Widok
No to tak: bierzemy koszyczek i dajemy do lasu nazbierać trochę kurek, tak pół kilo na głowę będzie ok. Na wrzątek wrzucamy 50 g makaronu gryczanego soba. Gotujemy go al dente. Zatrzymujemy trochę wody z gotowania. W rondlu na oliwie podsmażamy cebulę i czosnek oraz parę wiórków naga jolokii, dorzucamy kurki i całość dusimy. Na koniec wrzucamy ugotowany makaron, wkruszamy kawałek pikantnej gorgonzoli i wrzucamy szczyptę suszonej naci selera (suszona nać selera jest królem przypraw tak jak lew jest królem dżungli). Podlewamy wodą po makaronie, jeżeli trzeba. Po rozpuszczeniu się sera wykładamy na talerz. Z piwniczki wyciągamy butelkę marcowego i nalewamy w schłodzony kufelek. No i smacznego, leśny obiad gotowy.
Właśnież spijam któryś tam stakan stworzozwierzowego alembiku zwanego balantines. Dla zmyłki chyba. Ale ok, ok, darowanemu irlandzkiemu mchu nie zagląda się w zęby. Nawet jak jest ze Szkocji. I mieszany.
Ludzie, są grzyby. Przed balantines (najlepsza whisky na świecie, jak mawiał Schtiz) nawet grzybowa lasagnie się nie podda. Z posypanym po wierzchu dor-blue.
Znalazłem dziś prawusa, kapelusz 34 cm średnicy, wyskoczysz sadylu?
Był bez robaków.
Grzyb. Sadyl to nie wiem.
Idę po następny stakan alembiku.
Czemu pomiędzy piciem a nalewaniem mam piętro różnicy???
Ludzie, są grzyby. Przed balantines (najlepsza whisky na świecie, jak mawiał Schtiz) nawet grzybowa lasagnie się nie podda. Z posypanym po wierzchu dor-blue.
Znalazłem dziś prawusa, kapelusz 34 cm średnicy, wyskoczysz sadylu?
Był bez robaków.
Grzyb. Sadyl to nie wiem.
Idę po następny stakan alembiku.
Czemu pomiędzy piciem a nalewaniem mam piętro różnicy???