Widok
Właśnie mamy zdalne nauczanie. W szkole we wtorek było 11 potwierdzonych zakażeń wśród pracowników (w tym 10 nauczycieli). Nie wiadomo co dalej - ilu dojdzie. Dwie klasy na zdalnym nauczaniu. Dzieci pod nadzorem epidemiologicznym(10 dni od ostatniego kontaktu z nauczycielem) - bo mieli kontakt z zakażonymi nauczycielami. Rodzice mogą pracować.
Teraz po ponad miesiącu widać, że kwarantanny i zamknięcia trwają tydzień (10 dni choroby), ale co mnie niepokoi, to fakt, że w szkołach gdzie było więcej przypadków covidu na kwarantannę kierowano poszczególne klasy i nauczycieli, a w szkołach takich jak ZSWiczlino, IXLO, Katolickie przy jednym chorym całe szkoły kierowano na zdalne nauczanie. Brak nauczycieli destabilizuje nauczanie i nawet zmiany planu nic nie dają,a wręcz pogarszają sytuację. Logicznym więc byłoby wprowadzanie zdalnego nauczania,w przypadku gdy nie ma kilku nauczycieli, a chorych na covid uczniów jest więcej niż jeden. Zdalnie nauczyciel na kwarantannie może przecież uczyć bez przeszkód. Jestem za wprowadzeniem: w szkołach bramek z kamerami termowizyjnymi wyłapujących podwyższoną temperaturę u wchodzących, a w przypadku jednego zakażonego w szkole obowiązku zbadania wszystkich uczniów i kadry. Po takich badaniach można byłoby unikać kwarantanny i decyzje Sanepidu byłyby konkretniejsze. Sanepid nawet nie sprawdza, że dzieciaki normalnie po korytarzach chodzą (korytarzy nikt nie wietrzy i co lekcję nie odkaża), że nie ma dystansów, ani maseczek, nawet nauczyciele ich nie noszą, wręcz namawiają do ściągania tych co je mają. Niedługo kolejne wywiadówki, czy przy ponad 4 tyś. wykrytych zakażeń dziennie będą "zdalne", czy jak zwykle pt. kto chce może mieć maseczkę i zachowywać dystans, a kto nie chce też ok.?