Widok
Żony marynarzy......
właśnie po raz pierwszy wczoraj mój mąż popłynął na kontrakt....zostałam domku z córeczkami 3 latka, a druga 2 tygodnie.....tak wyszło że te 2 tyg po porodzie już musieliśmy się rozstać na 5 miesięcy :(
Kochane jak sobie radzicie jak przetrwać ten czas....czy kolejne dni będą mniej bolesne? Póki co chce mi się płakać bez przerwy....
Kochane jak sobie radzicie jak przetrwać ten czas....czy kolejne dni będą mniej bolesne? Póki co chce mi się płakać bez przerwy....
To ile zajmie Ci tęsknota zależy od Twojej wrażliwości. My wytrzymaliśmy półtora roku takiego życia a potem zrezygnowaliśmy z tych pieniędzy, bo nie po to braliśmy ślub i mamy dzieci, żeby żyć osobno w dwóch światach. Mąż ma pracę na miejscu, żyjemy duuużo skromniej ale przynajmniej rodzina jest razem. Twoje dzieci jeszcze malutkie i szybciej się zaadaptują do sytuacji ale nasz syn miał 10 lat i to był dla niego dramat, że taty nie ma.
Ja podobnie jak gula. Wytrzymaliśmy 1,5 roku i stwierdziliśmy że albo się rozchodzimy albo mąż znajduje coś na miejscu nawet jeśli miałyby to być mniejsze pieniądze. Mąż wrócił, znalazł pracę na miejscu za 5 tys.,ja również zaczęłam zarabiać ok. 2,5 tys. i dajemy radę, rodzina w komplecie, dziecko ma tatę i mamę i wszyscy jesteśmy szczęśliwi.
Dokładnie, wszystko zależy od dwóch stron - jak znoszą rozłąkę i tęsknotę.
Mój mąż również pracuje jako marynarz (ma na szczęście krótkie wyprawy, góra 5-6 tygodni) i dzięki Bogu ma możliwość wyboru takich krótkich kontraktów, dzięki czemu dajemy rade :) Najbardziej się boję, że po kilku latach przyzwyczaję się do takiego trybu życia na dłuższą metę w "samotności z dziećmi" i gdy mąż zrezygnuje z tej pracy by powrócić na stałe do nas i normalnej pracy ja nie będę w stanie się odnaleźć...
Mój mąż również pracuje jako marynarz (ma na szczęście krótkie wyprawy, góra 5-6 tygodni) i dzięki Bogu ma możliwość wyboru takich krótkich kontraktów, dzięki czemu dajemy rade :) Najbardziej się boję, że po kilku latach przyzwyczaję się do takiego trybu życia na dłuższą metę w "samotności z dziećmi" i gdy mąż zrezygnuje z tej pracy by powrócić na stałe do nas i normalnej pracy ja nie będę w stanie się odnaleźć...
Mój mąż pływa od ponad 3 lat, różne kontrakty bywały, i 5,5 miesięczne i 2 tygodniowe. Mamy małą córeczkę, nie był przy porodzie, jechałam sama na cc, wychodziłam ze szpitala sama, dzięki Bogu miałam mamę, bo inaczej nie wiem jak dałabym radę. Jest różnie, bywa ciężko, ale myślę, że naszym Marynarzom jest znacznie ciężej i gorzej. My mamy znajomych, rodzinę, dzieci, a oni są sami, daleko od domu, w niebezpiecznej pracy. Skoro się zdecydował na taki zawód, ja to akceptuję i wspieram. Staramy się skupiać na pozytywach pływania, a nie negatywach i jakoś to się kręci ;)
Mój mąż jest synem marynarza. Przez wiele lat miałam okazję słuchać i jednej i drugiej strony, ostatnią rzeczą na jaką bym się zgodziła, to taka forma rodziny. Teść prawie z dumą opowiada, jak to własny syn go nie poznawał bo tatuś wyjeżdżał na pół roku. Dla takiego małego dziecka to wieczność, obcy człowiek. Potem, w wieku nastoletnim jak stary wracał to zaczynał się rządzić żeby nadrobić stracony czas. Teściowa też biedna kobieta, całe życie sama z dwójką dzieci, ze wszystkim musiała sobie radzić sama. I co z tego, że pieniądze duże, jak relacje w rodzinie przez taką pracę skrzywione mocno, żadne z dzieci nie ma dziś dobrego kontaktu z ojcem. Jak dla mnie - nie warto.
