Widok

Żony marynarzy......

Rodzina i dziecko Temat dostępny też na forum:
właśnie po raz pierwszy wczoraj mój mąż popłynął na kontrakt....zostałam domku z córeczkami 3 latka, a druga 2 tygodnie.....tak wyszło że te 2 tyg po porodzie już musieliśmy się rozstać na 5 miesięcy :(
Kochane jak sobie radzicie jak przetrwać ten czas....czy kolejne dni będą mniej bolesne? Póki co chce mi się płakać bez przerwy....
popieram tę opinię 1 nie zgadzam się z tą opinią 4
Ciekawe ilu mężów na lądzie tak naprawdę pracuje od 8-16?Mój zarabia dobre pieniądze ale wychodzi o 7.30 i wraca o 18,19 .Tak naprawdę wszystkim zajmuję się sama w domu.
popieram tę opinię 2 nie zgadzam się z tą opinią 2
No wlasnie- gdyby kasa była taka sama to co byście wybrały ?pływanie czy stacjonarną pracę od 8 do 16 dla Waszych mężów i ojców Waszych dzieci?
popieram tę opinię 2 nie zgadzam się z tą opinią 0
Pływanie ma tylko jeden plus: KASA.
popieram tę opinię 5 nie zgadzam się z tą opinią 4
wszystko jest do przeżycia, zalezy to tylko od dwojga ludzi.
popieram tę opinię 0 nie zgadzam się z tą opinią 0
Mój mąż równieźż pracuje na morzu. teraz nie wyobrażam sobie innego życia. Kontrakty ma krótkie 3 tyg na 3 tyg. Ani nie zdązymy sie za dużo pokłócić ani też zatęsknić porządnie. Dwójka małych dzieci 69 i 2 latka całkiem dobrze to znosi wiedząc że tatuś przyjedzie i będzie z nimi całymi dniami w domu. Bo jak jest to jest 24h na dobe a nie wychodzi o 7 i wraca na 19 6 dni w tyg. bo w dzisiejszej Polsce żeby godnie zarobić trzeba tak harowac. Oczywiście trzy tyg kiedy go nie ma są ciężki bo ja również pracuje i tzrba rano dzieci porozwozić potem szybko po nie z pracy, jakieś zajęcia dodatk9owe itp. Dodam że niestety nie mam tutaj nikogo do pomocy a daję radę. Tak więc Ty też dasz rade kobiety zawsze były i będą dzielne. Może rzeczywiście 5 mce to duzo ale może sie to szybko zmienić. Dziękować należy Bogu za prace na morzu bo teraz lipa.... Mój mąż zostawił mnie na 3 miechy tydzień po ślubie i dałam radę;P
popieram tę opinię 6 nie zgadzam się z tą opinią 1
Moze i można sie z czasem do wyjazdów przyzwyczaic. Ja pisałam jakie są moje odczucia, tesknota, smutek, ból rozstania, tego nie ma co ukrywac, jest to czesc naszeggo życia, bo mąż tez to przezywa. Ale to nie oznacza oczywiscie, ze siedze i płacze cały kontrakt, nastepnego dnia trzeba isc do pracy. Wielokrotnie rozmawialismy z mezem o ewentualnym rzuceniu pływania i jak którekolwiek z nas nie bedzie dawało rady to tak zrobimy, a na razie jest nam tak dobrze.
Pływanie ma zarówno wiele minusów jak i plusów.
Sadze tez, ze obydwie strony musza miec silny charakter i umiec sobie poradzic samemu jak wymaga tego sytuacja.
Jestesmy szczesliwi w naszym małym swiecie, w którym maz pływa, a ja pracuje na ladzie i nikt mi nie wmówi wyzszosci zwiazków stacjonarnych, to po prostu zalezy od małżonków a nie od ich rodzaju pracy.
popieram tę opinię 5 nie zgadzam się z tą opinią 0
"Ale ja świadomie wyszłam za mąż i zgodziłam się na takie życie" - dlatego jesteś szczęśliwa. Ja też świadomie podejmowałam decyzje o ślubie, życiu razem, wiedziałam jak chcę żyć - dlatego mnie też jest dobrze. To jest chyba podstawa.
Czasami życie może przynieść niespodziewane zmiany w życiu, zmiany w ludziach, jednak jeśli już na starcie mogą być odmienne zapatrywania na życie w takich fundamentalnych sprawach ale nie omówione, nie przegadane razem i jest ślub, to potem łatwiej o rozczarowanie, złość, smutek itd.
Grunt to wiedzieć, czego się chce i znaleźć swoją połówkę, która chce podobnie :)
popieram tę opinię 1 nie zgadzam się z tą opinią 0
"Dla mnie każdy powrót męża jest jak pierwsza randka, motyle w brzuchu, radosne oczekiwanie. Już kilka dni przed zaczynamy przygotowanie, zakupy, ulubiony obiad, nowa sukienka dla małej, bo dla nas to jest święto, cudowny i wyczekany czas kiedy wraca tata, kiedy wraca mąż... ale nie, lepiej usiąść i płakać... "
super to ujęłaś, aż się wzruszyłam, jakbym czytała o sobie, wszystkiego dobrego!
popieram tę opinię 6 nie zgadzam się z tą opinią 0
Ewa, z jedną rzeczą się stanowczo i zdecydowanie nie zgadzam choć w reszcie masz rację ;)

