Widok
"Masę robi codziennie 2000 zliczeń przy operze"
a owszem, to ważne, jeśli liczba jest najważniejsza, pewnie bardziej niż 20 ludzi na Gdyńskich Masach,
ale to 2000 osobnych zliczeń, chyłkiem unikających Panów i Władców, a każdy powie, że furmanów jest ciut ciut więcej. I że oni nie przepraszają że żyją, a tobie mają to za złe, a każdy obrót kół mają za przesadę i terror. Zaś pilnujący porządelu policjanci nie trzymją strony prawa tylko, zza swych kierownic, pilnują Przepustowości.
Jakich konkretów chcesz? Betonowych kloców na nagrobkach? Kazdy na Masie ma inną motywację. Dla mnie to frajda. I nie 5 kmh, zwykle jest za szybko i ogon, dzieciaki i dziadki, urywa się. Masy są mniejsze niż WPR.
a owszem, to ważne, jeśli liczba jest najważniejsza, pewnie bardziej niż 20 ludzi na Gdyńskich Masach,
ale to 2000 osobnych zliczeń, chyłkiem unikających Panów i Władców, a każdy powie, że furmanów jest ciut ciut więcej. I że oni nie przepraszają że żyją, a tobie mają to za złe, a każdy obrót kół mają za przesadę i terror. Zaś pilnujący porządelu policjanci nie trzymją strony prawa tylko, zza swych kierownic, pilnują Przepustowości.
Jakich konkretów chcesz? Betonowych kloców na nagrobkach? Kazdy na Masie ma inną motywację. Dla mnie to frajda. I nie 5 kmh, zwykle jest za szybko i ogon, dzieciaki i dziadki, urywa się. Masy są mniejsze niż WPR.
@tX
Mnie nie bawi jazda 5km/h w tłumie ;)
Byłem na WPR-ach, byłem na nocnej w Gdyni (bo kolega z pracy zaprosił), byłem na przejazdach związanych z KMA. Nie powiem fajnie przejechać się głównymi drogami, które normalnie nie są dostępne dla rowerów, ale jako impreza cykliczna tego nie widzę.
Masa zawsze była i będzie formą manifestacji. Jeżeli to manifestacja, to raczej są jakieś cele do osiągnięcia. Pewnie dobijamy tutaj już do 100 posta (sprawdziłem, na razie przekroczyliśmy 60), a nikt nie potrafi przedstawić konkretów, co chce osiągnąć i jakimi środkami.
Masę robi codziennie 2000 zliczeń przy operze, czyli przynajmniej 1000 osób/dzień. Kilkaset rowerzystów co miesiąc przy tym to nic nieznacząca grupa.
Mnie nie bawi jazda 5km/h w tłumie ;)
Byłem na WPR-ach, byłem na nocnej w Gdyni (bo kolega z pracy zaprosił), byłem na przejazdach związanych z KMA. Nie powiem fajnie przejechać się głównymi drogami, które normalnie nie są dostępne dla rowerów, ale jako impreza cykliczna tego nie widzę.
Masa zawsze była i będzie formą manifestacji. Jeżeli to manifestacja, to raczej są jakieś cele do osiągnięcia. Pewnie dobijamy tutaj już do 100 posta (sprawdziłem, na razie przekroczyliśmy 60), a nikt nie potrafi przedstawić konkretów, co chce osiągnąć i jakimi środkami.
Masę robi codziennie 2000 zliczeń przy operze, czyli przynajmniej 1000 osób/dzień. Kilkaset rowerzystów co miesiąc przy tym to nic nieznacząca grupa.
w ogóle nie czaisz czaczy, zekker - chyba nie spróbowałeś
abo miałeś pecha i nie załapałeś
mAssA to nie musi być walka o coś, ani z czymś. To bywa świąteczna afirmacja bezpiecznego bycia w stadzie rowerów w miejscach, gdzie zwykle są stada samochodów, a nam nie wolno. Na co dzień jesteśmy przeganianą zwierzyną łowną. Ujadają na nas piesi, policja, kierowcy, hejterzy na forach. Tak zachwalany apartheid jezdniowy działa zawsze przeciw nam. A tego dnia jest INACZEJ. Regularność tego cyklicznego zdarzenia rodzi przyzwyczajenie - u kierowców, ale nawet ważniejsze, że sprawia przyjemność - takim jak my.
