Widok
ZAGUBIENI W LUSTRZANYM ODBICIU
Gdzieś tu ktoś wspomniał o singlach i tak mi się przypomniało, że ostatnio przeczytałam bardzo ciekawy, moim zdaniem artykuł.
Dlatego też postanowiłam się z Wami nim podzielić :)))
Pewnie nie wszyscy dotrą do końca, ale myślę, że warto...szczególnie polecam go wszystkim singlom i singielkom;)))))))))))
Ja mam tylko nadzieję, że jednak prognozy pana Chaumier się nie sprawdzą bo byłaby to totalna katastrofa emocjonalna.
Oczywiście zdaję sobie sprawę, że nie wszystkich to dotyczy, ale strach pomyśleć, że np. nasze dzieci mogłyby w przyszłości natrafić na takich osobników, którzy: „Są przekonani, że będzie się szczęśliwym tylko jeśli znajdzie się osoba, która będzie ich kochać bezgranicznie, bez-względu-na-wszystko. Ale jeśli trafi się osoba, która ich tak mocno kocha – musi być z nią coś nie tak, trzeba więc od niej uciec”.
Czyż to nie jest „piękne”...trochę mnie to rozśmieszyło;) ale tak naprawdę to nie jest zabawne.
A więc wszystkie single i singielki: uciekajcie gdzie pieprz rośnie przed borderlinowcami!!!;)))))))))))))))))
Rozmowa Tatiany Cichockiej z Wojciechem Eichelbergerem i Katarzyną Miller.
-Wszędzie słychać, że przeżywamy kryzys bliskości. Co dzisiaj stoi za tym wyświechtanym sformułowaniem?
W.E. Bulwersującą prognozę tego, co będzie się działo w relacjach międzyludzkich, stawia w książce „Razem, lecz osobno” francuski socjolog i antropolog Serge Chaumier. Według niego już wkrótce przestrzeń międzyludzkich związków zupełnie zdominują relacje powierzchowne i krótkotrwałe.
-Dlaczego?
W.E. Serge Chaumier uważa, ze znakiem naszych czasów są relacje z innymi charakterystyczne dla tzw. Osobowości borderline z silnym odchyleniem narcystycznym. Mam nadzieję, że te prognozy się nie potwierdzą, jednak trzeba przyznać, że w gabinetach psychoterapeutów gwałtownie wzrasta liczba klientów o tym typie osobowości.
-Czyli jakich?
W.E. Chodzi tu o osoby o typowo narcystycznej potrzebie zdobycia uznania, a jednocześnie słabych granicach wewnętrznych. Często nie potrafią one odróżnić własnych potrzeb, przekonań i uczuć od potrzeb, myśli i uczuć innych ludzi, nie szanują przestrzeni i autonomii innych. W bezpośrednich relacjach z ludźmi brakuje im wyczucia fizycznego i psychicznego dystansu. Np. z bliskimi nie rozmawiają, a nowo poznanej osobie opowiadają o najintymniejszych sprawach. Ludzie z osobowością typu borderline nie mają zaufania do więzi łączącej ich z innymi. Nie potrafią się troszczyć o swoje związki.
K.M. Co z oczu, to z serca, a co przed oczami, to moje. Nie umieją sobie niczego odmówić, są niestali, ulegają zachciankom.
W.E. Takim osobom brakuje wiary, wytrwałości i odporności na kryzysy. W nieskończoność domagają się dowodów, że są ważni. Są jak beczka bez dna. Poza tym mają zwykle trudności z wyczuwaniem konwencji, z dotrzymywaniem umów. Potrafią w nieskończoność powtarzać te same błędy, obwiniając za nie otoczenie. Z jednej strony chcą związku symbiotycznego, bo mają wrażenie, że druga osoba jest jakby częścią ich samych, a z drugiej - z błahych powodów doprowadzają do rozstań, by uniknąć nieuchronnego, w ich przekonaniu. Bólu porzucenia.
-Dlaczego takich osób ma być coraz więcej?
W.E. Psychika ludzka dostosowuje się w ten sposób do wymogów naszych czasów, w których w obszarze wartości rządzi sukces materialny, atrakcyjność i popularność. To sprawia, że związki z ludźmi są traktowane instrumentalnie, przestają być wartością samą w sobie, służą robieniu wrażenia i osiąganiu konsumpcyjnego sukcesu.
...
