Widok
...
Po Twoich śladach
Jak zwierzę
Jak dzikie stworzenie instynktem wiedzione
Po kroplach deszczu
Węsząc Twój sen
Słysząc Twój oddech
Czując Twój pozostawiony
Na strzępach młodych gałązek
Głos...
Trwam
Zawsze na wyciągnięcie ręki
Schowany przed nocą i dniem
W krainie mojej fantazji
Ścigam Ciebie
Ku wiecznej radości
Trwam
Widzę gwiazdy spacerujące po Twej twarzy
Widzę księżyc ślizgający się po Twym ciele
Widzę deszcz wplątujący się w Twoje włosy
Widzę
Siebie
W
Twoich
Oczach
I
Trwam
By kiedyś zagrać va banque...
Jak zwierzę
Jak dzikie stworzenie instynktem wiedzione
Po kroplach deszczu
Węsząc Twój sen
Słysząc Twój oddech
Czując Twój pozostawiony
Na strzępach młodych gałązek
Głos...
Trwam
Zawsze na wyciągnięcie ręki
Schowany przed nocą i dniem
W krainie mojej fantazji
Ścigam Ciebie
Ku wiecznej radości
Trwam
Widzę gwiazdy spacerujące po Twej twarzy
Widzę księżyc ślizgający się po Twym ciele
Widzę deszcz wplątujący się w Twoje włosy
Widzę
Siebie
W
Twoich
Oczach
I
Trwam
By kiedyś zagrać va banque...
...
Rynny nie są bogami
Pękają
Deszcz niesie pomiędzy atomami
Resztki zwierzęcej świadomości
Łzy...
Istnienie płynie wśród brudów
Szarości
I nędznych perspektyw
Ludzi jak gdyby nigdy nic
Mijają się z rozwagą
Poprzykrywani pelerynami
Torbami i gazetami
Szukają metra kwadratowego
Zadaszonej powierzchni...
Tacy zabiegani
Że nie zauważają
Że życie zostało
Daleko z
Tyłu...
Pękają
Deszcz niesie pomiędzy atomami
Resztki zwierzęcej świadomości
Łzy...
Istnienie płynie wśród brudów
Szarości
I nędznych perspektyw
Ludzi jak gdyby nigdy nic
Mijają się z rozwagą
Poprzykrywani pelerynami
Torbami i gazetami
Szukają metra kwadratowego
Zadaszonej powierzchni...
Tacy zabiegani
Że nie zauważają
Że życie zostało
Daleko z
Tyłu...
...
I znów zatopieni w mroku współistnienia
Błyskamy ognikami rozkoszy
W świecie pośpiechu i błędnych decyzji
Chłoniemy wzajemnie pot
To miłość się poci...
Szyby drżą
Burza eksploduje gniewem
Bo dość ma już
Bezsensu dmącego od zachodu...
Zagubieni pomiędzy niebem a ziemią
Trwajmy
A przetrwamy
Potrzebę prokreacji...
Błyskamy ognikami rozkoszy
W świecie pośpiechu i błędnych decyzji
Chłoniemy wzajemnie pot
To miłość się poci...
Szyby drżą
Burza eksploduje gniewem
Bo dość ma już
Bezsensu dmącego od zachodu...
Zagubieni pomiędzy niebem a ziemią
Trwajmy
A przetrwamy
Potrzebę prokreacji...
...
Uchwycony przelotny puls rozkosznej
Irracjonalnej
Desperacji...
Gdzie podziało się życie?..
Przez boczne okienko
Umyka mi świat
Połykam kolejne metry
Kilometry...
Blada poświata
Emanuje strachem
Czym jestem...?
Szaleńcem? Szaleńcem?
Szaleńcemszaleńcemszaleńcem....???
Prędkość odbiera poczucie
Melancholii...
Dlaczego jesteśmy tak spętani niemocą?
Bo tak chce odwieczne prawo
A gdy zstąpią kohorty bożych sług
By zamknąć ten rozdział
Naszej porozdzieranej księgi
Zwątpię...
Dwieście na godzinę...
Jestem przestępcą...
Irracjonalnej
Desperacji...