Moja pierwsza mAssA była w Wawie, późną jesienią. Ogromna, po horyzont. Jazda estakadą na Chałubińskiego, w migającym w ciemnościach kolorowo i dryndającym dzwonkami tłumie, widok z góry na Dworzec Centralny, w miejscu, gdzie rzadko odważyłem się prowadzić autko i zawsze wtedy albo pełnym gazem, albo w korku, zawsze na 100% koncentracji, bez rozglądania się. Zapamiętałem tę przyjemność i napływ adrenaliny przy corkingu. Dlatego raczej rozczarowuje mnie, gdy Gdyńska Masa jeździ podwórkami, by unikać przeszkadzania panom i władcom świata, i jego przyległości. Ale co tam. I tak zawsze gdy mogę - jestem.
abo miałeś pecha i nie załapałeś
mAssA to nie musi być walka o coś, ani z czymś. To bywa świąteczna afirmacja bezpiecznego bycia w stadzie rowerów w miejscach, gdzie zwykle są stada samochodów, a nam nie wolno. Na co dzień jesteśmy przeganianą zwierzyną łowną. Ujadają na nas piesi, policja, kierowcy, hejterzy na forach. Tak zachwalany apartheid jezdniowy działa zawsze przeciw nam. A tego dnia jest INACZEJ. Regularność tego cyklicznego zdarzenia rodzi przyzwyczajenie - u kierowców, ale nawet ważniejsze, że sprawia przyjemność - takim jak my.
Moja pierwsza mAssA była w Wawie, późną jesienią. Ogromna, po horyzont. Jazda estakadą na Chałubińskiego, w migającym w ciemnościach kolorowo i dryndającym dzwonkami tłumie, widok z góry na Dworzec Centralny, w miejscu, gdzie rzadko odważyłem się prowadzić autko i zawsze wtedy albo pełnym gazem, albo w korku, zawsze na 100% koncentracji, bez rozglądania się. Zapamiętałem tę przyjemność i napływ adrenaliny przy corkingu. Dlatego raczej rozczarowuje mnie, gdy Gdyńska Masa jeździ podwórkami, by unikać przeszkadzania panom i władcom świata, i jego przyległości. Ale co tam. I tak zawsze gdy mogę - jestem.
Ciągle sypiesz przykładami miast, ale nie podajesz co sprawiło, że są tak rowerowe. Albo ich nie znasz tak dobrze i widzisz tylko wzięcie na krótką smycz samochody, albo po prostu nie jesteś w temacie.
Np. nie odpowiedziałeś jakie odległości muszą pokonywać w Oslo, czy to są podróże z jednego końca miasta na drugi, czy raczej w obrębie kilku kilometrów, bo wszędzie jest blisko (idea miasta małych odległości).
W przypadku Niemiec sprawa wygląda inaczej niż u nas. Bogaty zachód mógł wpompować kasę w postkomunistyczny wschód, dzięki temu o wiele łatwiej było przebudować miasta pod kątem rowerów. Dodatkowo o wiele łatwiej w obrębach jednego kraju (nawet podzielonego) przeszczepić pewne idee.
Wschodnie Niemcy na pewno też się zachłysnęły wolnością, ale zachód miał siłę i pieniądze, żeby forsować właściwe rozwiązania.
My musimy odrobić lekcję i mentalnie dojrzeć do zmian. Patrząc po przykładach innych krajów, pewnych rzeczy się nie przeskoczy, popełniamy identyczne błędy jakie robili Holendrzy czy Niemcy. Owszem dużo szybciej dochodzimy do tego samego poziomu, ale przeskoczyć pewne etapy jest bardzo trudno.
Zachód swoją rewolucję rowerową miał w latach 70, czyli my na starcie w Gdańsku mieliśmy jakieś 20-25 lat w plecy. W ciągu 20 lat myślę, że nadrobiliśmy do opóźnienia rzędu 5-7 lat.