W.E. Tak ukształtowani ludzie to idealni pracownicy i konsumenci. Nie tworzą stałych związków, są więc dyspozycyjni, a dla sukcesu poświęcą wszystko. Ponieważ uzależniają się od autorytetów, od nagród i pochwał, łatwo nimi manipulować i kierować. Przy tym są to z reguły ludzie ambitni, inteligentni i zdolni, potrafiący studiować kilka fakultetów naraz.
K.M. Dziś inwestujemy w inteligencję. Dla rodziców ważne są dobre stopnie, a nie relacje dziecka w szkole.
Lepsze wykształcenie ma gwarantować pieniądze, za które można kupić domy, auta, czyli symbole sukcesu, oraz techniczne zabawki pozwalające na utrzymanie masy pozornych kontaktów i związków.
W.E. Osobowość typu borderline staje się powszechna również dlatego, że społeczeństwo cechuje dziś niesłychana mobilność. Wartością jest zdolność do asymilowania się, przemieszczania się tam, gdzie jest praca, często na ogromne odległości, do innych krajów i kultur. Dzieci od małego przeżywają liczne rozstania, wiele trudnych emocjonalnie sytuacji, są także ofiarami i świadkami bolesnych rozstań w środowisku dorosłych. Skuteczną obroną przeciwko takiej sytuacji jest nawyk nieangażowania się i ograniczania do powierzchownych relacji.
-Bo będzie mniej bolało?
W.E. W ogóle nie będzie bolało. Tymczasem ciągle tęsknimy za związkiem idealnym, który sam z siebie, bez żadnego wysiłku z naszej strony zachowa świeżość i atrakcyjność, przetrwa. Prawdziwa miłosna relacja przenosi się w sferę mitu, staje się romantyczną iluzją. Jej efemerydą, a zarazem substytutem jest stan zakochania.
K.M. Dopóki działa chemia, dopóty żyjemy jak w niebie. Gdy się kończy, zmieniamy partnera jak pracę, która przestała zaspokajać nasze aspiracje. A chemia wytrzymuje góra dwa lata. Potem przez idealny obraz zaczyna przebijać się rzeczywistość. Rozpadają się związki, gdy ludzie budzą się z owego romantycznego snu, czasem już po kilku miesiącach, kiedy tylko pojawią się pierwsze trudności.
- Czy tak nie było zawsze?
K.M. Różnica jest taka, że dziś ludzie nie mają ochoty, by nad związkiem pracować. Najprostszym wyjściem okazuje się rozstanie. Było fajnie, ale przestało, znaczy, że to nie był ten albo ta, więc kończymy znajomość. Nawet bez większych kosztów. U podstaw leży owa iluzja, przekonanie, że gdzieś jednak istnieje wymarzony ten jedyny, z którym namiętność nie wygaśnie, z którym będziemy się rozumieć bez słów...Więc szukajmy dalej.
...
W.E. W rzeczywistym związku mamy przed sobą trzy możliwe drogi: mozolne budowanie, rozstanie albo utrzymywanie iluzji dobrego związku – gdy po fazie romantycznej następuje tak zwana symbioza, kiedy to partnerzy są tak bardzo razem, że praktycznie tracą własną autonomię.
K.M. To zakłada rezygnację z siebie, podporządkowanie. Warto wytłumaczyć, co to jest symbioza, bo dwoje ludzi, którzy trzymają się cały czas za rączki i patrzą sobie w oczy, to obrazek bliski romantycznemu ideałowi, za którym nasza kultura podąża. A nie ma nic wspólnego z prawdziwą, głęboką relacją. Ludzie pozornie są blisko, dbają o to, żeby się nic nie zepsuło. Jednak prawie nie komunikują się na głębszym poziomie, tylko trwają, wypierając rzeczy, które obnażałyby płytkość i nieprawdziwość tego bycia razem. Odcinają to, co ich różni, wszędzie chodzą razem, robią wszystko razem, zawsze do domu po pracy, prawie się nie kłócą...
W.E. To niepisany pakt o nieagresji, unikamy konfrontacji. Lubimy to samo, wierzymy w to samo, mamy tę samą ideologię, tych samych znajomych, te same potrzeby. Nie ma żadnej własnej, prywatnej przestrzeni, która tych ludzi od siebie odróżnia i czyni partnerami w związku.
K..M. Taki związek nie jest związkiem, bo do związku trzeba dwojga całych ludzi. A nie dwóch połówek, chociaż takim mitem się karmimy.
W.E. Oczywiście, nie mówimy tutaj o jedności duchowej. Tego rodzaju jedność nie wymaga nawet bycia na co dzień razem, to miłość, w której partnerzy czują się wolni. Odkrycie jedności duchowej to zwykle rezultat długoletniej pracy dwóch autonomicznych, niezależnych osób. Nie ma ona nic wspólnego z symbiozą – to jedność w różnorodności.