"Jeżeli się prawdziwie kochacie to każdy następny wyjazd jego będzie tak samo bolesny. Jak mój mąż wypływa teraz w morze boli tak samo jak popłynął na pierwszy kontrakt po naszym poznaniu.'' z tym. Dlaczego? Ano dlatego, że moim zdaniem do tego można, oczywiście w pewien sposób, ale przywyknąć, w jakiś sposób przyzwyczaić. I to nie znaczy, że się nie kochamy. Oczywiście nie jest to miłe kiedy mąż dostaje na maila loty na statek. Te powrotne są znacznie przyjemniejsze. I wtedy już jest smutno, nerwowo, oboje już mamy w głowie zakupy, pakowanie, załatwianie ostatnich spraw wspólnie. Ale nie jest to już tak bolesne jak kiedyś. Ja to traktuję jako po prostu wyjazd do pracy, poleci, to wróci. Pierwszy dzień, drugi, pustawo w chałupie, ale potem już jest łatwiej, bo we dwie sobie ogarniamy rzeczywistość. Dla mnie moje podejście jest zdrowe, złośliwi twierdzą, że jestem wyrodną żoną, bo nie płaczę w poduszkę kiedy mąż wylatuje. Ale ja świadomie wyszłam za mąż i zgodziłam się na takie życie. I co więcej, z własnego doświadczenia bycia żoną marynarza, bycia w związku z "lądowym" i obserwacji związków "lądowych" za cholerę bym się nie zamieniła. Właśnie dlatego że nasze życie jest inne, odmienne i my widzimy w tym dużo fajnych stron. Ale to też kwestia charakteru, zaradności, tego czy lubimy siebie i swoje towarzystwo, czy wymagamy non stop obecności drugiej osoby, (nie)zależności i rozumiem, że nie każda kobieta się na to godzi ;)
popieram tę opinię 4 nie zgadzam się z tą opinią 1
All. - ja tez mam podobne poglądy. Jeśli nawet mnie jest lepiej, lżej, przyjemniej, jak mam męża w domu, to tu nie byłabym taka stanowcza. Jednak wiedziałam, że jak będziemy mieć dzieci, to nie ma opcji pracy wyjazdowej. Na szczęście mąż ma takie poglądy jak ja. On nawet wcześniej chciał dzieci niż ja i zawsze powtarzał, że nie wyobraża sobie być od nich z dala.
Nawet na wyjazd służbowy potrafił całą rodzinę wziąć ze sobą. Inni się dziwili, po co mu żona na takim wyjeździe. Ale ona sam to zaproponował. Stwierdził, że wcześniej był już w tym mieście i bardzo chciał mi pokazać jak tam ładnie. Mnie to ucieszyło.
Dobraliśmy się chyba dobrze :)
popieram tę opinię 2 nie zgadzam się z tą opinią 2
Czasy są inne, rzeczywiście. Jednak nie wszystko "kiedyś" było gorsze. Jest jakieś przemieszanie, pewne rzeczy zmieniły się na plus, inne na minus. Kiedyś rodzina, małżeństwo było większą wartością niż teraz. W mentalności ludzi łatwiej się rozstać. Za to teraz cywilizacja daje możliwość świetnej komunikacji. Bez względu na odległość można się nawet widzieć każdego dnia. To na pewno pomaga.
Oprócz tego, że moje osobiste podejście do małżeństwa (ale każdy może mieć inne, swoje) nie dopuszcza do życia na odległość, to tak sobie myślę, że jednak obiektywnie patrząc mogą być sytuacje, że tego drugiego małżonka może brakować fizycznie "tu i teraz". Nie mam na myśli tylko niespodziewanych nieszczęść jak choroba. Dla mnie czas, kiedy dzieci są nastolatkami i przechodzą okres buntu jest momentem, kiedy tego taty może rzeczywiście brakować. A obecne czasy, które dają dużo dobrego i nowego, sprawiają też, że różne pokusy są dla nastolatka na wyciągniecie ręki. Jednemu rodzicowi może być dużo trudniej przez taki czas przejść. To są jednak tylko moje przemyślenia.