Byłam żoną marynarza 6 lat... Na szczęście nie mieliśmy dzieci... Każdy związek jest inny, ale tego typu jest bardzo wymagający... Ja sobie radziłam tym, że miałam swoich znajomych, swoje pasje i swoje życie. Oczywiście on też, więc nasze drogi z czasem zaczęły się rozchodzić. W każdym aspekcie. Co z tego, że mogliśmy sobie pozwolić na drogie zagraniczne wycieczki, luksusowy dom i sprzęty, jak mijaliśmy się, aż w końcu on poznał jakąś filipinkę na statku a ja odeszłam - teraz jestem w szczęśliwym związki i chociaż nie stać nas nawet w 1/3 tego, co miałam kiedyś, to wiem, że jak zapłaczę to przyjdzie ktoś, kto mnie przytuli...
Mam nadzieję, że Wam się lepiej powiedzie.
Mam nadzieję, że Wam się lepiej powiedzie.
każdy związek może się rozpaść...i ten gdzie mąż wybywa na dlugie miesiące i taki gdzie ludzie są ze sobą codziennie...
Znam wiele par gdzie mąż pływa a żona zostaje z dziecmi w domu..radzą sobie..owszem pojawiają się problemy ale pytanie kto ich nie ma?
matka na czas nieobecnosci meza musi byc zarazem ojcem jak i matka...ale za to jak mąż wraca to ten czas ktory spedza na lądzie może w 100% poswiecic rodzinie..
Jak moj syn mial 3 tygodnie to mąż wypłynął na 3 miesiące..na poczaku płakałam tak jak Ty..ale teraz jak na to patrze to chyba zwalam to na hormony pociążowe ;) po dwuch, trzech tygodniach wszytsko sobie ładnie poukładałam i było dobrze..fajniejest tesknic za kimś wiedząc ze ta osoba kocha i też ma te same uczucia...a w dobie Internetu jest łatwiej...moża rozmawiać na SKYPIe czy pisać smsy.. bedzie dobrze!!
nastaw sie pozytywnie.
Znam wiele par gdzie mąż pływa a żona zostaje z dziecmi w domu..radzą sobie..owszem pojawiają się problemy ale pytanie kto ich nie ma?
matka na czas nieobecnosci meza musi byc zarazem ojcem jak i matka...ale za to jak mąż wraca to ten czas ktory spedza na lądzie może w 100% poswiecic rodzinie..
Jak moj syn mial 3 tygodnie to mąż wypłynął na 3 miesiące..na poczaku płakałam tak jak Ty..ale teraz jak na to patrze to chyba zwalam to na hormony pociążowe ;) po dwuch, trzech tygodniach wszytsko sobie ładnie poukładałam i było dobrze..fajniejest tesknic za kimś wiedząc ze ta osoba kocha i też ma te same uczucia...a w dobie Internetu jest łatwiej...moża rozmawiać na SKYPIe czy pisać smsy.. bedzie dobrze!!
nastaw sie pozytywnie.
A ja zastanawiam się dlaczego mam minusy za swoją wypowiedź wyżej :P :P czy dlatego że nie siedzę w 4 ścianach i nie wyję do sufitu, że mąż wyjechał do pracy? Czy dlatego że szukamy i widzimy pozytywy w jego pływaniu? Czy dlatego że jego wyjazd nie jest tragedią? W dzisiejszych czasach wiele ludzi pracuje za granicą i nie musi być to marynarz. I spędzają jeszcze mniej czasu ze swoimi rodzinami. A my wykorzystujemy czas kiedy On jest w domu maksymalnie, nie nudzimy się sobą, tęsknimy, czekamy, cieszymy się powrotami.
Widzę, że ludzie lubią robić z siebie ofiary losu i płakać nad swoim nieszczęśliwym żywotem, porzuconej samotnej żony, którą marynarz zostawia i płynie na długie tygodnie lub miesiące. A złośliwie bądź nie, "widziały gały co brały" więc po co płakać? Wykorzystać czas w samotności dla siebie, poukładać sobie swoją rzeczywistość i ... czekać ;)
Widzę, że ludzie lubią robić z siebie ofiary losu i płakać nad swoim nieszczęśliwym żywotem, porzuconej samotnej żony, którą marynarz zostawia i płynie na długie tygodnie lub miesiące. A złośliwie bądź nie, "widziały gały co brały" więc po co płakać? Wykorzystać czas w samotności dla siebie, poukładać sobie swoją rzeczywistość i ... czekać ;)
popieram marynarke, tez uwazam, ze co ma sie rozpasc to sie i tak rozpadnie, a plywanie tu nie ma nic do rzeczy. ale zawsze to jakas wymowka na to ze zycie sie nie udało. to pewnie kwestia stanowiska na statku, ale jak taki zwykly majtek/mechanik itp fizyczny pracownik statku osiadzie na ladzie, to zakaldam, ze bedzie zachrzanial na 2 etaty zeby byc wydolnym finansowo i tyle jego czasu dla rodziny, dochodzi frustracja, zamartawianie o kase, pretensje, wyrzuty i po ptokach.
