Widok
nie chce mi sie pracować....
Mam dobrą pracę. Dobrze płatną jak na polskie warunki, atmosfera jest całkiem przyjazna, stanowisko samodzielne....nic tylko sie cieszyć. Ale nie ciesze się. Jestem sfrustrowana. Wracam z pracy, zjem coś, chwile odpocznę i tak naprawdę na nic nie ma czasu. Trzeba iść spać, wstać, do pracy i tak w kółko. Może jestem leniem? Wiem, jak silny jest u nas etos pracy, tym bardziej w sytuacji kiedy rata kredytu goni, pojawiaja się dzieci...trzeba to ogarnąć, trzeba zacisnąć zęby i cieszyć się z tego, co jest. Wiem i mam przez swoje podejście wyrzuty sumienia.
Do wściekłości doprowadza mnie ten brak czasu. Wszystko trzeba robić z wywieszonym jęzorem i jeszcze sklepy pozamykane w niedzielę - w piatek i sobotę za to w dużych spożywczakach armagedon. W tygodniu nie mam czasu na małe przyjemności, a dopracy tez trzeba się ubrać, więc jak juz to w sobotę.
Czas mają tylko ludzie, którzy nie pracują. Reszta, ta reszta która zasuwa na gospodarkę traktowana jest troche jak szczury - wszystko z wywieszonym jęzorem, zakupy w ścisku, do lekarza czy urzędu nie pójdziesz w weekend a w tygodniu trzeba brać czasem 1 dniowy urlop, żeby ogarnąć swoje sprawy....
ok, dość
Jestem faktycznie sfrustrowana. Pracowałam bez przerwy 10 lat, potem miałam przerwę i teraz wracam. I ma ochotę uciec, bo od roku jestem po prostu zmęczona...
tak tylko się uzewnętrzniam.
Do wściekłości doprowadza mnie ten brak czasu. Wszystko trzeba robić z wywieszonym jęzorem i jeszcze sklepy pozamykane w niedzielę - w piatek i sobotę za to w dużych spożywczakach armagedon. W tygodniu nie mam czasu na małe przyjemności, a dopracy tez trzeba się ubrać, więc jak juz to w sobotę.
Czas mają tylko ludzie, którzy nie pracują. Reszta, ta reszta która zasuwa na gospodarkę traktowana jest troche jak szczury - wszystko z wywieszonym jęzorem, zakupy w ścisku, do lekarza czy urzędu nie pójdziesz w weekend a w tygodniu trzeba brać czasem 1 dniowy urlop, żeby ogarnąć swoje sprawy....
ok, dość
Jestem faktycznie sfrustrowana. Pracowałam bez przerwy 10 lat, potem miałam przerwę i teraz wracam. I ma ochotę uciec, bo od roku jestem po prostu zmęczona...
tak tylko się uzewnętrzniam.
Matko, mam podobnie! Siedzę na zwolnieniu w ciąży, ale na codzień pracuję jako specjalista w korpo. Jak pomyślę o powrocie to brrr...
Nie to, że nie lubię swojego stanowiska, ale ten stres, ta odpowiedzialność - to niszczy powolutku.
Stres związany z pracą odpuścił dopiero po jakimś miesiącu. Razem z partnerem wynajmujemy mieszkanie, oczekujemy na dzidzię. Nie należą nam się żadne zapomogi czy dofinansowania, nie korzystamy z żadnej pomocy, 500+ nam nie będzie przysługiwać. Jednocześnie ciągle słyszymy o różnych zapomogach, które rząd wprowadza bądź planuje. Ostatnio wpadła kolejna dopłata 10gr do paliwa, straszą podwyżkami cen prądu, vat na książki w górę, na soki też planują w górę, jeszcze kupa innych rzeczy. Nie zarabiamy jakoś źle, ale mam wrażenie, że na codzień ścigamy się w wyścigu, którego nie da się wygrać. Jak nie pniesz się w górę z pensją to tak ajkbyś spadał w dół.
To nie są czasy, że za jedną pensję da się spokojnie wyżyć i jeszcze czasem gdzieś wyjechać.
Jak się przyznam, że jestem zmęczona tą pogonią to słyszę, że jestem za młoda na zmęczenie, że inni mają gorzej, że szkoda wykształcenia na mało ambitną pracę, że jeszcze zawału nie miałam to nie wiem co to stres, a w ogóle to w tym wieku już powinnam mieć na umowie jeszcze ze 2 tys. więcej.
Uwierzysz, że są ludzie, którzy z podziwem patrzą na tych, co się dorobili w korpo 2 zawałów bo oni tacy oddani firmie, tacy ambitni i odpowiedzialni i tak się przejmują? Nie wiem czy to świat jest chory czy my, że się na to wszystko godzimy.
