Widok
Uwaga, zmieniam temat !!!
Bardzo mnie refleksyjnie nastraja wątek kranika.
Nie wiem, czy mogę w nim pisać, więc piszę tutaj. Jakoś ostatnio wielu ludzi zrobiło się przewrażliwionych w temacie tego kto i co może pisać w wątkach przez nich założonych.
Próbowałem sobie tę całą sytuację przełożyć na ludzki.
Wyszło mi, że chodzi o zasoby. A konkretnie jest konflikt o energię. A jeszcze konkretniej o energię psychofizyczną.
Jak powszechnie wiadomo energia przechodzi z jednego stanu skupienia w inny i jest zasobem wielce pożądanym nawet na naszym poziomie pojmowania świata. Wszak węgiel w komórce zapewnia ciepło, a pełen portfel obfity w energię pokarm. Człowiek też jest źródłem energii i jako taki jest pożądany.
I tutaj mamy sedno konfliktu. Jeden możny (nazwijmy go bytem z wyższego poziomu) chętnie zawładnął by zasobami energetycznymi, na które ma chrapkę także i inny możny. A więc obaj możni podejmują szereg kroków i działań, których celem jest zgromadzenie bateryjek i zarazem pozbawienie ich przeciwnika. Tak więc nawołują, wojują, oskarżają i robią różne rzeczy, jakie się w takich wypadkach robi.
Kranik jest wiernym wyznawcą własnego możnego i chwała mu, własnego pana trzeba szanować i życzyć mu dobrze. Dlatego też kranik twierdzi, że jego pan jest najlepszy, a ten drugi to cieć, łachudra, złodziej i pijak (bo każdy pijak...). Ludzie tego drugiego mówią to samo o panu kranika, co logiczne.
Gdzie jest prawda? Ja nie wiem, ale myślę, że pośrodku.
Kranik jeżeli nie jest zaufanym zausznikiem swojego pana to niewiele wie, co pan tak naprawdę zamierza. Ot, dostał zadanie i je wykonuje. Ale swoim umysłem nie ogarnia po co, bo za nisko stoi w hierarchii. Może wykonuje jakieś ważne zadanie, a może jest tylko wabikiem dla odwrócenia uwagi. Nie wiem. Kranik tez chyba nie wie. Bo nie słyszałem, aby pan troszczył się o to, by służba wiedziała co i dlaczego czyni. Tutaj działa zasada rozkaz i wykonać albo kara. I służba posłusznie robi co pan każe. Bez szemrania. (Ksiądz wini pana, pan księdza, a nam biednym zewsząd nędza). Pan się służbie nie opowiada ze swoich zamiarów.
A może kranik jest wyżej postawiony i wie więcej? Jeżeli tak to w efekcie pary z gęby nie puści, bo nie po to z nami rozmawia jak rozmawia, żeby się teraz demaskować.
I tu bieda, i tu nie ma ratunku.
W przypadku feudalnego konfliktu dwóch bytów wyższych o zasoby można albo opowiedzieć się po stronie któregoś z nich, albo pozostać poza konfliktem.
W pierwszym przypadku oddajemy swoje ego panu, co zrobił kranik, i walcząc w jego interesie liczymy, że i on o nas nie zapomni.
W drugim nie sprzedajemy się, co zrobiłem ja, tylko jako wolny i dziki patrzymy sobie z oddali co będzie, bez angażowania się w konflikt (prędzej czy później na nas też zapolują, wiecie - energia chodząca luzem).
Niechże pisze tu kto chce i co chce, gdyby było na temat byłoby fajnie, ale to nie jest wymóg niezbędny.
Pokój wszystkim istotom na całym wszechświecie bez względu na wymiar, w którym bytują. Kluczem jest współpraca, a nie współzawodnictwo. Rzekłem.
Bardzo mnie refleksyjnie nastraja wątek kranika.
