Widok
Mnie tam korki nie denerwuja.
Obumarla tkanka drzewna wypelniona azotem, ktora najczesciej atakuje TCA. Jak mozna przez cos takiego sie spoznic?
Kiedys nawet o nich marzylem, taka plantacja korka Quercus Suber w S-W Hiszpanii, albo masowe korki z Portugalii, to sa dopiero ilosci, pomijajac Rzymian bo mimo ze old school, to forma pracochlonna, pomijam cieple rejony morza srodziemnego, pomine korki z wanny, korki ochronne do uszu, korki uliczne, i wszystkie inne korki jakie wyrodukowala ludzka energia.
"Ale, przeciez i tak wiesz o co mi chodzi"
Kiedys nawet o nich marzylem, taka plantacja korka Quercus Suber w S-W Hiszpanii, albo masowe korki z Portugalii, to sa dopiero ilosci, pomijajac Rzymian bo mimo ze old school, to forma pracochlonna, pomijam cieple rejony morza srodziemnego, pomine korki z wanny, korki ochronne do uszu, korki uliczne, i wszystkie inne korki jakie wyrodukowala ludzka energia.
"Ale, przeciez i tak wiesz o co mi chodzi"
w barze
W barze siedzi młody mężczyzna i dziewczyna.
Koleżanka się spieszy? - zagaduje mężczyzna.
Nie, koleżanka się nie spieszy - przekornie odpowiada dziewczyna.
Koleżanka napije się kawy?
Tak, napiję się kawy...
Koleżanka wolna?
Nie, mężatka...
Mężatka? A koleżnka może zadzwonić do domu i
powiedzieć, że
została zgwałcona w barze?
Tak, koleżanka może zadzwonić do domu i powiedzieć, że
ją zgwałcili 10 razy.
10 razy???!!!
Kolega się spieszy?
Koleżanka się spieszy? - zagaduje mężczyzna.
Nie, koleżanka się nie spieszy - przekornie odpowiada dziewczyna.
Koleżanka napije się kawy?
Tak, napiję się kawy...
Koleżanka wolna?
Nie, mężatka...
Mężatka? A koleżnka może zadzwonić do domu i
powiedzieć, że
została zgwałcona w barze?
Tak, koleżanka może zadzwonić do domu i powiedzieć, że
ją zgwałcili 10 razy.
10 razy???!!!
Kolega się spieszy?
Ćma B.
Z tymi blogami to jest tak, że każdy szary człowiek może stać się bohaterem na swojej własnej stronie, być w centrum, to pomaga, zwłaszcza gdy nasze marzenia które chceliśmy zrealizować okazały się nie do zrealizowania. Oczywiście nie we wszystkich przypadkach - w większości. Bo tak naprawdę każdy z nas myśli że jest wyjątkowy (cha, cha) że w końcu mu się uda i pokaże wszystkim (światu) swoją wyjątkowość. Potem przychodzi 40-stka, frustracja, rozczarowanie i nie spełnione marzenia, które przelewamy (sic!) na dzieci, pijemy lub...zakładamy bloga :) Ja ostatnio wszedłem na bloga (uważanego w rankingu za najlepszy) do kolesia który ma raka, zaskoczył mnie swoją postawą, w zasadzie nie jest przejęty swoją chorobą, mało tego, wypowiada sie tak, jakby nie był chory, z poczuciem humoru itd. Co zaowocowało masą odpowiedzi, gratulacji z optymizmu i nie dawania się złemu losowi (wynik: najlepszy blog). Potem jednak pomyślałem, że może to blef, dobra okazja do wyjścia na afisz. W małym stopniu ale jednak. Oczywiście mogę się mylić, ale jeżeli to prawda, to nic mnie już nie zdziwi. Co sie nie robi dla odrobiny sławy.
Wybacz Mamo
Czego Mamie życzyć czy wie kto
bo ja życzę utrzymania "status qo".
moja Mama jest odlotowa
to dzięki niej żyję od nowa.
W szpitalu w Atenach po klinicznej śmierci
nie byłem wyrzucony na śmieci
bo Mama poleciała do Grecji by syna ratować.
( Wybacz Mamo ale ja nie umiem pisać wierszy
sądzę że w skrótach jestem lepszy ).