Czasem chciałoby się rzucić to wszystko w cholerę i wyjechać w Bieszczady, ale kto by pensję przysyłał :)
Też chciałam się trochę uzewnętrznić. Jestem z Tobą!
Nie to, że nie lubię swojego stanowiska, ale ten stres, ta odpowiedzialność - to niszczy powolutku.
Stres związany z pracą odpuścił dopiero po jakimś miesiącu. Razem z partnerem wynajmujemy mieszkanie, oczekujemy na dzidzię. Nie należą nam się żadne zapomogi czy dofinansowania, nie korzystamy z żadnej pomocy, 500+ nam nie będzie przysługiwać. Jednocześnie ciągle słyszymy o różnych zapomogach, które rząd wprowadza bądź planuje. Ostatnio wpadła kolejna dopłata 10gr do paliwa, straszą podwyżkami cen prądu, vat na książki w górę, na soki też planują w górę, jeszcze kupa innych rzeczy. Nie zarabiamy jakoś źle, ale mam wrażenie, że na codzień ścigamy się w wyścigu, którego nie da się wygrać. Jak nie pniesz się w górę z pensją to tak ajkbyś spadał w dół.
To nie są czasy, że za jedną pensję da się spokojnie wyżyć i jeszcze czasem gdzieś wyjechać.
Jak się przyznam, że jestem zmęczona tą pogonią to słyszę, że jestem za młoda na zmęczenie, że inni mają gorzej, że szkoda wykształcenia na mało ambitną pracę, że jeszcze zawału nie miałam to nie wiem co to stres, a w ogóle to w tym wieku już powinnam mieć na umowie jeszcze ze 2 tys. więcej.
Uwierzysz, że są ludzie, którzy z podziwem patrzą na tych, co się dorobili w korpo 2 zawałów bo oni tacy oddani firmie, tacy ambitni i odpowiedzialni i tak się przejmują? Nie wiem czy to świat jest chory czy my, że się na to wszystko godzimy.
Czasem chciałoby się rzucić to wszystko w cholerę i wyjechać w Bieszczady, ale kto by pensję przysyłał :)
Też chciałam się trochę uzewnętrznić. Jestem z Tobą!
Dokładnie. Wkurza mnie fakt, że tak u nas i właściwie na całym świecie wiele mówi się o pracy, o konieczności pracy, podnoszenia standardów życia, o gospodarce napędzanej podatkami pracujących, o emeryturach a tak na prawdę ludzie pracujacy, w głównej mierze szaraki (nie mam na myśli osób na wysokich stanowiskach z odpowiednimi zarobkami) żyją z dnia na dzień. Brak czasu, wieczny stres, bo zarobki niekoniecznie pokrywają się z potrzebami, życie rodzinne kuleje, zdrowie czasem też... Wkurza mnie, gdy rodzice mi czasem mówią, gdy zaczynam narzekać, że praca jest najważniejsza. Spoko, ale za ich czasów nie było takiej gonitwy. Tata pracował i żyło nam sie może nie jakoś super, ale starczało. Nagle okazuje się, że jedna pensja (mam na myśli standardowe pensje, żadne kokosy) nie wystarcza, że jesli jestes kobietą i wybrałaś opiekę nad dzieckiem to z automatu jesteś leniem, mamuśką co siedzi na 4literach i nic nie robi (bo ogarnianie domu i rodziny to żadna praca przecież), a jeśli nie masz dzieci a twój facet dobrze zarabia i nadal siedzisz w domu, to już jesteś k** i utrzymanką itp. Codziennie dojeżdżam skm do pracy i jakoś nie widzę uśmiechniętych twarzy. Ludzie narzekają. Moi bliscy znajomi też jakoś nie tryskają entuzjazmem, zwłaszcza dziewczyny z dzieciakami, które wróciły do pracy i na wszystko brakuje im czasu. Ale nie daj Boże przerwiesz to, powiesz stop i wyjedziesz w te przysłowiowe Bieszczady albo okaże sie, że jedna pensja spokojnie wystarcza to otoczenie popuka się w czoło, przechrzci Cię odpowiednio i tyle z tego radości.
Nie jest dobrze.
Jestem w tej komfortowej sytuacji, że właściwie to mogę dać sobie spokój z pracą, ale mam trochę wyrzutów sumienia z powodów ww., martwię się opinią otoczenia, faktem że po raz pierwszy od wielu lat trafiłam na porządną pracę, gdzie nie ma wyścigu szczurów, gdzie szefostwo jest w porządku, kasa - szału nie ma ale też nie jest źle. Żal mi z jednej strony z tego zrezygnować a z drugiej dawno nie byłam tak sfrustrowana, nawet nie cieszy mnie weekend, bo wiem, że za chwilę w poniedziałek będę musiała znowu zrywać się o 6 i tak w kółko.