Nie wiem, czy mogę w nim pisać, więc piszę tutaj. Jakoś ostatnio wielu ludzi zrobiło się przewrażliwionych w temacie tego kto i co może pisać w wątkach przez nich założonych.
Próbowałem sobie tę całą sytuację przełożyć na ludzki.
Wyszło mi, że chodzi o zasoby. A konkretnie jest konflikt o energię. A jeszcze konkretniej o energię psychofizyczną.
Jak powszechnie wiadomo energia przechodzi z jednego stanu skupienia w inny i jest zasobem wielce pożądanym nawet na naszym poziomie pojmowania świata. Wszak węgiel w komórce zapewnia ciepło, a pełen portfel obfity w energię pokarm. Człowiek też jest źródłem energii i jako taki jest pożądany.
I tutaj mamy sedno konfliktu. Jeden możny (nazwijmy go bytem z wyższego poziomu) chętnie zawładnął by zasobami energetycznymi, na które ma chrapkę także i inny możny. A więc obaj możni podejmują szereg kroków i działań, których celem jest zgromadzenie bateryjek i zarazem pozbawienie ich przeciwnika. Tak więc nawołują, wojują, oskarżają i robią różne rzeczy, jakie się w takich wypadkach robi.
Kranik jest wiernym wyznawcą własnego możnego i chwała mu, własnego pana trzeba szanować i życzyć mu dobrze. Dlatego też kranik twierdzi, że jego pan jest najlepszy, a ten drugi to cieć, łachudra, złodziej i pijak (bo każdy pijak...). Ludzie tego drugiego mówią to samo o panu kranika, co logiczne.
Gdzie jest prawda? Ja nie wiem, ale myślę, że pośrodku.
Kranik jeżeli nie jest zaufanym zausznikiem swojego pana to niewiele wie, co pan tak naprawdę zamierza. Ot, dostał zadanie i je wykonuje. Ale swoim umysłem nie ogarnia po co, bo za nisko stoi w hierarchii. Może wykonuje jakieś ważne zadanie, a może jest tylko wabikiem dla odwrócenia uwagi. Nie wiem. Kranik tez chyba nie wie. Bo nie słyszałem, aby pan troszczył się o to, by służba wiedziała co i dlaczego czyni. Tutaj działa zasada rozkaz i wykonać albo kara. I służba posłusznie robi co pan każe. Bez szemrania. (Ksiądz wini pana, pan księdza, a nam biednym zewsząd nędza). Pan się służbie nie opowiada ze swoich zamiarów.
A może kranik jest wyżej postawiony i wie więcej? Jeżeli tak to w efekcie pary z gęby nie puści, bo nie po to z nami rozmawia jak rozmawia, żeby się teraz demaskować.
I tu bieda, i tu nie ma ratunku.
W przypadku feudalnego konfliktu dwóch bytów wyższych o zasoby można albo opowiedzieć się po stronie któregoś z nich, albo pozostać poza konfliktem.
W pierwszym przypadku oddajemy swoje ego panu, co zrobił kranik, i walcząc w jego interesie liczymy, że i on o nas nie zapomni.
W drugim nie sprzedajemy się, co zrobiłem ja, tylko jako wolny i dziki patrzymy sobie z oddali co będzie, bez angażowania się w konflikt (prędzej czy później na nas też zapolują, wiecie - energia chodząca luzem).
Niechże pisze tu kto chce i co chce, gdyby było na temat byłoby fajnie, ale to nie jest wymóg niezbędny.
Pokój wszystkim istotom na całym wszechświecie bez względu na wymiar, w którym bytują. Kluczem jest współpraca, a nie współzawodnictwo. Rzekłem.
Fajnie porównałeś to do chęci zawładnięcia zasobów energii, to bardzo trafne spostrzeżenie, nie tylko odnoszące się do religii, ale również do stosunków międzyludzkich.