Grzegorz Rymopis
bo ja życzę utrzymania "status qo".
moja Mama jest odlotowa
to dzięki niej żyję od nowa.
W szpitalu w Atenach po klinicznej śmierci
nie byłem wyrzucony na śmieci
bo Mama poleciała do Grecji by syna ratować.
( Wybacz Mamo ale ja nie umiem pisać wierszy
sądzę że w skrótach jestem lepszy ).
Grzegorz Rymopis
...
"...szło mu się łatwo, plecak był niemal pusty, a trosk nie miał żadnych. cieszył się lasem, pogodą i sobą samym. teraz, kiedy jasnoczerwone słońce świeciło pomiędzy brzozami, a powietrze było rześkie i łagodne, dzień wczorajszy i jutrzejszy wydawały mu się równie odległe..."
tove jansson "opowiadania z doliny muminków"
tove jansson "opowiadania z doliny muminków"
jak co kwartał - mały bełkocik
tu nie ma głębi, nie ma sensu. po prostu pisać mi się chciało, pożonglować wyrazami. ze śmietnika słów, które spadły mi na stół, ułożył się taki, a nie inny tekst. to nie była noc, nie było ani kropli wina, historia jest płytka jak żarnowieckie jezioro, a teoria marna i na szczęście łatwa do podważenia. po za tym szybko się rozmywa.
scenariusze. jest tylko kilka podstawowych scenariuszy i miliony aktorów. przeżywamy te same historie, takie same dylematy, które różnią się jedynie drobnymi szczegółami. innymi współrzędnymi geograficznymi, inną kombinacją liter – inicjałów. trzeba tylko poznać te inne historie. tak mnie to uderzyło, gdy przez jakiś czas czytałam sobie bloga osoby, która mieszka ledwie za kilkoma wzgórzami.
ona nawet nie wie, że „ją” czytam. ja wiem o niej trochę więcej, niż ma odwagę/chęć napisać, bo siadywałam z nią czasami przy jednym knajpianym stole. dawno to było. no więc czytam, a w głowie przewalają się myśli: „ten człowiek? ma tak bardzo podobny epizod w życiu, jak ja? z tego samego fragmentu czasu, z podobnych okoliczności? tak cholernie równoległy, tak zwyczajnie bliski, jak odległość tych kilku wzgórz dzieląca nasze balkony, biurka, nasze lasy??? taki istotny, a zarazem beznadziejny (sensu stricto) kawałek historii, najważniejszy, a zepchnięty na margines. azymut, który został wyznaczony, żeby go jak najszerszym łukiem omijać, choć przyciąga. leitmotiv, który można do upadłego zagłuszać, zamiatać pod dywan, a i tak skubany, w końcu wylezie na wierzch.
i jeszcze temu człowiekowi ścięli ulubione drzewo, jako i mnie ;)
może dzięki temu, że ktoś (autor bloga) to rozrysował po swojemu, ubrał we własne słowa, postawił mnie w sytuacji czytelnika, obserwatora z kosmosu, pozwoliło mi dostrzec, jak absurdalna i patowa to sytuacja. tam widzę, że to bez sensu i łapię się za głowę, i rwę włosy ;) i pukam się w czoło, a u siebie nie widzę…nie łapię, nie rwę, nie pukam ( …się w głowę).
i tak sobie pomyślałam, że może powinnam, jak ten Człowiek Z Bardzo Podobną Historią, zacząć pisać bloga? może by pomogło? czy jestem ostatnią osobą na tym świecie, która tego nie robi? nie oznajmia światu szczegółowo, jak minął jej dzień? i kto siedział w mojej kuchni 26 lutego? i dlaczego serce posiwiało? i że znów dopisał się kolejny odcinek „beznadziejnej historii”?
i że dlaczego życie bez zielonej herbaty, ryżu, imbiru i soi byłoby nieznośne? ;)
o jaką Bardzo Podobną Historię chodziło, nikt się nie dowie, bo nie ma skąd.