Marynarka, ode mnie dostajesz plusa, bo przynajmniej jesteś konsekwentna i nie obnosisz się z rozpaczą i nie oczekujesz od życia, że można zjeść ciastko i mieć ciastko. My z mężem wybraliśmy życie codzienne razem i mniej kasy, bo taki mamy związek, że nie dajemy rady na odległość. Ja chcę mieć męża i ojca dla dzieci na co dzień i wolę takie życie ale za to płacę, bo mam mniej pieniędzy. Ale nie biadolę, że mam mniej pieniędzy, bo jakbym chciała więcej, to mąż znów na morzu. Ty Marynarka nie biadolisz, że nie ma męża przy Tobie ale za to na pewno możesz sobie materialnie pozwolić na więcej niż moja rodzina. Kwestia priorytetów.
A jeżeli chodzi o stałość związku, to chyba dyskusja jest bezprzedmiotowa, bo wg mnie nie chodzi o stałość związku, która jest niezależna od tego czy mąż pływa czy nie, tylko chodzi o to jak małżeństwo wygląda na co dzień. W rodzinach marynarzy małżeństwo jest niestety ułomne, bo razem się tylko bywa a w perspektywie jest rozstanie na czas rejsu.
A jeżeli chodzi o stałość związku, to chyba dyskusja jest bezprzedmiotowa, bo wg mnie nie chodzi o stałość związku, która jest niezależna od tego czy mąż pływa czy nie, tylko chodzi o to jak małżeństwo wygląda na co dzień. W rodzinach marynarzy małżeństwo jest niestety ułomne, bo razem się tylko bywa a w perspektywie jest rozstanie na czas rejsu.
ja tam nie rozumiem idei minusowania czy plusowania komentarzy, każdy ma swoje poglądy i trzeba to uszanować :)
Ja też nie biedole, mnie się żyje teraz bardzo dobrze - bo moim priorytetem jest wsparcie a tego niestety nie uświadczyłam w związku z marynarzem. Nie mniej, tamten związek dużo wniósł w moje życie.
Ja też nie biedole, mnie się żyje teraz bardzo dobrze - bo moim priorytetem jest wsparcie a tego niestety nie uświadczyłam w związku z marynarzem. Nie mniej, tamten związek dużo wniósł w moje życie.
Każdy związek może się rozpaść, to fakt. Jednak długotrwała rozłąka bardzo temu sprzyja. Czasami może się udać zachować więź ale jest duże ryzyko, że taka więź ulegnie osłabieniu. Każde z małżonków ma inne codzienne obowiązki, problemy - z czasem drogi mogą się po prostu rozejść a ludzie od siebie odzwyczaić, zaczyna brakować wspólnych tematów do rozmowy. Wcale nie musi tu być czyjaś wina, po prostu takie życie. Są małżeństwa, które takie marynarskie życie przetrwały wiele lat. Jednak te małżeństwa były zawierane ileś lat temu, kiedy w mentalności ludzkiej nie było łatwo zdecydować o rozwodzie, kiedy ludziom chciało się walczyć o związek. Czasy się zmieniły. Teraz ludziom łatwiej podjąć decyzję o rozstaniu, jak coś się złego dzieje. Znam małżeństwa marynarskie, które przetrwały ale też znam takie, gdzie nie wyszło i to po prawie 30 latach. Okazało się, że tak naprawdę żyli obok siebie, a każde z nich miał zbudowany własny świat. Znam też taki związek, który już się rozpadał, już niektórzy postawili na nim krzyżyk. Małżonkowie postanowili, że koniec z życiem osobno i przetrwali.
To też jest kwestia charakteru małżonków. Jeden nie będzie umiał zrezygnować z luksusów a drugi nie będzie potrafił żyć w pojedynkę. Z tym nie ma co polemizować. Jednak wg mnie, jeśli są dzieci, to zawsze lepiej dla nich, jak rodzice są na miejscu. Ani ojciec, ani matka nie staną się jednocześnie jednym i drugim. Każde z rodziców ma swoje miejsce w życiu dziecka i ono obojga potrzebuje.