popieram tę opinię 1 nie zgadzam się z tą opinią 0
Do Kamyczek123:
Jeżeli się prawdziwie kochacie to każdy następny wyjazd jego będzie tak samo bolesny. Jak mój mąż wypływa teraz w morze boli tak samo jak popłynął na pierwszy kontrakt po naszym poznaniu.
Teraz jest dziecko i jeszcze trudniej dla nas obydwojga. Ale się kochamy bardzo mocno i pływanie tylko wzmacnia nasze małżeństwo. Aby przetrwać musicie być ze sobą szczerzy i obdarzyć się musicie 100% zaufaniem.
Pływanie męża to nie tragedia, jak niektóre Panie tutaj piszą, tylko praca. Jak mój mąż wraca z kontraktu to potem mam go całego da siebie i to przez cały czas jak jest w domu.
A kobieta marynarza musi być silna i samodzielna, bo wielu rzeczą w życiu będzie musiała sprostać samemu.
Obecnie jest dostęp do internetu (maile, skype) i do telefonu, więc kontakt w mężem mamy cały czas.
Nasze życie jest troche inne, ale kochamy siebie bardzo mocno i to jest dla nas najważniejsze i to że mamy w sobie oparcie nawzajem. A nie każde małżeństwo "stacjonarne" może tak o sobie powiedzieć.
Dasz radę ;)))
popieram tę opinię 2 nie zgadzam się z tą opinią 0
Nie rozumiem jednego, dlaczego tak bardzo przywołujecie przykłady swoich rodziców czy dziadków pływających jako wzór. Przecież czasy się zmieniły. Mamy znajomych marynarzy, którzy mają porównanie, bo były czasy kiedy pływał po 7-9 miesięcy, miesiąc w domu i znowu w morzu. Bez kontaktu, bez internetu, bez telefonu, na listach raz na kilka tygodni. A teraz jest zupełnie inaczej. Kontrakty są o wiele krótsze, regularne, jest stały kontakt, zasięg internetowy i komórkowy, a nawet jeśli nie ma zasięgu i nie możemy porozmawiać i widzieć się na skype to jest do dyspozycji telefon statkowy. Nic dziwnego, że dzieci nie pamiętają ojca, skoro jego wtedy naprawdę wiecznie i nigdy nie było, wracał obcy facet i się próbował rządzić. Teraz jest inaczej, moja córka jest jeszcze mała, a pamięta tatę i kiedy wsiada do samochodu jak odbieram męża z lotniska to się cieszy i raduje. Natomiast starsze dzieci naszych znajomych mają swoje sposoby na odliczanie dni do powrotu taty, znają go, pamiętają, bo rozmawiają, bo widzą przez komputer, bo ogromna w tym rola mamy, która mówi i tłumaczy dziecku dlaczego taty nie ma teraz w domu, czym się zajmuje, że wróci i będzie się zajmował, bawił, pomagał, uczył, a nie rządził. To też jest kwestia pozwolenia sobie na takie zachowanie. Ja kiedyś powiedziałam mężowi, na statku może sobie być Kapitanem i samym Panem Bogiem, ale w domu zapomina o tych rządach. I tak samo potrafi złapać za mopa i ścierę, żeby kurze zetrzeć, korona mu z głowy nie spadnie.
popieram tę opinię 6 nie zgadzam się z tą opinią 0
Użytkownik podpisujący się "~:- ~" ma bardzo ciasne poglądy i stwarza tu jakąś g*wnoburzę... Przecież absolutnie normalnym jest, że każdy ma i zna swoje potrzeby i wg nich żyje. Jeśli Tobie, "znaczki" to nie pasuje, że nie wszyscy akceptują styl życia i relacje w związku to może coś jest na rzeczy, może sama wypierasz jakieś swoje potrzeby?