Nie umiem sobie zorganizować czasu w domu, mam multisporta, ale na fitnessie byłam może 2-3 razy, obiad jem o 18-19 jeśli dzień wcześniej nie przygotuję sobie czegoś. Gdy mój narzeczony jest w domu sytuacja wygląda inaczej, bo i mam z kim pogadać, on dużo mi pomaga w domu, ale co z tego gdy wracam często wykończona bo przez cały dzień trzeba być maksymalnie skupionym, jest milion spraw do ogarnięcia, 8h przed kompem, człowiek jest cały czas na stand-baju...w domu chce mi się tylko spać.
To chyba nie o to chodzi?
Wiem, że tak wygląda życie większości ludzi, a już w ogóle ludzi z dziećmi, ale coraz bardziej mam tego dość.
Nie jest dobrze.
Jestem w tej komfortowej sytuacji, że właściwie to mogę dać sobie spokój z pracą, ale mam trochę wyrzutów sumienia z powodów ww., martwię się opinią otoczenia, faktem że po raz pierwszy od wielu lat trafiłam na porządną pracę, gdzie nie ma wyścigu szczurów, gdzie szefostwo jest w porządku, kasa - szału nie ma ale też nie jest źle. Żal mi z jednej strony z tego zrezygnować a z drugiej dawno nie byłam tak sfrustrowana, nawet nie cieszy mnie weekend, bo wiem, że za chwilę w poniedziałek będę musiała znowu zrywać się o 6 i tak w kółko.
Nie umiem sobie zorganizować czasu w domu, mam multisporta, ale na fitnessie byłam może 2-3 razy, obiad jem o 18-19 jeśli dzień wcześniej nie przygotuję sobie czegoś. Gdy mój narzeczony jest w domu sytuacja wygląda inaczej, bo i mam z kim pogadać, on dużo mi pomaga w domu, ale co z tego gdy wracam często wykończona bo przez cały dzień trzeba być maksymalnie skupionym, jest milion spraw do ogarnięcia, 8h przed kompem, człowiek jest cały czas na stand-baju...w domu chce mi się tylko spać.
To chyba nie o to chodzi?
Wiem, że tak wygląda życie większości ludzi, a już w ogóle ludzi z dziećmi, ale coraz bardziej mam tego dość.
Dziewczyny rozumiem was doskonale, Ogólnie wszyscy jesteśmy niewolnikami systemu, systemu na całym świecie. Pełen etat powinien trwać max 4 godz, tak aby każdy był wypoczęty, to i bardziej wydajny będzie, Do tego każdy straciłby mniej zdrowia, miał więcej czasu an rodzinę, znajomych, hobby, na cieszenie się życiem. To wszystko sprawiłoby że człowiek nie tylko byłby bardziej zadowolony ale także wydajniejszy w pracy, Bo obecnie jest tak, ze człowiek przemoczony, siedzi w tej robocie coś tam robi, z każdą godziną wolniej, a potem już odlicza ile jeszcze do wyjścia. Bo ile można? Tłumaczenie ze trzeba pracować 8h aby było opłacalne jest d**ilizmem, bo wszyscy są zmęczenie, sfrustrowani, schorowani i mniej wydajni, rodziny się rozpadają, aż w końcu lądują na rentach bo wysiadają zarówno fizycznie jak i psychicznie.
Dwa lata temu też byłam w takiej matni
Siedzisz w pracy po 10 godzin plus nadgodziny, zarabiasz normalną kasę ale nie widujesz ani rodziny ani domownikow, w domu jest syf totalny, omijają cie wszystkie wydarzenia szkoleń dziecka to słyszysz "jaka z ciebie matka skoro dla dzieci nie masz czasu"
Jak rzucasz pracę bo pensja męża starcza to usłyszysz że siedzisz tylko w domu i jesteś pasozytem, wygodnicka i na starość zostaniesz z niczym.
Prawda jest jedna. Doba ma tylko 24 i nie jest z gumy. Życie to sztuka wyboru. Kwestia ustawienia priorytetów w życiu.
Jak wybierzesz pracę to będziesz mieć pieniadze ale nie czas by je wydawać a ucierpi rodzina.
Jeśli wybierzesz rodzinę to zyskasz czas kosztem pieniędzy.
To jest proste równanie. Można być naprawdę niezłym ale tylko w jednej sferze naraz.