Ja na pewno nie zgodziłabym się na małżeństwo marynarskie. Ale jak to ktoś trafnie napisał: "widziały gały co brały". Mój mąż ma taki zawód, że mógłby wyjeżdżać. Byłyby wtedy większe pieniądze. Jeszcze przed ślubem mieliśmy te kwestie ustalone, że po to bierzemy ślub, by być razem. Nie stać nas na luksusowe wakacje w Meksyku ale w Europie już tak. I to nam wystarczy. Jednak jak trzeba dzielić trudy dnia codziennego, czasami nieprzewidywalne (a mogą być przeróżne, chore dziecko, pomoc w lekcjach, samemu można zachorować), to mam z kim. Dla mnie to też jest jakiś luksus. A dzieci mają z tatą świetny kontakt. Teraz, kiedy dzieci są już starsze, zdarza się mężowi wyjechać na dwa, trzy dni. Dzieci autentycznie tęsknią i widać, że im taty brakuje. Są sprawy, z którymi przychodzą do mnie, ale są też takie, przy których tata musi być.
To też jest kwestia charakteru małżonków. Jeden nie będzie umiał zrezygnować z luksusów a drugi nie będzie potrafił żyć w pojedynkę. Z tym nie ma co polemizować. Jednak wg mnie, jeśli są dzieci, to zawsze lepiej dla nich, jak rodzice są na miejscu. Ani ojciec, ani matka nie staną się jednocześnie jednym i drugim. Każde z rodziców ma swoje miejsce w życiu dziecka i ono obojga potrzebuje.
Ja na pewno nie zgodziłabym się na małżeństwo marynarskie. Ale jak to ktoś trafnie napisał: "widziały gały co brały". Mój mąż ma taki zawód, że mógłby wyjeżdżać. Byłyby wtedy większe pieniądze. Jeszcze przed ślubem mieliśmy te kwestie ustalone, że po to bierzemy ślub, by być razem. Nie stać nas na luksusowe wakacje w Meksyku ale w Europie już tak. I to nam wystarczy. Jednak jak trzeba dzielić trudy dnia codziennego, czasami nieprzewidywalne (a mogą być przeróżne, chore dziecko, pomoc w lekcjach, samemu można zachorować), to mam z kim. Dla mnie to też jest jakiś luksus. A dzieci mają z tatą świetny kontakt. Teraz, kiedy dzieci są już starsze, zdarza się mężowi wyjechać na dwa, trzy dni. Dzieci autentycznie tęsknią i widać, że im taty brakuje. Są sprawy, z którymi przychodzą do mnie, ale są też takie, przy których tata musi być.
Ja nie rozumiem czegoś takiego . Nie wyobrażam sobie takiego życia mąż gdzieś tam - ja tu. Nie rozumiem ,po co w takim razie ktoś zakłada rodzinę .Po to żeby dzieci widziec co 5 miesięcy ? Żeby żonę przytulić co pół roku? Nie, ja stanowczo nie nadawałabym bym się na takie życie . Fakt , pieniążki są większe ale czy to naprawdę jest tego warte ? Ja zdecydowanie wolę mieć troszke mniej pieniędzy ale mieć męża w domu , widzieć jak codziennie tuli dziewczynki do snu . Tak po prostu . Oczywiście każdy robi jak mu lepiej.
Mierzi mnie wszelkiego rodzaju pierd...lenie.
Sama jestem marynarzem i spędziłam kawałek pięknego życia na morzu.
Jestem z pokolenia wychowanego przez podwórko, z kluczem na szyji więc mi nie wciskajcie pierd, że o miłości do dzieci świadczy ilość porannych pożegnań i wieczornych powitań, szczególnie w dzisiejszych czasach gonitwy o wszystko, do której włączone są i dzieci ( już od urodzenia). Dzięki Miłości Rodziców, dziś sama wiem jak Kochać moje Dzieci.
Od człowieka zależy w jaki sposób postrzega swoje położenie. Jeden z bidy luksus i szczęście ukręci, inny na dwie ręcę, pełne chleba będzie marudził, że mu ciężko.
Czasy mamy piękne i wszystko w nich możliwe. Kontrakty już nie po kilka m- cy a po 2 - 4 tyg.
Wolna wola! Wybór szczery i już wiesz czego chcesz. Wiedzieć czego się chce to 99 sukcesu.
Dziś płaczesz Droga i to nad nieznanym (pierwszy raz) płaczesz.
Ty musisz być jak skała, jak latarnia, której nigdy światła nie zabraknie żeby Twój chłopak zawsze drogę do domu znalazł. Przed Tobą radość powitania, sprawdzian i poznanie siebie. Poznanie to droga do prawdy o Tobie.
