Widok
Skoro tak dobrze znasz Oslo, to podaj jaka jest przeciętna odległość pokonywana rowerem, a jaka u nas. Jakie są inne uwarunkowania, że rower jest chętniej wybierany niż samochód.
Łatwo się pokazuje miasta, które są przyjazne rowerom, ale prawie nigdy na forum nie dyskutuje się na poważnie jak do tego doszli. Widzi się tylko, że dowalono samochodziarzom i to się ludziom podoba.
Według mnie trzeba dążyć do równowagi, a nie przewagi, któregokolwiek środka transportu. Jeżeli gdzieś ograniczamy, to trzeba zapewnić możliwie nie gorszą alternatywę.
Warto też pamiętać, że nie da się bezpośrednio przeszczepić rozwiązań z innych miast. Trzeba czerpać z nich inspirację, ale problemy rozwiązywać w oparciu o swoje uwarunkowania.
Ponawiam pytania o centrum Gdańska, strefy zakazu wjazdu.
Wiem o co walczyć i w miarę swoich możliwości to robię. Masa krytyczna według mnie nie ma racji bytu w Gdańsku. O to też pytałem, co mogłaby wnieść do dialogu i nadal nie doczekałem się odpowiedzi.
Jesteś taki chętny do walki, a wiesz chociaż jakie masz w Gdańsku możliwości wpływania na rozwój ruchu rowerowego?
Łatwo się pokazuje miasta, które są przyjazne rowerom, ale prawie nigdy na forum nie dyskutuje się na poważnie jak do tego doszli. Widzi się tylko, że dowalono samochodziarzom i to się ludziom podoba.
Według mnie trzeba dążyć do równowagi, a nie przewagi, któregokolwiek środka transportu. Jeżeli gdzieś ograniczamy, to trzeba zapewnić możliwie nie gorszą alternatywę.
Warto też pamiętać, że nie da się bezpośrednio przeszczepić rozwiązań z innych miast. Trzeba czerpać z nich inspirację, ale problemy rozwiązywać w oparciu o swoje uwarunkowania.
Ponawiam pytania o centrum Gdańska, strefy zakazu wjazdu.
Wiem o co walczyć i w miarę swoich możliwości to robię. Masa krytyczna według mnie nie ma racji bytu w Gdańsku. O to też pytałem, co mogłaby wnieść do dialogu i nadal nie doczekałem się odpowiedzi.
Jesteś taki chętny do walki, a wiesz chociaż jakie masz w Gdańsku możliwości wpływania na rozwój ruchu rowerowego?
Oslo jest większe od Gdańska i ludnościowo i obszarowo. I chyba nie ma ulicy, która by biegła poziomo. Tyllko jeden wskaźnik jest taki sam: liczba samochodów na 1000 mieszkańców (540). Ale oni mało jeżdżą nimi po mieście. Wygląda na to, że nie chcą. Widocznie mają samochody dla mania. Owszem, mają metro, bardzo drogie, bilet kosztuje 2 litry benzyny, też bardzo drogiej. Ale to metro jest pod ziemią tylko w ścisłym centrum, więc to raczej kolejka. Poza tym bardzo promują tramwaje.
http://www.coloribus.com/admirror/beatles/10566705/
"Wszyscy muszą ustąpić przed tramwajem, nawet piesi"
http://www.coloribus.com/admirror/beatles/10566705/
"Wszyscy muszą ustąpić przed tramwajem, nawet piesi"
Ciągle sypiesz przykładami miast, ale nie podajesz co sprawiło, że są tak rowerowe. Albo ich nie znasz tak dobrze i widzisz tylko wzięcie na krótką smycz samochody, albo po prostu nie jesteś w temacie.
Np. nie odpowiedziałeś jakie odległości muszą pokonywać w Oslo, czy to są podróże z jednego końca miasta na drugi, czy raczej w obrębie kilku kilometrów, bo wszędzie jest blisko (idea miasta małych odległości).
