@obojetna - Twoja historia jest prawie wypisz wymaluj, jak moja. Z tym, że mój mąż nie był alkoholikiem, inny powód, ale o tym nie będę tu się rozpisywała. Ty piszesz, że rok temu już powinnaś odejść, ja tkwiłam w tym 3 lata (ogólnie małżeństwo trwało znacznie dłużej, ale mówię tu o "ciężkiej" sytuacji). Nie umiałam znaleźć w sobie siły, aby odejść. Próbowałam, nie umiałam. Było dokładnie, jak u Ciebie, ja martwiłam się, jak on da sobie radę, jak mnie nie będzie. On nie martwił się ani o mnie, ani o dziecko. Byłam winna za zło całego świata. W końcu w to uwierzyłam. Jednak przelała się czara goryczy. Podjęłam decyzję i odeszłam. Było to 3 lata temu. Oczywiście bałam się, jak dam sobie radę sama z dzieckiem itd. Daję radę. Pierwszy rok zamknęłam się w czterech ścianach, oczywiście chodziłam do pracy, zajmowałam się dzieckiem, ale nie wychodziłam nigdzie dla rozrywki, nie spotykałam się ze znajomymi, których w większości straciłam. Potem coś się zmieniło, otworzyłam się, zaczęłam wychodzić z domu. Teraz mam wielu znajomych (również z tego forum). Kolega mi powiedział, że nie zna drugiej osoby, która by się zmieniła, tak, jak ja. Zarówno z zachowania, jak i wyglądu. Na to potrzeba czasu i chęci.
Nie jest tak różowo, ten związek nadal odbija się na mojej psychice, nadal staram się nad tym pracować i całe szczęście znaleźli się ludzie, którzy chcą mi w tym pomóc. Przyznaję nie zawsze umiem to docenić, nie zawsze chcę. Czasami lepiej i bezpieczniej wydaje mi się zamknąć z powrotem w swojej skorupie. Wiem, że niektóre z tych osób pewnie to przeczytają, więc tu chciałabym napisać im "dziękuję :-)".
Myślę, że nie zrozumie tego ktoś, kto przez to nie przeszedł, ale ja Ciebie rozumiem doskonale. I wiem, że można. Daję sobie radę lepiej niż myślałam. I zrobiłam to właśnie przede wszystkim dla dziecka, chociaż dla siebie też. I naprawdę nie żałuję.
Życzę powodzenia i trzymam kciuki.
Kiedyś traktowałam ludzi dobrze, teraz z wzajemnością....