Wychodząc za marynarza mamy mgliste pojęcie jak takie życie będzie wyglądać za 5, 10, 20 lat. Ja poznałam swojego byłego męża gdy szedł na studia, razem byliśmy 13 lat i widziałam jak bardzo się zmienił w swojej drodze do najwyższego stanowiska na statku. Bazuję na własnych doświadczeniach i nikomu nie wciskam "że są laleczkami, które się nad sobą roztkliwiają". Każdy ma wybór i z niego korzysta. ja byłam po jednej jak i po drugiej stronie i mogę powiedzieć jak to wygląda WEDŁUG MNIE - a moje standardy związku są bardzo ścisłe. Spodziewam się dzieci i nie wyobrażam sobie, by nie miały taty, który by je kąpał czy utulał do snu przez 3 czy 4 miesiące.

"znaczki" pisała o tym, jak było kilkadziesiąt lat temu, moja mama jest córką marynarza. Nie miała żadnych wzorców rodziny. Jej matka nie kryła się z tym, że gdyby ojciec nie był marynarzem, to dawno by się rozeszli, chociaż w tych czasach to nie było zbyt popularne. Trwała, bo go nie było. I naprawdę wiele żon marynarzy tak ma - po wielu latach po prostu nie zna swoich mężów, ich drogi się rozchodzą. Siedziałam w tym środowisku, nasłuchałam się.