K. M. W symbiozie jest nudno, panuje stagnacja, marazm. Pozostaje ucieczka w jakąś aktywność, także w nałogi, np. alkoholizm, również ten ukryty, albo pracoholizm.
- Jest z tego inne wyjście?
W. E. Zależy, co dla nas ważne. Na podstawie obserwacji tego, co dzieje się dziś w społeczeństwach zachodnich. Chaumier sugeruje, że ludzie, próbując zachować związek, a jednocześnie uciec od nudy, cierpienia i trudów budowania głębokiej relacji, coraz częściej zapraszają do niego kogoś trzeciego.
- Zdrada ma pomóc utrzymać związek?
W. E. Chaumier dowodzi, że ktoś trzeci albo czwarty, bo bywają związki, w których każdy z partnerów jest jednocześnie w drugim związku, wnosi świeżą energię do wypalonej relacji i pomaga zwalczyć znienawidzoną nudę. To kontrowersyjna teza, ale statystyki mówiące o wielkiej liczbie dodatkowych, „ratunkowych” związków, niepowodujących wcale rozpadu relacji pierwotnej, zdają się to potwierdzać.
K. M. Mamy stałego, nudnego partnera, zabezpieczone tyły, ustabilizowane jako tako życie i od czasu do czasu fundujemy sobie drobny lifting uczuciowo-seksualny! Pozornie idealna sytuacja. Jednak takie podejście prowadzi do tego, że związki przypominać będą pozbawione emocji sojusze: on się nie będzie wtrącał w moje życie, a ja w jego. Tyle, że to nie ma nic wspólnego z bliskością czy miłością.
W.E. To są właśnie związki narcystyczne, w których druga osoba jest dopełnieniem wizerunku pierwszej i na odwrót. Ten, kto nie spełnia ostrych kryteriów bycia cool, dobrego wyglądu i sukcesu – wypada z gry.
K.M. Mężczyznom coraz częściej podobają się zajęte tylko własną urodą laski. A ile kobiet chciałoby mieć takiego faceta, co prze do sukcesu? Mnóstwo. Nie zdają sobie sprawy, że on poza wyglądem i statusem finansowym nie jest w stanie nic zaproponować. Owszem, jest zadbany. Bo jego ciało ma być obiektem podziwu. Jako produkt doskonały jest zwykle dobrze ubrany, ma pieniądze, gadżety. Ale do wspólnego życia się nie nadaje. Nie mówiąc o seksie...
- Nie pozwoli sobie na bliskość i luz?
K.M. Będzie myślał tylko o tym, czy dobrze wypadł. Normalny człowiek jednego dnia powie: Dziś mi się nie chce kochać, a innego: bardzo mi się chce. Albo dziś się nie golę czy nie maluję (w wersji dla pań). Na odpuszczenie sobie pozwolić sobie może tylko ktoś ze zdrowym dystansem do samego siebie, nigdy te, komu zależy wyłącznie na ocenie innych. Narcyz jest przy tym niedostępny emocjonalnie, co dzisiejsze dziewczyny, które wychowują się praktycznie bez ojców, przyciąga jak magnes. Od kogoś takiego dziewczyna nie dostanie czułości, uwagi. A starać się o to może i całe życie. Za to on będzie wymagał, jak ojciec, żeby była nienaganna, wytknie jej każde niedociągnięcie.
- Jest dziś szansa na bliskość?
K.M. By poczuć bliskość, trzeba opuścić gardę, zrezygnować na użytek drugiej osoby z pięknego wizerunku. A ludzie boją się tego coraz bardziej. By przestać się bać, trzeba zajrzeć w siebie. Jako młódka szłam kiedyś na randkę i ze zdziwieniem poczułam, że się boję: coś mną telepało w środku, jakby w brzuchu latały mi motylki. Wczułam się w siebie i dotarło do mnie, że to jest przyjemne uczucie, nie strach, tylko rodzaj oczekiwania, podniecenie. To było ważne odkrycie. Boimy się nowych rzeczy, bo nam rodzice nie mówią: kochaj te drgania w brzuchu, zauważaj to, co czujesz, bo to jest twoje życie, najfajniejsze momenty. Odbieraj sygnały, obserwuj siebie. Wtedy nauczysz się kontaktować ze sobą, a co za tym idzie, z innymi, i się nie bać. Tylko tak można poczuć bliskość, otworzyć się przed tym, kogo wybierzemy.