Dużo racji jest w tym, że najrozsądniej byłoby pozostać między konfliktem, jednak skoro to takie logiczne, dlaczego tak mało ludzi pozostaje niezaangażowanych w to całe przedsięwzięcie? Dlaczego tyle osób służy? Dlaczego tego potrzebują? Z głupoty? Osoba potrafiąca nie ulegać w takim przypadku, musi być albo wyjątkowo mądra, albo mało potrzebująca, albo bardzo zapatrzona w siebie. Tak sobie myślę, że w życiu człowieka są chwile, że nie potrzebuje nikogo, ale co zrobić, gdy przyjdzie czas niedoli i niemocy, potrzeby siły wyższej, bytu doskonalszego niż my sami? Co wtedy? Szukać Pana i dołączyć do bandy głupców czy w trosce o idee skończyć ze sobą?
Dużo racji jest w tym, że najrozsądniej byłoby pozostać między konfliktem, jednak skoro to takie logiczne, dlaczego tak mało ludzi pozostaje niezaangażowanych w to całe przedsięwzięcie? Dlaczego tyle osób służy? Dlaczego tego potrzebują? Z głupoty? Osoba potrafiąca nie ulegać w takim przypadku, musi być albo wyjątkowo mądra, albo mało potrzebująca, albo bardzo zapatrzona w siebie. Tak sobie myślę, że w życiu człowieka są chwile, że nie potrzebuje nikogo, ale co zrobić, gdy przyjdzie czas niedoli i niemocy, potrzeby siły wyższej, bytu doskonalszego niż my sami? Co wtedy? Szukać Pana i dołączyć do bandy głupców czy w trosce o idee skończyć ze sobą?
> Dlaczego tego potrzebują? Z głupoty?
Wg mnie: większość z rozpędu ;)
> co zrobić, gdy przyjdzie czas niedoli i niemocy, potrzeby siły wyższej, bytu doskonalszego niż my sami?
Spojrzenie ateisty:
Nie ma bytu doskonalszego niż my sami. Dla nas.
Nawet Byt Doskonały czyli Bóg, jest tylko projekcją.
Byt ten próbujemy jakoś sobie wyobrazić - ale to tylko nasze myśli Go określają.. zatem nie może być doskonalszy (DLA NAS) od tego, co już w głowie mamy.
Warto pracować nad tym, aby mieć tam więcej i rozszerzać projekcję Absolutu.
Wg mnie: większość z rozpędu ;)
> co zrobić, gdy przyjdzie czas niedoli i niemocy, potrzeby siły wyższej, bytu doskonalszego niż my sami?
Spojrzenie ateisty:
Nie ma bytu doskonalszego niż my sami. Dla nas.
Nawet Byt Doskonały czyli Bóg, jest tylko projekcją.
Byt ten próbujemy jakoś sobie wyobrazić - ale to tylko nasze myśli Go określają.. zatem nie może być doskonalszy (DLA NAS) od tego, co już w głowie mamy.
Warto pracować nad tym, aby mieć tam więcej i rozszerzać projekcję Absolutu.
Z rozpędu? To dlaczego po czasie nie zwalniają i nie dochodzą do wniosku, że źle uczynili?
Czyli dla ateisty człowiek jest najdoskonalszym bytem, więc ateista to człowiek zapatrzony w siebie? A skoro nie ma nic doskonalszego niż człowiek, to ateista w niedoli, będzie potrzebować jedynie drugiego człowieka? A co jeżeli ten zwiedzie, nie da siły, nie uruchomi wewnętrznej motywacji, nie wesprze, to co wtedy?
Czyli dla ateisty człowiek jest najdoskonalszym bytem, więc ateista to człowiek zapatrzony w siebie? A skoro nie ma nic doskonalszego niż człowiek, to ateista w niedoli, będzie potrzebować jedynie drugiego człowieka? A co jeżeli ten zwiedzie, nie da siły, nie uruchomi wewnętrznej motywacji, nie wesprze, to co wtedy?
> dlaczego po czasie nie zwalniają
Znacząca większosć zwalnia. Wiara idzie w odstawkę. Liczy się tu i teraz.