Jeśli człowiek będzie próbował jednocześnie być perfekcyjną panią domu i niezastąpionym pracownikiem ale wszystko tylko po połowie to nic z tego nie wyjdzie. W moim przypadku wybrałam czas dla siebie i rodziny oraz pracę na nie więcej niż pół etatu. Taki budżet mi wystarcza, mam na wszystko czas i jeśli następuje kolizja dom/praca to praca przegrywa. To mój świadomy wybór i żyje mi się z tym naprawdę dobrze
Siedzisz w pracy po 10 godzin plus nadgodziny, zarabiasz normalną kasę ale nie widujesz ani rodziny ani domownikow, w domu jest syf totalny, omijają cie wszystkie wydarzenia szkoleń dziecka to słyszysz "jaka z ciebie matka skoro dla dzieci nie masz czasu"
Jak rzucasz pracę bo pensja męża starcza to usłyszysz że siedzisz tylko w domu i jesteś pasozytem, wygodnicka i na starość zostaniesz z niczym.
Prawda jest jedna. Doba ma tylko 24 i nie jest z gumy. Życie to sztuka wyboru. Kwestia ustawienia priorytetów w życiu.
Jak wybierzesz pracę to będziesz mieć pieniadze ale nie czas by je wydawać a ucierpi rodzina.
Jeśli wybierzesz rodzinę to zyskasz czas kosztem pieniędzy.
To jest proste równanie. Można być naprawdę niezłym ale tylko w jednej sferze naraz.
Jeśli człowiek będzie próbował jednocześnie być perfekcyjną panią domu i niezastąpionym pracownikiem ale wszystko tylko po połowie to nic z tego nie wyjdzie. W moim przypadku wybrałam czas dla siebie i rodziny oraz pracę na nie więcej niż pół etatu. Taki budżet mi wystarcza, mam na wszystko czas i jeśli następuje kolizja dom/praca to praca przegrywa. To mój świadomy wybór i żyje mi się z tym naprawdę dobrze
Hmmm to ja się chyba wyłamie. Pół roku temu wróciłam do pracy po macierzyńskim i to była najlepsza decyzja. Z dzieckiem w domu było fajnie, na wszystko miałam czas itp., ale brakowało mi kontaktu z dorosłymi ludźmi, zajęcia ktore zaangażuje mózg. W domu czułam że glupieje, że robię ciągle tylko pranie, gotowanie, sprzątanie i w ogóle nie muszę myśleć. To było straszne. Odkąd wróciłam do pracy odzyskałam pewność siebie, jestem szczesliwsza. Fakt, zakupy itp. robimy z wywieszonym jęzorem, ale wszystko to kwestia organizacji. Obiady planuje na tydzień, w sobotę kupuje mieso, warzywa i pieczywo na cały tydzien, mroze i wyciągam na bieżąco, więc nie tracę w tygodniu czasu na zakupy. A z pracy czasami szkoda mi wychodzić i 8 godzin mija mi jak dwie godziny,ale fakt że bardzo lubię swoją pracę. Dziwią mnie trochę teksty o tym, że patrzycie w pracy na zegarek i odliczacie minuty do końca pracy, bo ja w pracy jestem zajęta i raczej jestem w szoku że już tak późno niż odliczam minuty do końca.
Żeby nie było, kocham moją rodzine, lubię spędzać z nimi czas, ale muszę też realizować się poza domem, w czymś co umiem i lubię, choć była że fizycznie jestem wypompowana i np. nie mam siły na żaden fitness.
Może po prostu nie trafilyscie jeszcze na pracę, która będzie was jarać?
Żeby nie było, kocham moją rodzine, lubię spędzać z nimi czas, ale muszę też realizować się poza domem, w czymś co umiem i lubię, choć była że fizycznie jestem wypompowana i np. nie mam siły na żaden fitness.
Może po prostu nie trafilyscie jeszcze na pracę, która będzie was jarać?
No i o to chodzi, żeby każdy miał wybór i mógł żyć tak jak mu to pasuje.
Ja na macierzyńskim zaczęłam naukę nowego języka, rozszerzyłam uprawnienia na dziwne pojazdy oraz załatwiłam sobie darmowy kurs zawodowy. Do każdego zobowiązania podchodzę poważnie, do tego jak praca jest fajna i absorbujaca to już koniec. Przepadam. Siedziałam w pracy po 10 i więcej godzin, do tego darmowe dyzury pod telefonem, aż doszło do mnie że firma to wykorzystuje i nie jest z tych które takie mocne zaangażowanie w pracę odpowiednio wynagradza. Kontakt z ludźmi i zadowolenie z pracy jest ważne ale nie najważniejsze. Potem dłuższą przerwę zawodową wymusiła choroba. Zmusiła mnie do zwolnienia tempa, i wyboru na co poświęcę swój czas i energię.
Praca może być pasją i może być najfajniejsza na świecie ale jak proponują mi za nią mniej niż płaci się niani czy sprzątaczce to gdzie jest dla mnie biznes? Za "dziękuję " nic nie kupisz. Nawet niech to będzie i najlepsza praca pod słońcem to moim celem życia nie jest praca, mam inne hobby. Nie oczekuję żeby za hobby ktoś mi płacił ale za konkretną pracę wymagającą więcej niż przecietnie trzeba odpowiednio zapłacić. Dla kontaktów towarzyskich to ja mogę się spotkać z koleżankami na kawie a nie iść do pracy....do pracy chodzę po pieniądze na tę kawę. Za konkretną pracę trzeba dostać konkretną kasę. Nie biorę zleceń poniżej stawki pani do sprzątania więc czasem wolę nie mieć pracy niż pracować za pół darmo. Stać mnie na ten komfort.