Dlatego też postanowiłam się z Wami nim podzielić :)))
Pewnie nie wszyscy dotrą do końca, ale myślę, że warto...szczególnie polecam go wszystkim singlom i singielkom;)))))))))))
Ja mam tylko nadzieję, że jednak prognozy pana Chaumier się nie sprawdzą bo byłaby to totalna katastrofa emocjonalna.
Oczywiście zdaję sobie sprawę, że nie wszystkich to dotyczy, ale strach pomyśleć, że np. nasze dzieci mogłyby w przyszłości natrafić na takich osobników, którzy: „Są przekonani, że będzie się szczęśliwym tylko jeśli znajdzie się osoba, która będzie ich kochać bezgranicznie, bez-względu-na-wszystko. Ale jeśli trafi się osoba, która ich tak mocno kocha – musi być z nią coś nie tak, trzeba więc od niej uciec”.
Czyż to nie jest „piękne”...trochę mnie to rozśmieszyło;) ale tak naprawdę to nie jest zabawne.
A więc wszystkie single i singielki: uciekajcie gdzie pieprz rośnie przed borderlinowcami!!!;)))))))))))))))))
Rozmowa Tatiany Cichockiej z Wojciechem Eichelbergerem i Katarzyną Miller.
-Wszędzie słychać, że przeżywamy kryzys bliskości. Co dzisiaj stoi za tym wyświechtanym sformułowaniem?
W.E. Bulwersującą prognozę tego, co będzie się działo w relacjach międzyludzkich, stawia w książce „Razem, lecz osobno” francuski socjolog i antropolog Serge Chaumier. Według niego już wkrótce przestrzeń międzyludzkich związków zupełnie zdominują relacje powierzchowne i krótkotrwałe.
-Dlaczego?
W.E. Serge Chaumier uważa, ze znakiem naszych czasów są relacje z innymi charakterystyczne dla tzw. Osobowości borderline z silnym odchyleniem narcystycznym. Mam nadzieję, że te prognozy się nie potwierdzą, jednak trzeba przyznać, że w gabinetach psychoterapeutów gwałtownie wzrasta liczba klientów o tym typie osobowości.
-Czyli jakich?
W.E. Chodzi tu o osoby o typowo narcystycznej potrzebie zdobycia uznania, a jednocześnie słabych granicach wewnętrznych. Często nie potrafią one odróżnić własnych potrzeb, przekonań i uczuć od potrzeb, myśli i uczuć innych ludzi, nie szanują przestrzeni i autonomii innych. W bezpośrednich relacjach z ludźmi brakuje im wyczucia fizycznego i psychicznego dystansu. Np. z bliskimi nie rozmawiają, a nowo poznanej osobie opowiadają o najintymniejszych sprawach. Ludzie z osobowością typu borderline nie mają zaufania do więzi łączącej ich z innymi. Nie potrafią się troszczyć o swoje związki.
K.M. Co z oczu, to z serca, a co przed oczami, to moje. Nie umieją sobie niczego odmówić, są niestali, ulegają zachciankom.
W.E. Takim osobom brakuje wiary, wytrwałości i odporności na kryzysy. W nieskończoność domagają się dowodów, że są ważni. Są jak beczka bez dna. Poza tym mają zwykle trudności z wyczuwaniem konwencji, z dotrzymywaniem umów. Potrafią w nieskończoność powtarzać te same błędy, obwiniając za nie otoczenie. Z jednej strony chcą związku symbiotycznego, bo mają wrażenie, że druga osoba jest jakby częścią ich samych, a z drugiej - z błahych powodów doprowadzają do rozstań, by uniknąć nieuchronnego, w ich przekonaniu. Bólu porzucenia.
-Dlaczego takich osób ma być coraz więcej?
W.E. Psychika ludzka dostosowuje się w ten sposób do wymogów naszych czasów, w których w obszarze wartości rządzi sukces materialny, atrakcyjność i popularność. To sprawia, że związki z ludźmi są traktowane instrumentalnie, przestają być wartością samą w sobie, służą robieniu wrażenia i osiąganiu konsumpcyjnego sukcesu.
...
W.E. Tak ukształtowani ludzie to idealni pracownicy i konsumenci. Nie tworzą stałych związków, są więc dyspozycyjni, a dla sukcesu poświęcą wszystko. Ponieważ uzależniają się od autorytetów, od nagród i pochwał, łatwo nimi manipulować i kierować. Przy tym są to z reguły ludzie ambitni, inteligentni i zdolni, potrafiący studiować kilka fakultetów naraz.