No ale skoro Kościół uwzględnia spowiedź, żal, wyznanie winy i odpuszcza grzechy.. to w czym problem? Zawsze da się wrócić.. szczególnie wobec wizji zmiany "stanu skupienia" ;D
> ateista w niedoli, będzie potrzebować jedynie drugiego człowieka?
Zaręczam Ci, że teista również.
W niedoli bardziej liczy się przyjazna dłoń niż Anioły i płonące krzaki
Niektórym ludziom, z naprawdę silnym charakterem, wystarcza Wiara.
Ale z takim charakterem poradziliby sobie równie dobrze, jako niewierzący.
Znacząca większosć zwalnia. Wiara idzie w odstawkę. Liczy się tu i teraz.
No ale skoro Kościół uwzględnia spowiedź, żal, wyznanie winy i odpuszcza grzechy.. to w czym problem? Zawsze da się wrócić.. szczególnie wobec wizji zmiany "stanu skupienia" ;D
> ateista w niedoli, będzie potrzebować jedynie drugiego człowieka?
Zaręczam Ci, że teista również.
W niedoli bardziej liczy się przyjazna dłoń niż Anioły i płonące krzaki
Niektórym ludziom, z naprawdę silnym charakterem, wystarcza Wiara.
Ale z takim charakterem poradziliby sobie równie dobrze, jako niewierzący.
Wiesz, gdyby tak ludzie zwalniali, to po 2 tys lat nie powinno być takiego kultu Boga, a mimo to on nadal twa i w niektórych kręgach, jak widać, jest nadal silny ;)
Skoro Kościół jest taki liberalny a Bóg taki miłosierny i "zawsze da się wrócić", (więc same korzyści) to dlaczego ateiści nie wierzą? Dlaczego wierzących uważają za hipokrytów i dlaczego uważają się za lepszych?
Masz rację, teista też potrzebuje człowieka, a to dlatego, że w człowieku widzi Boga ;) Jednak jak jest wiara, to jest też pokora, a jak jest pokora, to łatwiej poradzić sobie z porażką i zacząć od nowa, nawet bez pomocy drugiego człowieka.
Skoro Kościół jest taki liberalny a Bóg taki miłosierny i "zawsze da się wrócić", (więc same korzyści) to dlaczego ateiści nie wierzą? Dlaczego wierzących uważają za hipokrytów i dlaczego uważają się za lepszych?
Masz rację, teista też potrzebuje człowieka, a to dlatego, że w człowieku widzi Boga ;) Jednak jak jest wiara, to jest też pokora, a jak jest pokora, to łatwiej poradzić sobie z porażką i zacząć od nowa, nawet bez pomocy drugiego człowieka.
>po 2 tys lat nie powinno być takiego kultu Boga
Kult Siły Wyższej jest znacznie starszy niż 2 tys lat. Jest wbudowany w ludzkość od zarania.
> dlaczego ateiści nie wierzą?
To wynika z definicji słowa "ateista" ;)
> Dlaczego wierzących uważają za hipokrytów i dlaczego uważają się za lepszych?
Za hipokrytów uważam hipokrytów. Za "lepszego" się nie uważam. Za innych ateistów odpowiadać nie zamierzam
Kult Siły Wyższej jest znacznie starszy niż 2 tys lat. Jest wbudowany w ludzkość od zarania.
> dlaczego ateiści nie wierzą?
To wynika z definicji słowa "ateista" ;)
> Dlaczego wierzących uważają za hipokrytów i dlaczego uważają się za lepszych?
