społecznych, w tym przestępstwa z użyciem przemocy, narkomania, notoryczne wagarowanie, wczesne ciąże, samobójstwa młodocianych są związane z brakiem w rodzinie ojca. Badacze stwierdzili, że prawdopodobieństwo, że młody mężczyzna wejdzie w konflikt z prawem podwaja się, jeśli wychowywał się bez kontaktu z ojcem, natomiast potraja się jeśli wyrastał w okolicy, gdzie dominowały rodziny, w których to wyłącznie matka sprawuje opiekę nad dzieckiem.
(...) Badacz Shere Hite wykazuje zaś, że 91% rozwodów jest inicjowana obecnie przez żony (...).
"Przeszło 83,3 % wyroków rozwodowych zapada z powództwa mieszkańców miast, przy czym obserwuje się stałą prawidłowość: im większe miasto tym większa liczba rozwodów."
"W 2004 r. sądy rodzinne orzekły rozwód wobec 51 tys. par małżeńskich (w 2003 r. ponad 48 tys.). Jest to najwyższa liczba rozwodów w dotychczasowej historii Polski!"
Ilość małżeństw spada, ilość rozwodów rośnie... A wzór czerpiemy z bardziej "cywilizowanych" krajów;) Dążąc do tego co jest w USA oczywiście.
Małżeństwo nie daje bezpieczeństwa, no chyba że się wyznaję zasadę "jak zasłonię oczy, to wszystko zniknie". Dzieciom to pomaga.
Tylko że nic nie znika...
"Zrozumiał, że nie tylko był jej bliski, ale nie wiedział gdzie on się kończy, a ona zaczyna"