~Hela
89.71.21.*
(11 lat temu) 28 października 2015 o 10:25
"Zupełnie nie rozumiem, po co wam na sali porodowej potrzebni męzowie, babcie i inne osoby! Dodam jeszcze, że po porodzie straciłam mnóstwo krwi, czekałam na dwie transfuzje a i tak spokojnie sama sobie poradziłam."
Ja również straciłam przy porodzie naturalnym mnóstwo krwi i tylko wizyta męża mnie uratowała (rodziłam poza Trójmiastem, gdzie nie ma problemów z odwiedzinami). Ledwo przechodziłam z łózka do toalety (5-6 metrów w linii prostej), a już miałam zielono w oczach, więc nie było mowy o tym, żebym była wstanie ustać nawet kilkanaście sekund, a co dopiero przewinąć dziecko. Mąż też posprzątał za mnie podłogę, gdy zalałam ją schodząc z łózka (było to niedługo po wizycie salowych, więc poczekałabym na sprzątanie pewnie kilka godzin, a sama nie byłam w stanie tego zrobić). Mąż też wezwał położną, żeby dała mi kroplówki, bo akurat brzęczki nie działały. Z wizytami drugiego tatusia nie miałam problemów, normalnie karmiłyśmy przy ojcach. Gdybym trafiła na współlokatorkę, które przegina z odwiedzinami, najnormalniej w świecie robiłabym awantury.
Mówcie co chcecie, ale ja nie wyobrażam sobie porodu w szpitalu, gdzie nie ma odwiedzin (chociaż taki układ jak jest teraz na Klinicznej przebolałabym). Przy następnej ciąży również będę rozważać poród poza Trójmiastem, jeśli tutaj nic się nie zmieni.
3
15