Widok
...
Idę w miasto
Bez wątpienia
Niosę brzemię
Zatracenia
Po chodniku
Płynie skaza
Jak to piętno
Mam wymazać?
Idę w miasto
Jak banita
Przez ulice
Z Bogiem kwita
Gdy ostygną
Łzy haniebne
Po upadku
W grobie legnę
Między gwiazdy płyną serca
Szlakiem niebios w poniewierce
Komuż, komuż dane będzie
Między bogi wnet się wedrzeć
Gwiazdy płaczą
Miasto zdycha
Żadną miarą
Nie oddycha
Brudne mury
Pokolenia
Idę w miasto
Bez wątpienia
Bez wątpienia
Niosę brzemię
Zatracenia
Po chodniku
Płynie skaza
Jak to piętno
Mam wymazać?
Idę w miasto
Jak banita
Przez ulice
Z Bogiem kwita
Gdy ostygną
Łzy haniebne
Po upadku
W grobie legnę
Między gwiazdy płyną serca
Szlakiem niebios w poniewierce
Komuż, komuż dane będzie
Między bogi wnet się wedrzeć
Gwiazdy płaczą
Miasto zdycha
Żadną miarą
Nie oddycha
Brudne mury
Pokolenia
Idę w miasto
Bez wątpienia
...
Zatraciwszy wiarę
Podałem rękę istnieniu
Gdzieś tam, wśród wielu organicznych przyczyn
Schował się świat
I szczeka...
Podówczas podejdę do rzeki
I zatopię w niej brudne od rzeczywistości ręce
Dotykaj mnie nurtem
Spiesz tam, gdzie czas nie pracuje co sekundę
Gdzie śpiew ptaków zagłusza krzyki
Prześladowanych dusz
Gdzie Bóg nie pali papierosów...
I zabierz mnie ze sobą
Podałem rękę istnieniu
Gdzieś tam, wśród wielu organicznych przyczyn
Schował się świat
I szczeka...
Podówczas podejdę do rzeki
I zatopię w niej brudne od rzeczywistości ręce
Dotykaj mnie nurtem
Spiesz tam, gdzie czas nie pracuje co sekundę
Gdzie śpiew ptaków zagłusza krzyki
Prześladowanych dusz
Gdzie Bóg nie pali papierosów...
I zabierz mnie ze sobą
...
Niekiedy czuję się
Jak pod kloszem
Ciężkie wrota drożności umysłowej
Działają dziś na domofon
Zepsuty...
Jestem własnym odbiciem lustrzanym
Taki sam, ale inny
Gubię się w realnych przeciągach
Zamykam w ciasnym sześcianie
Klaustrofobia to wyraz bezsensu
Klaustrofilia...
Popsułem się gdzieś tam w środku, ale jeszcze to naprawię
Kiedy nadejdą jesienne deszcze
Kiedy kelner odbierze talerz
Pozbawiony dokładki
Wtedy nadejdzie czas zmian...
Jak pod kloszem
Ciężkie wrota drożności umysłowej
Działają dziś na domofon
Zepsuty...
Jestem własnym odbiciem lustrzanym
Taki sam, ale inny
Gubię się w realnych przeciągach
Zamykam w ciasnym sześcianie
Klaustrofobia to wyraz bezsensu
Klaustrofilia...
Popsułem się gdzieś tam w środku, ale jeszcze to naprawię
Kiedy nadejdą jesienne deszcze
Kiedy kelner odbierze talerz
Pozbawiony dokładki
Wtedy nadejdzie czas zmian...
...
Uchwycony przelotny puls rozkosznej
Irracjonalnej
Desperacji...
Gdzie podziało się życie?..
Przez boczne okienko
Umyka mi świat
Połykam kolejne metry
Kilometry...
Blada poświata
Emanuje strachem
Czym jestem...?
Szaleńcem? Szaleńcem?
Szaleńcemszaleńcemszaleńcem....???
Prędkość odbiera poczucie
Melancholii...
Dlaczego jesteśmy tak spętani niemocą?
Bo tak chce odwieczne prawo
A gdy zstąpią kohorty bożych sług
By zamknąć ten rozdział
Naszej porozdzieranej księgi
Zwątpię...
Dwieście na godzinę...
Jestem przestępcą...
Irracjonalnej
Desperacji...
Gdzie podziało się życie?..
Przez boczne okienko
Umyka mi świat
Połykam kolejne metry
Kilometry...
Blada poświata
Emanuje strachem
Czym jestem...?
Szaleńcem? Szaleńcem?
Szaleńcemszaleńcemszaleńcem....???
Prędkość odbiera poczucie
Melancholii...
Dlaczego jesteśmy tak spętani niemocą?
Bo tak chce odwieczne prawo
A gdy zstąpią kohorty bożych sług
By zamknąć ten rozdział
Naszej porozdzieranej księgi
Zwątpię...
Dwieście na godzinę...
Jestem przestępcą...
...
I znów zatopieni w mroku współistnienia
Błyskamy ognikami rozkoszy
W świecie pośpiechu i błędnych decyzji
Chłoniemy wzajemnie pot
To miłość się poci...
Szyby drżą
Burza eksploduje gniewem
Bo dość ma już
Bezsensu dmącego od zachodu...
Zagubieni pomiędzy niebem a ziemią
Trwajmy
A przetrwamy
Potrzebę prokreacji...
Błyskamy ognikami rozkoszy
W świecie pośpiechu i błędnych decyzji
Chłoniemy wzajemnie pot
To miłość się poci...
Szyby drżą
Burza eksploduje gniewem
Bo dość ma już
Bezsensu dmącego od zachodu...
Zagubieni pomiędzy niebem a ziemią
Trwajmy
A przetrwamy
Potrzebę prokreacji...