W przypadku Niemiec sprawa wygląda inaczej niż u nas. Bogaty zachód mógł wpompować kasę w postkomunistyczny wschód, dzięki temu o wiele łatwiej było przebudować miasta pod kątem rowerów. Dodatkowo o wiele łatwiej w obrębach jednego kraju (nawet podzielonego) przeszczepić pewne idee.
Wschodnie Niemcy na pewno też się zachłysnęły wolnością, ale zachód miał siłę i pieniądze, żeby forsować właściwe rozwiązania.
My musimy odrobić lekcję i mentalnie dojrzeć do zmian. Patrząc po przykładach innych krajów, pewnych rzeczy się nie przeskoczy, popełniamy identyczne błędy jakie robili Holendrzy czy Niemcy. Owszem dużo szybciej dochodzimy do tego samego poziomu, ale przeskoczyć pewne etapy jest bardzo trudno.
Zachód swoją rewolucję rowerową miał w latach 70, czyli my na starcie w Gdańsku mieliśmy jakieś 20-25 lat w plecy. W ciągu 20 lat myślę, że nadrobiliśmy do opóźnienia rzędu 5-7 lat.
Gdańsk jest na takim poziomie, że nie trzeba walczyć o zauważenie roweru, to już mamy za sobą. Największy problem siedzi w ludziach i zmianie ich przyzwyczajeń, ale tego masa krytyczna nie zmieni.
Problemy są, nie przeczę, i nadal czasami bardzo ciężko się przebić przez konserwatyzm urzędników. Dodatkowo jest duża dziura w przepływie informacji w samym UM jak i na linii miasto - mieszkańcy. Tu jest ogromne pole do popisu do wszelkich oddolnych inicjatyw, ale kolejny raz się pytam, co masa krytyczna jako manifestacja wniosłaby do dialogu?
Kolejne pytanie be odpowiedzi Mazurze, czy kiedykolwiek próbowałeś kontaktować się z szeroko pojętym UM, żeby załatwić jakieś rowerowe sprawy? Wiesz gdzie pukać?
Podsumowując przydługą wypowiedź. Najlepsza masa krytyczna, to codzienna masa krytyczna. Nie żadne spędy raz w miesiącu czy roku, ale po prostu codzienna jazda do pracy, szkoły, po zakupy, czy dla samej jazdy. Im bardziej aktywna nasza grupa, tym silniejszy głos mamy i łatwiej o zaspokojenie naszych potrzeb.
Manifestujmy robiąc z roweru codzienność.
Np. nie odpowiedziałeś jakie odległości muszą pokonywać w Oslo, czy to są podróże z jednego końca miasta na drugi, czy raczej w obrębie kilku kilometrów, bo wszędzie jest blisko (idea miasta małych odległości).
W przypadku Niemiec sprawa wygląda inaczej niż u nas. Bogaty zachód mógł wpompować kasę w postkomunistyczny wschód, dzięki temu o wiele łatwiej było przebudować miasta pod kątem rowerów. Dodatkowo o wiele łatwiej w obrębach jednego kraju (nawet podzielonego) przeszczepić pewne idee.
Wschodnie Niemcy na pewno też się zachłysnęły wolnością, ale zachód miał siłę i pieniądze, żeby forsować właściwe rozwiązania.
My musimy odrobić lekcję i mentalnie dojrzeć do zmian. Patrząc po przykładach innych krajów, pewnych rzeczy się nie przeskoczy, popełniamy identyczne błędy jakie robili Holendrzy czy Niemcy. Owszem dużo szybciej dochodzimy do tego samego poziomu, ale przeskoczyć pewne etapy jest bardzo trudno.
Zachód swoją rewolucję rowerową miał w latach 70, czyli my na starcie w Gdańsku mieliśmy jakieś 20-25 lat w plecy. W ciągu 20 lat myślę, że nadrobiliśmy do opóźnienia rzędu 5-7 lat.
Gdańsk jest na takim poziomie, że nie trzeba walczyć o zauważenie roweru, to już mamy za sobą. Największy problem siedzi w ludziach i zmianie ich przyzwyczajeń, ale tego masa krytyczna nie zmieni.