Ja na macierzyńskim zaczęłam naukę nowego języka, rozszerzyłam uprawnienia na dziwne pojazdy oraz załatwiłam sobie darmowy kurs zawodowy. Do każdego zobowiązania podchodzę poważnie, do tego jak praca jest fajna i absorbujaca to już koniec. Przepadam. Siedziałam w pracy po 10 i więcej godzin, do tego darmowe dyzury pod telefonem, aż doszło do mnie że firma to wykorzystuje i nie jest z tych które takie mocne zaangażowanie w pracę odpowiednio wynagradza. Kontakt z ludźmi i zadowolenie z pracy jest ważne ale nie najważniejsze. Potem dłuższą przerwę zawodową wymusiła choroba. Zmusiła mnie do zwolnienia tempa, i wyboru na co poświęcę swój czas i energię.
Praca może być pasją i może być najfajniejsza na świecie ale jak proponują mi za nią mniej niż płaci się niani czy sprzątaczce to gdzie jest dla mnie biznes? Za "dziękuję " nic nie kupisz. Nawet niech to będzie i najlepsza praca pod słońcem to moim celem życia nie jest praca, mam inne hobby. Nie oczekuję żeby za hobby ktoś mi płacił ale za konkretną pracę wymagającą więcej niż przecietnie trzeba odpowiednio zapłacić. Dla kontaktów towarzyskich to ja mogę się spotkać z koleżankami na kawie a nie iść do pracy....do pracy chodzę po pieniądze na tę kawę. Za konkretną pracę trzeba dostać konkretną kasę. Nie biorę zleceń poniżej stawki pani do sprzątania więc czasem wolę nie mieć pracy niż pracować za pół darmo. Stać mnie na ten komfort.
Moja praca jest mówiąc ogólnikowo świetna, przynajmniej biorąc pod uwagę to co miałam wcześniej. Zarówno pod względem personalnym jak i finansowym, choć może wypłata nie jest jakaś powalajaca, ale znając rynek pracy - jest całkiem dobra jak na obecne warunki. Nie patrzę w pracy na zegarek, nie mam na to czasu. Pracuję z dokumentami, z ludźmi i często jest tak, że 8 godzin mija mi jak z bicza strzelił, a zadań zostaje na następny dzień. I tu jest pies pogrzebany. Po pierwsze po takim dniu jestem tak wykończona psychicznie, że w domu właściwie nie mam już na nic ochoty - chwile odpocznę, zjem obiad, ogarnę jakieś domowe d*perele i właściwie mam juz tylko ochotę iść spać. Okres przedświąteczny był dla mnie polem bitwy. Do tego ilość obowiązków i specyfika mojego stanowiska przekłada się na to, że jest bardzo niewiele okazji, żeby wziąć urlop. W ub. roku byłam na kilku dniach l4 bo okropnie się przeziębiłam i nie byłam w stanie normalnie funkcjonować - ilość papierów i spraw jakie się nagromadziły przez te 3 dni dobiła mnie. Dodam, że nie obijam się, nie mam na to czasu, wszystkie obowiązki i sprawy organizuję tak, żeby jak najszybciej je ogarnąć. Nie mogę pozwolić sobie na zaległości. Sklamałabym, gdybym powiedziała, że umiejętnośc bycia wielozadaniową w jakiś sposob nie daje mi satysfakcji, szkoda tylko że ta super organizacja bierze w łeb, gdy przekraczam próg mieszkania i mam tak naprawdę ochotę usiąść, napić się spokojnie kawy... i mamy już 18, obiad koło 19 i dzień z głowy. Kolejny dzień. I tak w kółko.
Miałam długą przerwę przed podjęciem tej pracy, pracowałam w zupełnie innej branży, która dawała mi dowolność w organizacji czasu praca/dom, z której zrezygnowałam ze względów zdrowotnych. Zrobiłam sobie przerwę na odpoczynek i obawiałam się, czy wracając "na stare śmieci" poradzę sobie. Poradziłam. Odbudowało to moje poczucie wartości, inni patrzą na mnie "inaczej". Jednak ucierpiały moje relacje ze znajomymi, na których nie mam za bardzo czasu a czasem ochoty, przerwałam zabawę w rozwijanie mojego hobby jakim było szycie, zrezygnowałam z fitnesu, na którym wcześniej byłam przynajmniej 4x w tygodniu.