K.M. Dziś inwestujemy w inteligencję. Dla rodziców ważne są dobre stopnie, a nie relacje dziecka w szkole.
Lepsze wykształcenie ma gwarantować pieniądze, za które można kupić domy, auta, czyli symbole sukcesu, oraz techniczne zabawki pozwalające na utrzymanie masy pozornych kontaktów i związków.
W.E. Osobowość typu borderline staje się powszechna również dlatego, że społeczeństwo cechuje dziś niesłychana mobilność. Wartością jest zdolność do asymilowania się, przemieszczania się tam, gdzie jest praca, często na ogromne odległości, do innych krajów i kultur. Dzieci od małego przeżywają liczne rozstania, wiele trudnych emocjonalnie sytuacji, są także ofiarami i świadkami bolesnych rozstań w środowisku dorosłych. Skuteczną obroną przeciwko takiej sytuacji jest nawyk nieangażowania się i ograniczania do powierzchownych relacji.
-Bo będzie mniej bolało?
W.E. W ogóle nie będzie bolało. Tymczasem ciągle tęsknimy za związkiem idealnym, który sam z siebie, bez żadnego wysiłku z naszej strony zachowa świeżość i atrakcyjność, przetrwa. Prawdziwa miłosna relacja przenosi się w sferę mitu, staje się romantyczną iluzją. Jej efemerydą, a zarazem substytutem jest stan zakochania.
K.M. Dopóki działa chemia, dopóty żyjemy jak w niebie. Gdy się kończy, zmieniamy partnera jak pracę, która przestała zaspokajać nasze aspiracje. A chemia wytrzymuje góra dwa lata. Potem przez idealny obraz zaczyna przebijać się rzeczywistość. Rozpadają się związki, gdy ludzie budzą się z owego romantycznego snu, czasem już po kilku miesiącach, kiedy tylko pojawią się pierwsze trudności.
- Czy tak nie było zawsze?
K.M. Różnica jest taka, że dziś ludzie nie mają ochoty, by nad związkiem pracować. Najprostszym wyjściem okazuje się rozstanie. Było fajnie, ale przestało, znaczy, że to nie był ten albo ta, więc kończymy znajomość. Nawet bez większych kosztów. U podstaw leży owa iluzja, przekonanie, że gdzieś jednak istnieje wymarzony ten jedyny, z którym namiętność nie wygaśnie, z którym będziemy się rozumieć bez słów...Więc szukajmy dalej.
...
W.E. W rzeczywistym związku mamy przed sobą trzy możliwe drogi: mozolne budowanie, rozstanie albo utrzymywanie iluzji dobrego związku – gdy po fazie romantycznej następuje tak zwana symbioza, kiedy to partnerzy są tak bardzo razem, że praktycznie tracą własną autonomię.
K.M. To zakłada rezygnację z siebie, podporządkowanie. Warto wytłumaczyć, co to jest symbioza, bo dwoje ludzi, którzy trzymają się cały czas za rączki i patrzą sobie w oczy, to obrazek bliski romantycznemu ideałowi, za którym nasza kultura podąża. A nie ma nic wspólnego z prawdziwą, głęboką relacją. Ludzie pozornie są blisko, dbają o to, żeby się nic nie zepsuło. Jednak prawie nie komunikują się na głębszym poziomie, tylko trwają, wypierając rzeczy, które obnażałyby płytkość i nieprawdziwość tego bycia razem. Odcinają to, co ich różni, wszędzie chodzą razem, robią wszystko razem, zawsze do domu po pracy, prawie się nie kłócą...
W.E. To niepisany pakt o nieagresji, unikamy konfrontacji. Lubimy to samo, wierzymy w to samo, mamy tę samą ideologię, tych samych znajomych, te same potrzeby. Nie ma żadnej własnej, prywatnej przestrzeni, która tych ludzi od siebie odróżnia i czyni partnerami w związku.
K..M. Taki związek nie jest związkiem, bo do związku trzeba dwojga całych ludzi. A nie dwóch połówek, chociaż takim mitem się karmimy.
W.E. Oczywiście, nie mówimy tutaj o jedności duchowej. Tego rodzaju jedność nie wymaga nawet bycia na co dzień razem, to miłość, w której partnerzy czują się wolni. Odkrycie jedności duchowej to zwykle rezultat długoletniej pracy dwóch autonomicznych, niezależnych osób. Nie ma ona nic wspólnego z symbiozą – to jedność w różnorodności.