Gdańsk jest na takim poziomie, że nie trzeba walczyć o zauważenie roweru, to już mamy za sobą. Największy problem siedzi w ludziach i zmianie ich przyzwyczajeń, ale tego masa krytyczna nie zmieni.
Problemy są, nie przeczę, i nadal czasami bardzo ciężko się przebić przez konserwatyzm urzędników. Dodatkowo jest duża dziura w przepływie informacji w samym UM jak i na linii miasto - mieszkańcy. Tu jest ogromne pole do popisu do wszelkich oddolnych inicjatyw, ale kolejny raz się pytam, co masa krytyczna jako manifestacja wniosłaby do dialogu?
Kolejne pytanie be odpowiedzi Mazurze, czy kiedykolwiek próbowałeś kontaktować się z szeroko pojętym UM, żeby załatwić jakieś rowerowe sprawy? Wiesz gdzie pukać?
Podsumowując przydługą wypowiedź. Najlepsza masa krytyczna, to codzienna masa krytyczna. Nie żadne spędy raz w miesiącu czy roku, ale po prostu codzienna jazda do pracy, szkoły, po zakupy, czy dla samej jazdy. Im bardziej aktywna nasza grupa, tym silniejszy głos mamy i łatwiej o zaspokojenie naszych potrzeb.
Manifestujmy robiąc z roweru codzienność.
Np. nie odpowiedziałeś jakie odległości muszą pokonywać w Oslo, czy to są podróże z jednego końca miasta na drugi, czy raczej w obrębie kilku kilometrów, bo wszędzie jest blisko (idea miasta małych odległości).
W przypadku Niemiec sprawa wygląda inaczej niż u nas. Bogaty zachód mógł wpompować kasę w postkomunistyczny wschód, dzięki temu o wiele łatwiej było przebudować miasta pod kątem rowerów. Dodatkowo o wiele łatwiej w obrębach jednego kraju (nawet podzielonego) przeszczepić pewne idee.
Wschodnie Niemcy na pewno też się zachłysnęły wolnością, ale zachód miał siłę i pieniądze, żeby forsować właściwe rozwiązania.
My musimy odrobić lekcję i mentalnie dojrzeć do zmian. Patrząc po przykładach innych krajów, pewnych rzeczy się nie przeskoczy, popełniamy identyczne błędy jakie robili Holendrzy czy Niemcy. Owszem dużo szybciej dochodzimy do tego samego poziomu, ale przeskoczyć pewne etapy jest bardzo trudno.
Zachód swoją rewolucję rowerową miał w latach 70, czyli my na starcie w Gdańsku mieliśmy jakieś 20-25 lat w plecy. W ciągu 20 lat myślę, że nadrobiliśmy do opóźnienia rzędu 5-7 lat.
Gdańsk jest na takim poziomie, że nie trzeba walczyć o zauważenie roweru, to już mamy za sobą. Największy problem siedzi w ludziach i zmianie ich przyzwyczajeń, ale tego masa krytyczna nie zmieni.
Problemy są, nie przeczę, i nadal czasami bardzo ciężko się przebić przez konserwatyzm urzędników. Dodatkowo jest duża dziura w przepływie informacji w samym UM jak i na linii miasto - mieszkańcy. Tu jest ogromne pole do popisu do wszelkich oddolnych inicjatyw, ale kolejny raz się pytam, co masa krytyczna jako manifestacja wniosłaby do dialogu?
Kolejne pytanie be odpowiedzi Mazurze, czy kiedykolwiek próbowałeś kontaktować się z szeroko pojętym UM, żeby załatwić jakieś rowerowe sprawy? Wiesz gdzie pukać?
Podsumowując przydługą wypowiedź. Najlepsza masa krytyczna, to codzienna masa krytyczna. Nie żadne spędy raz w miesiącu czy roku, ale po prostu codzienna jazda do pracy, szkoły, po zakupy, czy dla samej jazdy. Im bardziej aktywna nasza grupa, tym silniejszy głos mamy i łatwiej o zaspokojenie naszych potrzeb.
Manifestujmy robiąc z roweru codzienność.