Wiem, że się nie zrozumiemy - podziwiam to, że pracujesz i udaje Ci się ogarnąć swoje sprawy i robisz to z optymizmem, znam takie osoby i w duchu bardzo im zazdroszczę. Mnie ta sytuacja przytłacza. Myślałam, że wszystko sobie fajnie zorganizuję, ale od roku nie daję rady.
Praca to nie tylko 8 godzin. Wstaję o 6, bo muszę jeszcze dojechać, gdy wracam jest już 17, tak jak pisałam zazwyczaj jestem zmęczona i koło 22 nie do życia. I mimo satysfakcji z wykonanych zadań, moje zadowolenie z jakości mojego prywatnego zycia leży na łopatach.
Większość czasu zabiera praca. Czas spędzony w pracy, czas jaki trzeba poświęcić na przygotowanie się, na dojazdy plus samopoczucie, jakie przynosisz do domu gdy wiesz, że doba nie jest z gumy i znowu nie zrobisz tego, na co masz ochotę. Tak na prawdę żyjemy po to, żeby pracować a nasze sprawy prywatne są tylko dodatkiem.
Szczerze mówiąc od jakiegos czasu mam zamiar zrezygnować, zająć sie sobą, nami,naszymi sprawami. O ile wcześniej przejmowałam się tym, że rodzice będą gadać, że znajomi będą krzywo patrzeć o tyle teraz mam juz tak serdecznie dość tego stanu w jakim jestem, że jest mi wszystko jedno.
I jeszcze coś - założyłam ten temat nazywając go "nie chce mi się pracować" - to nie jest prawda. Paradoksalnie lubię moją pracę i lubię wyzwania jakie przede mną stawia, nie odpowiada mi natomiast to, że poświęcam jej tyle czasu że właściwie na moje prywatne sprawy nie zostaje za dużo czasu ani energii. Powinnam go raczej nazwać "Mam dobra pracę, ale jestem nieszczęśliwa i sfrustrowana"
Miałam długą przerwę przed podjęciem tej pracy, pracowałam w zupełnie innej branży, która dawała mi dowolność w organizacji czasu praca/dom, z której zrezygnowałam ze względów zdrowotnych. Zrobiłam sobie przerwę na odpoczynek i obawiałam się, czy wracając "na stare śmieci" poradzę sobie. Poradziłam. Odbudowało to moje poczucie wartości, inni patrzą na mnie "inaczej". Jednak ucierpiały moje relacje ze znajomymi, na których nie mam za bardzo czasu a czasem ochoty, przerwałam zabawę w rozwijanie mojego hobby jakim było szycie, zrezygnowałam z fitnesu, na którym wcześniej byłam przynajmniej 4x w tygodniu.
Wiem, że się nie zrozumiemy - podziwiam to, że pracujesz i udaje Ci się ogarnąć swoje sprawy i robisz to z optymizmem, znam takie osoby i w duchu bardzo im zazdroszczę. Mnie ta sytuacja przytłacza. Myślałam, że wszystko sobie fajnie zorganizuję, ale od roku nie daję rady.
Praca to nie tylko 8 godzin. Wstaję o 6, bo muszę jeszcze dojechać, gdy wracam jest już 17, tak jak pisałam zazwyczaj jestem zmęczona i koło 22 nie do życia. I mimo satysfakcji z wykonanych zadań, moje zadowolenie z jakości mojego prywatnego zycia leży na łopatach.
Większość czasu zabiera praca. Czas spędzony w pracy, czas jaki trzeba poświęcić na przygotowanie się, na dojazdy plus samopoczucie, jakie przynosisz do domu gdy wiesz, że doba nie jest z gumy i znowu nie zrobisz tego, na co masz ochotę. Tak na prawdę żyjemy po to, żeby pracować a nasze sprawy prywatne są tylko dodatkiem.
Szczerze mówiąc od jakiegos czasu mam zamiar zrezygnować, zająć sie sobą, nami,naszymi sprawami. O ile wcześniej przejmowałam się tym, że rodzice będą gadać, że znajomi będą krzywo patrzeć o tyle teraz mam juz tak serdecznie dość tego stanu w jakim jestem, że jest mi wszystko jedno.
I jeszcze coś - założyłam ten temat nazywając go "nie chce mi się pracować" - to nie jest prawda. Paradoksalnie lubię moją pracę i lubię wyzwania jakie przede mną stawia, nie odpowiada mi natomiast to, że poświęcam jej tyle czasu że właściwie na moje prywatne sprawy nie zostaje za dużo czasu ani energii. Powinnam go raczej nazwać "Mam dobra pracę, ale jestem nieszczęśliwa i sfrustrowana"
Coś jak w dniu świstaka?
Dzień leci ciurkiem za dniem a ty nie masz czasu żyć? To po co ci ta kasa jak nie masz czasu ani siły by ją wdawać?