K. M. W symbiozie jest nudno, panuje stagnacja, marazm. Pozostaje ucieczka w jakąś aktywność, także w nałogi, np. alkoholizm, również ten ukryty, albo pracoholizm.
- Jest z tego inne wyjście?
W. E. Zależy, co dla nas ważne. Na podstawie obserwacji tego, co dzieje się dziś w społeczeństwach zachodnich. Chaumier sugeruje, że ludzie, próbując zachować związek, a jednocześnie uciec od nudy, cierpienia i trudów budowania głębokiej relacji, coraz częściej zapraszają do niego kogoś trzeciego.
- Zdrada ma pomóc utrzymać związek?
W. E. Chaumier dowodzi, że ktoś trzeci albo czwarty, bo bywają związki, w których każdy z partnerów jest jednocześnie w drugim związku, wnosi świeżą energię do wypalonej relacji i pomaga zwalczyć znienawidzoną nudę. To kontrowersyjna teza, ale statystyki mówiące o wielkiej liczbie dodatkowych, „ratunkowych” związków, niepowodujących wcale rozpadu relacji pierwotnej, zdają się to potwierdzać.
K. M. Mamy stałego, nudnego partnera, zabezpieczone tyły, ustabilizowane jako tako życie i od czasu do czasu fundujemy sobie drobny lifting uczuciowo-seksualny! Pozornie idealna sytuacja. Jednak takie podejście prowadzi do tego, że związki przypominać będą pozbawione emocji sojusze: on się nie będzie wtrącał w moje życie, a ja w jego. Tyle, że to nie ma nic wspólnego z bliskością czy miłością.
W.E. To są właśnie związki narcystyczne, w których druga osoba jest dopełnieniem wizerunku pierwszej i na odwrót. Ten, kto nie spełnia ostrych kryteriów bycia cool, dobrego wyglądu i sukcesu – wypada z gry.
K.M. Mężczyznom coraz częściej podobają się zajęte tylko własną urodą laski. A ile kobiet chciałoby mieć takiego faceta, co prze do sukcesu? Mnóstwo. Nie zdają sobie sprawy, że on poza wyglądem i statusem finansowym nie jest w stanie nic zaproponować. Owszem, jest zadbany. Bo jego ciało ma być obiektem podziwu. Jako produkt doskonały jest zwykle dobrze ubrany, ma pieniądze, gadżety. Ale do wspólnego życia się nie nadaje. Nie mówiąc o seksie...
- Nie pozwoli sobie na bliskość i luz?
K.M. Będzie myślał tylko o tym, czy dobrze wypadł. Normalny człowiek jednego dnia powie: Dziś mi się nie chce kochać, a innego: bardzo mi się chce. Albo dziś się nie golę czy nie maluję (w wersji dla pań). Na odpuszczenie sobie pozwolić sobie może tylko ktoś ze zdrowym dystansem do samego siebie, nigdy te, komu zależy wyłącznie na ocenie innych. Narcyz jest przy tym niedostępny emocjonalnie, co dzisiejsze dziewczyny, które wychowują się praktycznie bez ojców, przyciąga jak magnes. Od kogoś takiego dziewczyna nie dostanie czułości, uwagi. A starać się o to może i całe życie. Za to on będzie wymagał, jak ojciec, żeby była nienaganna, wytknie jej każde niedociągnięcie.
- Jest dziś szansa na bliskość?
K.M. By poczuć bliskość, trzeba opuścić gardę, zrezygnować na użytek drugiej osoby z pięknego wizerunku. A ludzie boją się tego coraz bardziej. By przestać się bać, trzeba zajrzeć w siebie. Jako młódka szłam kiedyś na randkę i ze zdziwieniem poczułam, że się boję: coś mną telepało w środku, jakby w brzuchu latały mi motylki. Wczułam się w siebie i dotarło do mnie, że to jest przyjemne uczucie, nie strach, tylko rodzaj oczekiwania, podniecenie. To było ważne odkrycie. Boimy się nowych rzeczy, bo nam rodzice nie mówią: kochaj te drgania w brzuchu, zauważaj to, co czujesz, bo to jest twoje życie, najfajniejsze momenty. Odbieraj sygnały, obserwuj siebie. Wtedy nauczysz się kontaktować ze sobą, a co za tym idzie, z innymi, i się nie bać. Tylko tak można poczuć bliskość, otworzyć się przed tym, kogo wybierzemy.