Problemy są, nie przeczę, i nadal czasami bardzo ciężko się przebić przez konserwatyzm urzędników. Dodatkowo jest duża dziura w przepływie informacji w samym UM jak i na linii miasto - mieszkańcy. Tu jest ogromne pole do popisu do wszelkich oddolnych inicjatyw, ale kolejny raz się pytam, co masa krytyczna jako manifestacja wniosłaby do dialogu?
Kolejne pytanie be odpowiedzi Mazurze, czy kiedykolwiek próbowałeś kontaktować się z szeroko pojętym UM, żeby załatwić jakieś rowerowe sprawy? Wiesz gdzie pukać?
Podsumowując przydługą wypowiedź. Najlepsza masa krytyczna, to codzienna masa krytyczna. Nie żadne spędy raz w miesiącu czy roku, ale po prostu codzienna jazda do pracy, szkoły, po zakupy, czy dla samej jazdy. Im bardziej aktywna nasza grupa, tym silniejszy głos mamy i łatwiej o zaspokojenie naszych potrzeb.
Manifestujmy robiąc z roweru codzienność.
w ogóle nie czaisz czaczy, zekker - chyba nie spróbowałeś
abo miałeś pecha i nie załapałeś
mAssA to nie musi być walka o coś, ani z czymś. To bywa świąteczna afirmacja bezpiecznego bycia w stadzie rowerów w miejscach, gdzie zwykle są stada samochodów, a nam nie wolno. Na co dzień jesteśmy przeganianą zwierzyną łowną. Ujadają na nas piesi, policja, kierowcy, hejterzy na forach. Tak zachwalany apartheid jezdniowy działa zawsze przeciw nam. A tego dnia jest INACZEJ. Regularność tego cyklicznego zdarzenia rodzi przyzwyczajenie - u kierowców, ale nawet ważniejsze, że sprawia przyjemność - takim jak my.
Moja pierwsza mAssA była w Wawie, późną jesienią. Ogromna, po horyzont. Jazda estakadą na Chałubińskiego, w migającym w ciemnościach kolorowo i dryndającym dzwonkami tłumie, widok z góry na Dworzec Centralny, w miejscu, gdzie rzadko odważyłem się prowadzić autko i zawsze wtedy albo pełnym gazem, albo w korku, zawsze na 100% koncentracji, bez rozglądania się. Zapamiętałem tę przyjemność i napływ adrenaliny przy corkingu. Dlatego raczej rozczarowuje mnie, gdy Gdyńska Masa jeździ podwórkami, by unikać przeszkadzania panom i władcom świata, i jego przyległości. Ale co tam. I tak zawsze gdy mogę - jestem.
abo miałeś pecha i nie załapałeś
mAssA to nie musi być walka o coś, ani z czymś. To bywa świąteczna afirmacja bezpiecznego bycia w stadzie rowerów w miejscach, gdzie zwykle są stada samochodów, a nam nie wolno. Na co dzień jesteśmy przeganianą zwierzyną łowną. Ujadają na nas piesi, policja, kierowcy, hejterzy na forach. Tak zachwalany apartheid jezdniowy działa zawsze przeciw nam. A tego dnia jest INACZEJ. Regularność tego cyklicznego zdarzenia rodzi przyzwyczajenie - u kierowców, ale nawet ważniejsze, że sprawia przyjemność - takim jak my.
Moja pierwsza mAssA była w Wawie, późną jesienią. Ogromna, po horyzont. Jazda estakadą na Chałubińskiego, w migającym w ciemnościach kolorowo i dryndającym dzwonkami tłumie, widok z góry na Dworzec Centralny, w miejscu, gdzie rzadko odważyłem się prowadzić autko i zawsze wtedy albo pełnym gazem, albo w korku, zawsze na 100% koncentracji, bez rozglądania się. Zapamiętałem tę przyjemność i napływ adrenaliny przy corkingu. Dlatego raczej rozczarowuje mnie, gdy Gdyńska Masa jeździ podwórkami, by unikać przeszkadzania panom i władcom świata, i jego przyległości. Ale co tam. I tak zawsze gdy mogę - jestem.