Gdzie podziało się życie?..
Przez boczne okienko
Umyka mi świat
Połykam kolejne metry
Kilometry...
Blada poświata
Emanuje strachem
Czym jestem...?
Szaleńcem? Szaleńcem?
Szaleńcemszaleńcemszaleńcem....???
Prędkość odbiera poczucie
Melancholii...
Dlaczego jesteśmy tak spętani niemocą?
Bo tak chce odwieczne prawo
A gdy zstąpią kohorty bożych sług
By zamknąć ten rozdział
Naszej porozdzieranej księgi
Zwątpię...
Dwieście na godzinę...
Jestem przestępcą...
...
Niekiedy czuję się
Jak pod kloszem
Ciężkie wrota drożności umysłowej
Działają dziś na domofon
Zepsuty...
Jestem własnym odbiciem lustrzanym
Taki sam, ale inny
Gubię się w realnych przeciągach
Zamykam w ciasnym sześcianie
Klaustrofobia to wyraz bezsensu
Klaustrofilia...
Popsułem się gdzieś tam w środku, ale jeszcze to naprawię
Kiedy nadejdą jesienne deszcze
Kiedy kelner odbierze talerz
Pozbawiony dokładki
Wtedy nadejdzie czas zmian...
Jak pod kloszem
Ciężkie wrota drożności umysłowej
Działają dziś na domofon
Zepsuty...
Jestem własnym odbiciem lustrzanym
Taki sam, ale inny
Gubię się w realnych przeciągach
Zamykam w ciasnym sześcianie
Klaustrofobia to wyraz bezsensu
Klaustrofilia...
Popsułem się gdzieś tam w środku, ale jeszcze to naprawię
Kiedy nadejdą jesienne deszcze
Kiedy kelner odbierze talerz
Pozbawiony dokładki
Wtedy nadejdzie czas zmian...
...
Zatraciwszy wiarę
Podałem rękę istnieniu
Gdzieś tam, wśród wielu organicznych przyczyn
Schował się świat
I szczeka...
Podówczas podejdę do rzeki
I zatopię w niej brudne od rzeczywistości ręce
Dotykaj mnie nurtem
Spiesz tam, gdzie czas nie pracuje co sekundę
Gdzie śpiew ptaków zagłusza krzyki
Prześladowanych dusz
Gdzie Bóg nie pali papierosów...
I zabierz mnie ze sobą
Podałem rękę istnieniu
Gdzieś tam, wśród wielu organicznych przyczyn
Schował się świat
I szczeka...
Podówczas podejdę do rzeki
I zatopię w niej brudne od rzeczywistości ręce
Dotykaj mnie nurtem
Spiesz tam, gdzie czas nie pracuje co sekundę
Gdzie śpiew ptaków zagłusza krzyki
Prześladowanych dusz
Gdzie Bóg nie pali papierosów...
I zabierz mnie ze sobą
...
Idę w miasto
Bez wątpienia
Niosę brzemię
Zatracenia
Po chodniku
Płynie skaza
Jak to piętno
Mam wymazać?
Idę w miasto
Jak banita
Przez ulice
Z Bogiem kwita
Gdy ostygną
Łzy haniebne
Po upadku
W grobie legnę
Między gwiazdy płyną serca
Szlakiem niebios w poniewierce
Komuż, komuż dane będzie
Między bogi wnet się wedrzeć
Gwiazdy płaczą
Miasto zdycha
Żadną miarą
Nie oddycha
Brudne mury
Pokolenia
Idę w miasto
Bez wątpienia
Bez wątpienia
Niosę brzemię
Zatracenia
Po chodniku
Płynie skaza
Jak to piętno
Mam wymazać?
Idę w miasto
Jak banita
Przez ulice
Z Bogiem kwita
Gdy ostygną
Łzy haniebne
Po upadku
W grobie legnę
Między gwiazdy płyną serca
Szlakiem niebios w poniewierce
Komuż, komuż dane będzie
Między bogi wnet się wedrzeć
Gwiazdy płaczą
Miasto zdycha
Żadną miarą
Nie oddycha
Brudne mury
Pokolenia
Idę w miasto
Bez wątpienia