W naszym kraju brakuje pracy w niepełnym wymiarze. Może zamiast rzucać fajną robotę warto podzielić się z kimś obowiązkami?
Może uda się zrobić tak byś pracowała z kimś na zmianę w niepełnych godzinach albo co któryś dzień?
Pogadaj z szefem i może weź sobie kogoś na przyuczenie albo po prostu zmiennika.
Słowo klucz "zarządzanie czasem pracy" , "optymalizacja zadań" "delegacja obowiązków "...
MI wygląda trochę na to że twojej pracy jest ciut za dużo jak na jedną osobę
nikt na dłuższą metę nie utrzyma wydajności 120%, praca powinna być obliczona na nax 80% obciążenia
Może są obowiązki których możesz się pozbyć albo procesy które można zautomatyzować...
Kto nie kombinuje ten nie żyje :)
Dzień leci ciurkiem za dniem a ty nie masz czasu żyć? To po co ci ta kasa jak nie masz czasu ani siły by ją wdawać?
W naszym kraju brakuje pracy w niepełnym wymiarze. Może zamiast rzucać fajną robotę warto podzielić się z kimś obowiązkami?
Może uda się zrobić tak byś pracowała z kimś na zmianę w niepełnych godzinach albo co któryś dzień?
Pogadaj z szefem i może weź sobie kogoś na przyuczenie albo po prostu zmiennika.
Słowo klucz "zarządzanie czasem pracy" , "optymalizacja zadań" "delegacja obowiązków "...
MI wygląda trochę na to że twojej pracy jest ciut za dużo jak na jedną osobę
nikt na dłuższą metę nie utrzyma wydajności 120%, praca powinna być obliczona na nax 80% obciążenia
Może są obowiązki których możesz się pozbyć albo procesy które można zautomatyzować...
Kto nie kombinuje ten nie żyje :)
Może patrzysz na to nieco inaczej, bo jesteś świeżo upieczoną mamą i jak wiele z nich marzysz o wyrwaniu się do "dorosłych" to jest normalne. Też tak miałam, ale lata mijają, i z wiekiem zaczyna odczuwać się zmęczenie, nawet w tej ulubionej pracy są dni że przez to zmęczenie właśnie zaczynasz odliczać czas do wyjścia i myślisz, że w domu czeka 12 latek, który jest sam zanim wrócisz z roboty, kiedy nie masz czasu na zakupy w weekend bo nadrabiasz lekcje z dzieckiem. Owszem pracę można zmienić, tyle że i tak w każdej jest zapiernicz godzinowo podobny, i znów zostaje brak czasu na rodzinę, i swoje pasje. A chyba nie o to chodzi.
W moim przypadku praca na pół etatu jest niemożliwa, za małe pieniądze przy 4osobowej rodzinie, kredycie na mieszkanie i samochód.
W moim przypadku praca na pół etatu jest niemożliwa, za małe pieniądze przy 4osobowej rodzinie, kredycie na mieszkanie i samochód.
No i tu jest pies pogrzebany. Nie ma za dużej dowolności w poszukiwaniu pracy, a raczej w możliwościach jej zdobycia. Sama szukałam ponad pół roku, zanim znalazłam coś godnego uwagi, gdzie zaproponowano mi etat. Do tego zazwyczaj stawka bazowa jest takiej wysokości, że jej obniżenie przez przejście na cześć etatu właściwie jest nieopłacalne. Poza tym, najpierw trzeba dostać zgodę na niepełny etat.
Nie jest łatwo gdy są zobowiazania
Nie jest łatwo gdy są zobowiazania
Życie to sztuka wyboru. Ograniczając etat rezygnowalam z nowego samochodu ale dzięki temu mam czas dla siebie i rodziny
Odeszła spora rata na sam samochód i częściowo spadły koszty odjazdu w moim przypadku
Jeśli stawka jest na tyle niska że nie opłaca się na część etatu to może warto przemyśleć czy opłacalność pracy bierze się z pracy czy z wypracowanych godzin. To samo 100 zł można zarobić pracując 10h po 10 zł ale można to samo zarobić to samo w 5h po 20 zł.
Moim zdaniem trzeba nauczyć pracować się mądrze a nie ciężko...I że rozwój osobisty jest warty tyle, ile pieniędzy można z niego mieć, bo sama nauka dla samego rozwoju prowadzi do nikąd jeśli nie idą za tym odpowiednie benefity i możliwości
Odeszła spora rata na sam samochód i częściowo spadły koszty odjazdu w moim przypadku
Jeśli stawka jest na tyle niska że nie opłaca się na część etatu to może warto przemyśleć czy opłacalność pracy bierze się z pracy czy z wypracowanych godzin. To samo 100 zł można zarobić pracując 10h po 10 zł ale można to samo zarobić to samo w 5h po 20 zł.