Za hipokrytów uważam hipokrytów. Za "lepszego" się nie uważam. Za innych ateistów odpowiadać nie zamierzam
Heh, Sadylu, aleś mi pocukrował :-))) Zdradziłem się gdzieś atencją dla Fryderyka? Pozwolę sobie zacytować: "Chcę uczyć się coraz więcej, to, co konieczne w rzeczach, widzieć jako piękne tak stanę się jednym z tych, którzy rzeczy pięknymi czynią. Amor fati: to niechaj odtąd będzie mą miłością! Nie chcę prowadzić wcale wojny przeciw brzydocie. Nie chcę oskarżać, nie chcę oskarżać nawet oskarżyciela. Odwracanie oczu niech będzie moim jedynym przeczeniem! A na ogół: chcę tylko jeszcze kiedyś być potwierdzicielem!".
Moim zdaniem wszystko lub wiele zależy od giętkości umysłu. Wychowanie (należałoby użyć słowa: indoktrynacja) jakie odebraliśmy w dzieciństwie ustawia nas w ściśle określonym kierunku. Dziecko przyjmuje wzorce bez wnikania w to, czy są prawdziwe. A potem się tymi wzorcami kieruje w życiu. No i nagle zaczyna coś nie banglać. I tutaj jedni zamykają oczy mówiąc - to ze mną coś nie tak, bo powinno banglać, a inni mówią - hola, coś mnie chyba źle nauczyli, bo nie bangla. Z tej drugiej grupy część wyciąga wnioski, cześć nie. Z tych co wyciągają wnioski część zmienia światopogląd, część nie.
Człowiek z natury jest leniwy i zachłanny więc po pierwsze primo nie lubi się uczyć, a po drugie primo woli, żeby ktoś odwalił robotę za niego. No i tym sposobem wkrada się w nasze życie marazm, który postrzegamy jako łatwiejszy do akceptacji aniżeli przeprogramowanie własnej podświadomości.
Tak ja to w skrócie mówiąc widzę.
Popytajcie Stworka, jak to jest wyłamywać pręty z klatki w której zamknięto psychikę, kiedyś o tym pięknie i mądrze pisała.
Moim zdaniem wszystko lub wiele zależy od giętkości umysłu. Wychowanie (należałoby użyć słowa: indoktrynacja) jakie odebraliśmy w dzieciństwie ustawia nas w ściśle określonym kierunku. Dziecko przyjmuje wzorce bez wnikania w to, czy są prawdziwe. A potem się tymi wzorcami kieruje w życiu. No i nagle zaczyna coś nie banglać. I tutaj jedni zamykają oczy mówiąc - to ze mną coś nie tak, bo powinno banglać, a inni mówią - hola, coś mnie chyba źle nauczyli, bo nie bangla. Z tej drugiej grupy część wyciąga wnioski, cześć nie. Z tych co wyciągają wnioski część zmienia światopogląd, część nie.
Człowiek z natury jest leniwy i zachłanny więc po pierwsze primo nie lubi się uczyć, a po drugie primo woli, żeby ktoś odwalił robotę za niego. No i tym sposobem wkrada się w nasze życie marazm, który postrzegamy jako łatwiejszy do akceptacji aniżeli przeprogramowanie własnej podświadomości.
Tak ja to w skrócie mówiąc widzę.
Popytajcie Stworka, jak to jest wyłamywać pręty z klatki w której zamknięto psychikę, kiedyś o tym pięknie i mądrze pisała.
"Warto pracować nad tym, aby mieć tam więcej i rozszerzać projekcję Absolutu."
Mądre słowa.
Szczególnie, że z projekcjami jest tak, że te miejsca, gdzie nie ma konkretu, uzupełnia sie taką psychiczna watą, nie ma w niej nic merytorycznego, tylko same życzeniowe emocje.
Dawkins fajnie się z tą potrzebą absolutu rozprawił.