Bycie razem wcale nie jest łatwe. Wymaga sporej dojrzałości, cierpliwości, chęci zrozumienia dugiej osoby i zmieniania samego siebie... Nie wiem czy społeczeństwo przeżywa kryzys umiejętności tworzenia związków i bliskości, powiedziałabym raczej, że chodzi raczej o kryzys odpowiedzialności. To, że wiele osób nie umie cieszyć się partnerstwem wg. mnie wypływa wprost z tego.
Niektórzy nie chcą być odpowiedzialni. Nie chcą czuć się w żadnym stopniu odpowiedzialni za kogoś. Nie chcą się kimś przejmować, nie chcą się troszczyć, bo to wszystko wymaga wysiłku. Stąd gloryfikacja bycia singlem - jestem sam i dobrze mi z tym, bo tak najłatwiej... Takie pójście na łatwiznę.
Chyba nic w tym złego, jeśli to tylko etap w życiu, w okresie dojrzewania, czy po nieudanym związku, ale to staje się stylem życia dla wielu osób. Niezobowiązujący seks, pozorna wolnośc, a wieczorami samotność i wmawianie sobie, że jest się człowiekiem sukcesu - kariera i te sprawy. A życie mija nieubłaganie...
Tak jak już pisałam, dla mnie wypływa to z nieodpowiedzialności i nieumiejętności poświęcenia. Ludzie nie chcą być odpowiedzialni w związkach, jako rodzice, nawet w pracy - mam na myśli brak idei, celu. Dla coraz większej ilości ludzi główne cele to zabawa i pieniądze... Dzięki Bogu nie dla wszystkich. Życie jest po to, by się bawić i cieszyć, ale z kimś bliskim, kochanym. No i puste by było strasznie jeśli miało by się opierać tylko na braniu, a nie także na dawaniu.
Niektórzy nie chcą być odpowiedzialni. Nie chcą czuć się w żadnym stopniu odpowiedzialni za kogoś. Nie chcą się kimś przejmować, nie chcą się troszczyć, bo to wszystko wymaga wysiłku. Stąd gloryfikacja bycia singlem - jestem sam i dobrze mi z tym, bo tak najłatwiej... Takie pójście na łatwiznę.
Chyba nic w tym złego, jeśli to tylko etap w życiu, w okresie dojrzewania, czy po nieudanym związku, ale to staje się stylem życia dla wielu osób. Niezobowiązujący seks, pozorna wolnośc, a wieczorami samotność i wmawianie sobie, że jest się człowiekiem sukcesu - kariera i te sprawy. A życie mija nieubłaganie...
Tak jak już pisałam, dla mnie wypływa to z nieodpowiedzialności i nieumiejętności poświęcenia. Ludzie nie chcą być odpowiedzialni w związkach, jako rodzice, nawet w pracy - mam na myśli brak idei, celu. Dla coraz większej ilości ludzi główne cele to zabawa i pieniądze... Dzięki Bogu nie dla wszystkich. Życie jest po to, by się bawić i cieszyć, ale z kimś bliskim, kochanym. No i puste by było strasznie jeśli miało by się opierać tylko na braniu, a nie także na dawaniu.
Kasieńko juz nie raz pokazalaś, że pomimo.... ( no dobra nie będe pisać po mimo czego.. :) ) twoje poglądy na pewne życiowe sprawy są bardzo dojrzałe. To napawa optymizmem! Rozglądając sie w koło, obserwując szczegolnie młodych ( ale nie tylko) ludzi, dostrzegam ,że gdzies sie zatracili... Wartości wazne dla nas dinozaurów odchodzą do lamusa... I nie mowie ,że wszystko jest na - NIE. Uważam tylko ,że każde przegięcie jest niezdrowe i ważne jest własnie to, by umieć znaleźć granicę. Jesli decyduje się byc z kimś - to kocham go nie za coś, tylko pomimo wszystko!!! Bycie w związku nie jest proste!!! To poswięcenie, kompromisy, złe i dobre chwile. A przede wszystkim odpowiedzialność. Mam natomiast wrażenie, ze ludzie wlasnie od niej uciekają.
Wspaniałe jest,jak człowiek potrafi cieszyc sie zyciem!!! Lubię ludzi o młodych duszach, którzy potrafia żartowac ,śmiać sie z siebie i podchodzić do życia optymistycznie. Którzy czasem potrafia - "zapomnieć się", ale... No właśnie, ale... Bez przegięć !!! ;))))))))
Wspaniałe jest,jak człowiek potrafi cieszyc sie zyciem!!! Lubię ludzi o młodych duszach, którzy potrafia żartowac ,śmiać sie z siebie i podchodzić do życia optymistycznie. Którzy czasem potrafia - "zapomnieć się", ale... No właśnie, ale... Bez przegięć !!! ;))))))))
Kasieńka napisał(a):
> Niektórzy nie chcą być odpowiedzialni. Nie chcą czuć się w
> żadnym stopniu odpowiedzialni za kogoś. Nie chcą się kimś
> przejmować, nie chcą się troszczyć, bo to wszystko wymaga
> wysiłku. Stąd gloryfikacja bycia singlem - jestem sam i dobrze
> mi z tym, bo tak najłatwiej... Takie pójście na łatwiznę.