Popłacz sobie i westchnij w myśli do św. Mikołaja żeby Ci lepszą stronę sytuacji pokazał. Ciesz się dziećmi i pamiętaj, że Twój mąż po wsparcie do Ciebie będzie się zwracał. Przed Tobą ciekawa lekcja. Korzystaj i Powodzenia!
Sama jestem marynarzem i spędziłam kawałek pięknego życia na morzu.
Jestem z pokolenia wychowanego przez podwórko, z kluczem na szyji więc mi nie wciskajcie pierd, że o miłości do dzieci świadczy ilość porannych pożegnań i wieczornych powitań, szczególnie w dzisiejszych czasach gonitwy o wszystko, do której włączone są i dzieci ( już od urodzenia). Dzięki Miłości Rodziców, dziś sama wiem jak Kochać moje Dzieci.
Od człowieka zależy w jaki sposób postrzega swoje położenie. Jeden z bidy luksus i szczęście ukręci, inny na dwie ręcę, pełne chleba będzie marudził, że mu ciężko.
Czasy mamy piękne i wszystko w nich możliwe. Kontrakty już nie po kilka m- cy a po 2 - 4 tyg.
Wolna wola! Wybór szczery i już wiesz czego chcesz. Wiedzieć czego się chce to 99 sukcesu.
Dziś płaczesz Droga i to nad nieznanym (pierwszy raz) płaczesz.
Ty musisz być jak skała, jak latarnia, której nigdy światła nie zabraknie żeby Twój chłopak zawsze drogę do domu znalazł. Przed Tobą radość powitania, sprawdzian i poznanie siebie. Poznanie to droga do prawdy o Tobie.
Popłacz sobie i westchnij w myśli do św. Mikołaja żeby Ci lepszą stronę sytuacji pokazał. Ciesz się dziećmi i pamiętaj, że Twój mąż po wsparcie do Ciebie będzie się zwracał. Przed Tobą ciekawa lekcja. Korzystaj i Powodzenia!
Chodzi o to, że nie każdy odnajdzie się tak samo w takiej samej sytuacji. Ja bym się nie odnalazła i tyle. Miałam to z mężem obgadane jeszcze przed ślubem. Ja też się wychowywałam z kluczem na szyi. Na dodatek taty nie było w domu. Wyjeżdżał do pracy w poniedziałek rano i wracał w piątek po południu. Tak całe życie zawodowe. Ja innego życia nie znałam. Byłam szczęśliwym dzieckiem. Ale z perspektywy czasu wiem, że takiego życia nie chcę dla swoich dzieci. Do pewnego momentu ojca zastępował mi dziadek. Podobno kiedyś powiedziałam, że dziadka kocham bardziej niż tatę. Nie pamiętam tego, ale tak mogło być. To dziadek czytał bajki, opatrywał stłuczone kolano, przytulał, pocieszał w chorobie. Mama pracowała do 19, Taką miała pracę. Plusem było to, że w każdej chwili mogłam do tej pracy pójść, bo była taka możliwość ze względu na charakter pracy i bliskość domu. Jak dziadka zabrakło, została pustka. Dopiero wtedy odczułam brak taty. Mojej mamie było dużo ciężej. Pamiętam jak potrafiła przysnąć na siedząco w kuchni ze zmęczenia. Radziła sobie ze wszystkim, co w tamtych czasach było trudne. Przed pracą robiła obiad, po pracy kolację, spojrzała na moje lekcje, coś porobiła w domu, w nocy szyła, przerabiała ubrania, bo nic w sklepach nie było. A czasami musiała w nocy stać w kolejce po kawałek mięsa. Rano znowu to samo. Dopiero jak człowiek jest starszy to docenia. Tak, jakby był mój tata codziennie w domu to byłoby jej lepiej, łatwiej i tak zwyczajnie po ludzku przyjemniej. Ale miał taką pracę jaką miał i nie miał możliwości zmiany.
Teraz jest dużo łatwiej, ludziom żyje się wygodniej ale potrzeby są podobne. Nadal potrzeba drugiego człowieka, żeby mieć w nim oparcie, razem dzielić życie. Dzieci nadal potrzebują ojca, zwłaszcza że w obecnych czasach na dorastającego nastolatka czyha więcej pokus niż kiedyś. Wsparcie mamy i taty jest nie do przecenienia.
Teraz jest dużo łatwiej, ludziom żyje się wygodniej ale potrzeby są podobne. Nadal potrzeba drugiego człowieka, żeby mieć w nim oparcie, razem dzielić życie. Dzieci nadal potrzebują ojca, zwłaszcza że w obecnych czasach na dorastającego nastolatka czyha więcej pokus niż kiedyś. Wsparcie mamy i taty jest nie do przecenienia.