Moim zdaniem trzeba nauczyć pracować się mądrze a nie ciężko...I że rozwój osobisty jest warty tyle, ile pieniędzy można z niego mieć, bo sama nauka dla samego rozwoju prowadzi do nikąd jeśli nie idą za tym odpowiednie benefity i możliwości
No pewnie, ale powiem Ci ze próbowałam już kilka razy robić podchody do zmiany stylu życia-ogarnąć wcześniej obiad na dwa dni, spróbować wyjść zamiast siedzieć w domu, ale zazwyczaj kończyło się to tak samo. Chyba blokuje mnie złość i jakaś taka frustracja, ze wywieszony jęzor to teraz jedyna opcja. O 22 zazwyczaj jestem nie do życia. Wiec tego czasu po pracy za dużo znowu nie ma, raptem 5h.
Gdy kilka miesięcy temu wzięłam jeden dzień wolnego w listopadzie za 11.11-pamietam jaka byłam szczęśliwa, bo mogłam iść o sensownej godzinie do sklepu zrobić zakupy-wszystko tam było ładnie poukładane, warzywa i owoce nie przebrane, niczego nie brakowało...jeszcze miałam czas żeby ogarnąć sobie domowe spa i skoczyć na spacer. W normalnym tygodniu kiepsko z takimi luksusami. W sklepie wszystko przebrane, trudno dorwać świeże warzywo, w ogóle trudno cokolwiek dorwać, bo produkty są przebrane, brakuje ich często, ludzi full, kolejki do kasy na pół sklepu itd Po powrocie do domu i ogarnięciu domowych i obiadowych spraw rzadko kiedy mam chęć na spacery, fitnessy czy inne cuda.
Rozumiem, ze życie jest kwestią wyborów, ale obecnie są to wybory podporządkowane pracy i nią napędzane. Dlatego postanowiłam porozmawiać w pracy o zmianie etatu. Zobaczymy.
Gdy kilka miesięcy temu wzięłam jeden dzień wolnego w listopadzie za 11.11-pamietam jaka byłam szczęśliwa, bo mogłam iść o sensownej godzinie do sklepu zrobić zakupy-wszystko tam było ładnie poukładane, warzywa i owoce nie przebrane, niczego nie brakowało...jeszcze miałam czas żeby ogarnąć sobie domowe spa i skoczyć na spacer. W normalnym tygodniu kiepsko z takimi luksusami. W sklepie wszystko przebrane, trudno dorwać świeże warzywo, w ogóle trudno cokolwiek dorwać, bo produkty są przebrane, brakuje ich często, ludzi full, kolejki do kasy na pół sklepu itd Po powrocie do domu i ogarnięciu domowych i obiadowych spraw rzadko kiedy mam chęć na spacery, fitnessy czy inne cuda.
Rozumiem, ze życie jest kwestią wyborów, ale obecnie są to wybory podporządkowane pracy i nią napędzane. Dlatego postanowiłam porozmawiać w pracy o zmianie etatu. Zobaczymy.
Nie masz chęci czy nie masz siły?
A może nie ma czasu bo od fitnessu okazują się być ważniejsze inne rzeczy zwiazane z domem lub domownikami?
Czyli znowu przesuwamy przyjemności na dół naszej listy zadań....
Widocznie masz pracę i sklepy bliżej bo u mnie czasu wolnego po obliczeniach zostawało około 3h
Jeśli wstajesz o 6 to o 22 już powinnaś spać. Mi jest potrzebne do normalnego funkcjonowania 9-10h snu na dobę z tym że mam taką właściwość że może być on dzielony np. na dwa razy i jest mi z tym ok. Tyle że to też drastycznie skracało mi dobę w tygodniu i praktycznie wszystko inne musiało być przesunięte na weekend, a jak nie zachowywałam tej ilosci snu na dobę to mi organizm robił bunt i chorował więc suma summarum i tak wyszedł na swoje :p
A może nie ma czasu bo od fitnessu okazują się być ważniejsze inne rzeczy zwiazane z domem lub domownikami?
Czyli znowu przesuwamy przyjemności na dół naszej listy zadań....
Widocznie masz pracę i sklepy bliżej bo u mnie czasu wolnego po obliczeniach zostawało około 3h
Jeśli wstajesz o 6 to o 22 już powinnaś spać. Mi jest potrzebne do normalnego funkcjonowania 9-10h snu na dobę z tym że mam taką właściwość że może być on dzielony np. na dwa razy i jest mi z tym ok. Tyle że to też drastycznie skracało mi dobę w tygodniu i praktycznie wszystko inne musiało być przesunięte na weekend, a jak nie zachowywałam tej ilosci snu na dobę to mi organizm robił bunt i chorował więc suma summarum i tak wyszedł na swoje :p