"Wróćmy jednak do argumentów wielkiego Tomasza. 4. Dowód z różnej doskonałości (argument stopnia). Widzimy, że rzeczy na Ziemi się różnią. Różnią się stopniem, na przykład, dobroci czy doskonałości. Ocenić te właściwości możemy jednak tylko poprzez porównanie ze stopniem najwyższym. Ludzie mogą być zarówno dobrzy, jak źli, ale najwyższe dobro nie leży w nas. Musi być zatem coś, co jest najlepsze, co stanowi wzorzec doskonałości, i to coś nazywamy Bogiem. Czy to jest poważny argument? Równie dobrze można by powiedzieć, że ludzie różnią się pod względem natężenia wydzielanego smrodu, lecz te różnice między nimi można mierzyć jedynie w odniesieniu do jakiegoś najgorszego wyobrażalnego smrodu, smrodu idealnego, musi zatem istnieć jakiś szczególny, nadzwyczajny śmierdziel i to coś nazywamy Bogiem. Proszę podstawić sobie zresztą na to miejsce dowolną cechę czy kategorię, a wniosek będzie równie bezsensowny."
Mądre słowa.
Szczególnie, że z projekcjami jest tak, że te miejsca, gdzie nie ma konkretu, uzupełnia sie taką psychiczna watą, nie ma w niej nic merytorycznego, tylko same życzeniowe emocje.
Dawkins fajnie się z tą potrzebą absolutu rozprawił.
"Wróćmy jednak do argumentów wielkiego Tomasza. 4. Dowód z różnej doskonałości (argument stopnia). Widzimy, że rzeczy na Ziemi się różnią. Różnią się stopniem, na przykład, dobroci czy doskonałości. Ocenić te właściwości możemy jednak tylko poprzez porównanie ze stopniem najwyższym. Ludzie mogą być zarówno dobrzy, jak źli, ale najwyższe dobro nie leży w nas. Musi być zatem coś, co jest najlepsze, co stanowi wzorzec doskonałości, i to coś nazywamy Bogiem. Czy to jest poważny argument? Równie dobrze można by powiedzieć, że ludzie różnią się pod względem natężenia wydzielanego smrodu, lecz te różnice między nimi można mierzyć jedynie w odniesieniu do jakiegoś najgorszego wyobrażalnego smrodu, smrodu idealnego, musi zatem istnieć jakiś szczególny, nadzwyczajny śmierdziel i to coś nazywamy Bogiem. Proszę podstawić sobie zresztą na to miejsce dowolną cechę czy kategorię, a wniosek będzie równie bezsensowny."
Wszak oto odczuwam poniekąd obawę,
Że zaraz zwariuję albo też niebawem.
Że zaraz zwariuję albo też niebawem.
tak mnie niejednokrotnie zastanawia, czy ateista jest szczęśliwy
nawet chciałabym poznać takiego ateistę
człowiek żyjący niedaleko mnie, wręcz pod strzechą tą samą na hasło że jest ateistą nie obraża się, ale on ateistą tak naprawdę nie jest
zatem nadal tkwi we mnie ciekawość napotkania ateisty
.
.
.
Mansonie, nadepnąłeś na tkliwą cnotę jaką jest wychowanie i jakie wartości przekazywane sa kolejnym pokoleniom i w jaki sposób
. jedno jest pewne - niezależnie jaki profil postępowania wybierzesz - nigdy nie wiesz czy dobrze robisz. No chyba, ze że uważasz, iż Twoja prawda jest najbardziej świętą prawdą i racją ponad wszystko co zaistniało na tym świecie.
Matka, która z racji swej funkcji przekazuje wychowanie w sposób dopasowujący się do charakteru i osobowości każdego dziecka, które w swym łonie pielęgnowała, a jak każdy z nas wie - jedno łono potrafi wypluć w swym rozrodczym istnieniu różnorodność psychospołeczną. To taka matka, która jest otwarta na indywidualną osobowość każdego z osobna i chcąc każde dziecko wychować z jego naturą ... sprowadza sama siebie do poziomu nieistnienia lub do schizofrenii, tudzież do innych schorzeń osobowościowych. A i tak pewności brak, czy aby na pewno słuszne wartości dla każdego są przekazane. Takie, by po latach nie usłyszeć wyrzutu zaklatkowania.
nawet chciałabym poznać takiego ateistę
człowiek żyjący niedaleko mnie, wręcz pod strzechą tą samą na hasło że jest ateistą nie obraża się, ale on ateistą tak naprawdę nie jest
zatem nadal tkwi we mnie ciekawość napotkania ateisty
.