Pieniądze to nie wszystko, urlopy to nie wszystko.
Ale każdy ma swoją definicję związku, małżeństwa i stosunku do pieniędzy - nie ma co się wykłócać czyja wizja lepsza.
popieram tę opinię 1 nie zgadzam się z tą opinią 3
miało nie być tego "nie" :)
popieram tę opinię 0 nie zgadzam się z tą opinią 0
Tez zauważyłam, że osoba ~:- ~ na każdym wątku musi napisać coś przykrego. Mąż Ci nie dogadza, że masz w sobie tyle jadu?
popieram tę opinię 3 nie zgadzam się z tą opinią 0
Buba, bo jak zaczyna brakować argumentów, albo chociaż pomysłów na konstruktywną polemikę, to nie bezsensownie atakuje, nawet za cenę własnej śmieszności.
popieram tę opinię 3 nie zgadzam się z tą opinią 0
Tak, żyłabym z kaleką. Wtedy nie ja potrzebowałabym wsparcia tylko odwrotnie. Dla mnie na tym polega małżeństwo, że nawzajem sobie pomagamy, jak jest taka potrzeba. Rodzina jest po to, by ze sobą być i w dobrych, i w trudnych momentach. Zwłaszcza jeśli chodzi o męża/żonę, które nie są rodziną z samego faktu urodzenia ale się ich wybrało ze względu na to, jakimi są osobami. Ja wybrałam dobrze więc dlaczego miałabym się odwrócić plecami, jak by było trudniej. I tak, wyobrażam sobie, co znaczy życie z osobą niepełnosprawną. Moja babcia przed śmiercią wiele lat była przykuta do łóżka. Nawet nie wstawała za potrzebą. Nie było pampersów dla dorosłych, hospicjum domowego. Moja mama kilka lat sama pielęgnowała babcię. Ja byłam dzieckiem i nie uczestniczyłam w tym ale mam taki a nie inny wzorzec rodziny wpojony. Rodziny, która się wspiera, pomimo trudności. Mój tata też był niepełnosprawny przed śmiercią. Tu już włączyłam się do pomocy, z pewnymi wyjątkami. Zachował przytomność umysłu do końca, mimo że nie mówił i nie wstawał z łóżka. Pewnie byłoby mu niezręcznie, gdyby córka go pielęgnowała. Najciężej było mojej mamie ale nigdy nie myślała, żeby oddać tatę do hospicjum, mimo że dookoła takie rady słyszała. Ja starałam się jej pomóc jak mogłam. Co więcej, w pewnych sprawach pomagał mój mąż (np. jak trzeba było tatę zanieść na rękach do samochodu), bo ma takie same wartości wyniesione z domu jak ja.
Ja miałam jasno sprecyzowane poglądy na życie. Nie widzę w tym nic złego. Oboje z mężem wiedzieliśmy na co się piszemy. Nie bylo potem rozczarowania, że ta druga połówka ma zupełnie inny pomysł, jak żyć.
popieram tę opinię 2 nie zgadzam się z tą opinią 4
Ja też byłam szczęśliwym dzieckiem, co nie zmienia faktu, że czasami tego taty brakowało. Ale ja byłam tylko dzieckiem bez trosk, zmartwień, większych obowiązków. Wiem, że mojej mamie bardzo brakowało męża w codziennym życiu. Było jej ciężko. Ale zaciskała zęby i sobie radziła. Ja mam do niej ogromny szacunek za to, ale ja nie chcę zaciskać zębów.
Nie twierdziłam, że lekarzom z nieba manna spada. Ale jak miałam sąsiada z tego samego piętra, który w czasie specjalizacji zmienił mieszkanie z takiego małego - 40m2 na takie które ma prawie 100m2, rok później kupił auto dla żony - nowe z salonu, to nikt mi nie wmówi, że tak mało zarabiają. Lekarzom nie żałuję, pielęgniarkom tym bardziej. Oni ratują życie i im się to należy ale nie można udawać, że to są małe pieniądze. Ja wiem, ile płacą szpitale za jeden dyżur - sporo ludzi tyle przez miesiąc nie zarobi.
Ja mam się, jak to napisałaś, ogarnąć w osądach. Ja nikogo nie osądzam. Ja cały czas piszę o własnym zdaniu, własnych potrzebach, planach życiowych i własnej sytuacji. Podkreślałam to kilka razy. No ale trzeba czytać ze zrozumieniem.A przede wszystkim mieć szacunek dla drugiego człowieka. Ty jesteś doktorem ale mój mąż doktorkiem, wg Ciebie. Mnie do głowy by nie przyszło, by tak się do kogoś zwrócić. Jest DOKTOREM nauk technicznych O tytule doktorka jeszcze nie słyszałam a jako prawnik, jestem coś na bieżąco z prawem. No ale ustawa o szkolnictwie wyższym nie leży w kręgu moich zainteresowań, więc mogę nie być na czasie...
I nic mnie w oczy nie kole, bo niby co miałoby to być? Mam w miarę wygodne życie, fajne dzieci, męża zaangażowanego w życie rodzinne. Czego więcej chcieć. Pieniędzy? Jak się ma dużo, to potem człowiek się tylko boi, czy go nie okradną :)
popieram tę opinię 4 nie zgadzam się z tą opinią 3
~:-~ - widzę, że za punkt honoru wzięłaś sobie obrażać ludzi o odmiennym zdaniu niż twoje, bez względu na to, czy ktoś akurat ma taką a nie inną opinię o związkach na odległość czy akurat nie ma ochoty kupować od ciebie używanego wózka za 3 tysiące. Wrzuć na luz, po co tyle jadu i nazywanie ludzi "laleczką" w kilku postach?
popieram tę opinię 4 nie zgadzam się z tą opinią 0

Inne tematy z forum Rodzina i dziecko bez ogłoszeń

Wakacje z dziećmi (124 odpowiedzi)

nie mamy pomysłu na tegoroczne wakacje z dziećmi 5,5 lat i 3 lata byliśmy w zakopanym i...

do góry