>
Nie do końca rozumiem Twoje argumenty. Czy łatwizna to coś złego? Mam prać ręcznie, bo pralka automatyczna to łatwizna? Nie uznawałabym życia w związku, jako jedynie słusznego modelu.
Zgadzam się jednak z Tobą, jesli chodzi o odpowiedzialność. Jeśli już ktoś pragnie związku partnerskiego, to jest to warunek konieczny.
> Niektórzy nie chcą być odpowiedzialni. Nie chcą czuć się w
> żadnym stopniu odpowiedzialni za kogoś. Nie chcą się kimś
> przejmować, nie chcą się troszczyć, bo to wszystko wymaga
> wysiłku. Stąd gloryfikacja bycia singlem - jestem sam i dobrze
> mi z tym, bo tak najłatwiej... Takie pójście na łatwiznę.
>
Nie do końca rozumiem Twoje argumenty. Czy łatwizna to coś złego? Mam prać ręcznie, bo pralka automatyczna to łatwizna? Nie uznawałabym życia w związku, jako jedynie słusznego modelu.
Zgadzam się jednak z Tobą, jesli chodzi o odpowiedzialność. Jeśli już ktoś pragnie związku partnerskiego, to jest to warunek konieczny.
lubię cyfry i litery
Rut... Są różne powody z jakich ludzie decydują się na bycie singlem. Lęk przed odpowiedzialnością, miłością jako taką jest tylko jednym z nich. Pisałam tylko o tym. Pisałam o ucieczce. Pisałam o ludziach, którzy tak naprawdę czują, że nie są szczęśliwi.
Są ludzie, którym po prostu dobrze samym. Nie boją się związków, nie kierują się niechęcią do wysiłku, po prostu dobrze im tak jak jest. Jeśli są z tym szczęśliwi, to nie ma co się nad tym zastanawiać i rozwodzić. Lepiej być samemu i być szczęśliwym, niż być w związku z kimś, z kim szczęśliwym się nie jest.
Pewien ksiądz kiedys powiedział mi, że ludzie rodzą się z jednym z trzech powołań - do życia w związku, do bycia samemu, albo do kapłaństwa. Nie wiem czy trudno jest poznać siebie na tyle, żeby wiedzieć co przynosi mi szczęście, wiem, że ja potrzebuję partnera. Nie dlatego, że społeczeństwo wmawia mi, że muszę go mieć, czy ze strachu przed samotnością, ale dlatego, że naprawdę szczęśliwa czuję się tylko wtedy gdy wiem, że mam kogoś do kochania.
Chyba najwięcej bólu przynosi ludziom ucieczka od własnej natury. Staranie się na siłę wbić w jakiś "garniturek". Właśnie o tym pisałam w poprzednim poście. O tych "stadnych", ale ze strachu wchodzących w role singla.
Są ludzie, którym po prostu dobrze samym. Nie boją się związków, nie kierują się niechęcią do wysiłku, po prostu dobrze im tak jak jest. Jeśli są z tym szczęśliwi, to nie ma co się nad tym zastanawiać i rozwodzić. Lepiej być samemu i być szczęśliwym, niż być w związku z kimś, z kim szczęśliwym się nie jest.
Pewien ksiądz kiedys powiedział mi, że ludzie rodzą się z jednym z trzech powołań - do życia w związku, do bycia samemu, albo do kapłaństwa. Nie wiem czy trudno jest poznać siebie na tyle, żeby wiedzieć co przynosi mi szczęście, wiem, że ja potrzebuję partnera. Nie dlatego, że społeczeństwo wmawia mi, że muszę go mieć, czy ze strachu przed samotnością, ale dlatego, że naprawdę szczęśliwa czuję się tylko wtedy gdy wiem, że mam kogoś do kochania.
Chyba najwięcej bólu przynosi ludziom ucieczka od własnej natury. Staranie się na siłę wbić w jakiś "garniturek". Właśnie o tym pisałam w poprzednim poście. O tych "stadnych", ale ze strachu wchodzących w role singla.