.
.
Mansonie, nadepnąłeś na tkliwą cnotę jaką jest wychowanie i jakie wartości przekazywane sa kolejnym pokoleniom i w jaki sposób
. jedno jest pewne - niezależnie jaki profil postępowania wybierzesz - nigdy nie wiesz czy dobrze robisz. No chyba, ze że uważasz, iż Twoja prawda jest najbardziej świętą prawdą i racją ponad wszystko co zaistniało na tym świecie.
Matka, która z racji swej funkcji przekazuje wychowanie w sposób dopasowujący się do charakteru i osobowości każdego dziecka, które w swym łonie pielęgnowała, a jak każdy z nas wie - jedno łono potrafi wypluć w swym rozrodczym istnieniu różnorodność psychospołeczną. To taka matka, która jest otwarta na indywidualną osobowość każdego z osobna i chcąc każde dziecko wychować z jego naturą ... sprowadza sama siebie do poziomu nieistnienia lub do schizofrenii, tudzież do innych schorzeń osobowościowych. A i tak pewności brak, czy aby na pewno słuszne wartości dla każdego są przekazane. Takie, by po latach nie usłyszeć wyrzutu zaklatkowania.
Nie chciałem wchodzić w kwestie wychowywania młodych, a jedynie zasygnalizować, że jesteśmy dziedzicznie obciążeni wzorcami, które ktoś w nas wbudował kiedyś tam.
Ja nie wiem, jak trzeba wychowywać dzieci, bo się na tym nie znam.
Za to podziwiam ogrom poświęcenia i wyrzeczeń ludzi, którzy decydują się dzieci mieć i je wychowywać. Co prawda większości to i tak nie wychodzi, ale to inna bajka. Mnie to w każdym razie przerasta.
Kiedyś prześmiesznie Cejroś stwierdził, że buddyzm jest religią nieteistyczną :-) I ja sobie myślę, że ateizm jest też taką religią. Bo jakość poszlak świadczących za istnieniem Boga nie jest gorsza od jakości poszlak świadczących przeciwko. Jedno i drugie to zwykła wiara. A nadto część ateistów jest wojująca i aktywnie zwalcza wierzących, co samo w sobie jest prześmieszne.
Moim skromnym zdaniem szczęście wewnętrzne nie ma nic wspólnego z problemem Boga. Po prostu niektórzy szukając szczęścia potrzebują kogoś z zewnątrz, by je otrzymać - i dla nich Bóg jest potrzebny, a inni potrafią znaleźć je w sobie - i Ci potrafią się bez Boga obejść. I tyle.
Ja nie wiem, jak trzeba wychowywać dzieci, bo się na tym nie znam.
Za to podziwiam ogrom poświęcenia i wyrzeczeń ludzi, którzy decydują się dzieci mieć i je wychowywać. Co prawda większości to i tak nie wychodzi, ale to inna bajka. Mnie to w każdym razie przerasta.
Kiedyś prześmiesznie Cejroś stwierdził, że buddyzm jest religią nieteistyczną :-) I ja sobie myślę, że ateizm jest też taką religią. Bo jakość poszlak świadczących za istnieniem Boga nie jest gorsza od jakości poszlak świadczących przeciwko. Jedno i drugie to zwykła wiara. A nadto część ateistów jest wojująca i aktywnie zwalcza wierzących, co samo w sobie jest prześmieszne.
Moim skromnym zdaniem szczęście wewnętrzne nie ma nic wspólnego z problemem Boga. Po prostu niektórzy szukając szczęścia potrzebują kogoś z zewnątrz, by je otrzymać - i dla nich Bóg jest potrzebny, a inni potrafią znaleźć je w sobie - i Ci potrafią się bez Boga obejść. I tyle.