Nikt mi też nie napisze „fajny blogasek, wpadnij na mój”, bo nie ma gdzie.
daruję ludzkości tych dodatkowych atrakcji.
to wszystko i tak jest zapisane…
scenariusze. jest tylko kilka podstawowych scenariuszy i miliony aktorów. przeżywamy te same historie, takie same dylematy, które różnią się jedynie drobnymi szczegółami. innymi współrzędnymi geograficznymi, inną kombinacją liter – inicjałów. trzeba tylko poznać te inne historie. tak mnie to uderzyło, gdy przez jakiś czas czytałam sobie bloga osoby, która mieszka ledwie za kilkoma wzgórzami.
ona nawet nie wie, że „ją” czytam. ja wiem o niej trochę więcej, niż ma odwagę/chęć napisać, bo siadywałam z nią czasami przy jednym knajpianym stole. dawno to było. no więc czytam, a w głowie przewalają się myśli: „ten człowiek? ma tak bardzo podobny epizod w życiu, jak ja? z tego samego fragmentu czasu, z podobnych okoliczności? tak cholernie równoległy, tak zwyczajnie bliski, jak odległość tych kilku wzgórz dzieląca nasze balkony, biurka, nasze lasy??? taki istotny, a zarazem beznadziejny (sensu stricto) kawałek historii, najważniejszy, a zepchnięty na margines. azymut, który został wyznaczony, żeby go jak najszerszym łukiem omijać, choć przyciąga. leitmotiv, który można do upadłego zagłuszać, zamiatać pod dywan, a i tak skubany, w końcu wylezie na wierzch.
i jeszcze temu człowiekowi ścięli ulubione drzewo, jako i mnie ;)
może dzięki temu, że ktoś (autor bloga) to rozrysował po swojemu, ubrał we własne słowa, postawił mnie w sytuacji czytelnika, obserwatora z kosmosu, pozwoliło mi dostrzec, jak absurdalna i patowa to sytuacja. tam widzę, że to bez sensu i łapię się za głowę, i rwę włosy ;) i pukam się w czoło, a u siebie nie widzę…nie łapię, nie rwę, nie pukam ( …się w głowę).
i tak sobie pomyślałam, że może powinnam, jak ten Człowiek Z Bardzo Podobną Historią, zacząć pisać bloga? może by pomogło? czy jestem ostatnią osobą na tym świecie, która tego nie robi? nie oznajmia światu szczegółowo, jak minął jej dzień? i kto siedział w mojej kuchni 26 lutego? i dlaczego serce posiwiało? i że znów dopisał się kolejny odcinek „beznadziejnej historii”?
i że dlaczego życie bez zielonej herbaty, ryżu, imbiru i soi byłoby nieznośne? ;)
o jaką Bardzo Podobną Historię chodziło, nikt się nie dowie, bo nie ma skąd.
Nikt mi też nie napisze „fajny blogasek, wpadnij na mój”, bo nie ma gdzie.
daruję ludzkości tych dodatkowych atrakcji.
to wszystko i tak jest zapisane…
Ćmo
Azaliż* bardzo piękne to miłowanie :)
Lubo - było bardziej od tego, że w tym konkretnym czasie gdy pisałam było mi w kontekście bardziej ku przyspieszeniu rytmu katarynkowej melodii, rozpędzony dzień wolno hamował w objęciach szumiącego morzem wieczoru,
I jeszcze zespół Lubo, którym zostałam pewnej (upojnej) nocy brutalnie zindoktrynowana i który jest całkiem całkiem.
Lubię na wpół zapomniane słowa. I lubię odkrywać w nich nowe znaczenia.
*
"Azaliż", niestety, będzie mi się już zawsze kojarzyć z komentarzem Bajki - "a co mam zalizać"? :)
Lubo - było bardziej od tego, że w tym konkretnym czasie gdy pisałam było mi w kontekście bardziej ku przyspieszeniu rytmu katarynkowej melodii, rozpędzony dzień wolno hamował w objęciach szumiącego morzem wieczoru,
I jeszcze zespół Lubo, którym zostałam pewnej (upojnej) nocy brutalnie zindoktrynowana i który jest całkiem całkiem.
Lubię na wpół zapomniane słowa. I lubię odkrywać w nich nowe znaczenia.
*
"Azaliż", niestety, będzie mi się już zawsze kojarzyć z komentarzem Bajki - "a co mam zalizać"? :)