Widok
SZUKAM PRACY
WITAM SERDECZNIE
Poszukuję pracy w Trójmieście najchętniej w Sopocie, kocham to miasteczko i jestem sklonny przeprowadzić siętam nawet jutro!!!!
Pozisadam wykształcenie średnie , pracowałem jako kelner za granicą - Irlandia w Hotelu Marriott ***** oraz The Merrion Hotel Dublin *****- Otrzymał tytuł najlepszego hotelu na Świecie na rok 2005 , biegły język angielski - konwersacje, jestem szybko uczącą się młodą osobą (23lata) posiadam samochód , jestem w pełni dyspozycyjny, marzeniem moim jest pracować w pensjonacie , hotelu w Sopocie! Jeżeli tylko ktoś da mi szanse będę bardzo wdzięczny.
P.S.
Posiadam również kapitał może nie jest jakoś kosmicznie duży ale kilkadziesiąt tysiecy - na otwarcie jakiegos lokalu gastronomicznego lub pensjonatu- jeżeli jest ktoś zainteresowany i poszukuje wspólnika to z checia jestem do dyspozyjci.
Pozdrawiam
Arek
Poszukuję pracy w Trójmieście najchętniej w Sopocie, kocham to miasteczko i jestem sklonny przeprowadzić siętam nawet jutro!!!!
Pozisadam wykształcenie średnie , pracowałem jako kelner za granicą - Irlandia w Hotelu Marriott ***** oraz The Merrion Hotel Dublin *****- Otrzymał tytuł najlepszego hotelu na Świecie na rok 2005 , biegły język angielski - konwersacje, jestem szybko uczącą się młodą osobą (23lata) posiadam samochód , jestem w pełni dyspozycyjny, marzeniem moim jest pracować w pensjonacie , hotelu w Sopocie! Jeżeli tylko ktoś da mi szanse będę bardzo wdzięczny.
P.S.
Posiadam również kapitał może nie jest jakoś kosmicznie duży ale kilkadziesiąt tysiecy - na otwarcie jakiegos lokalu gastronomicznego lub pensjonatu- jeżeli jest ktoś zainteresowany i poszukuje wspólnika to z checia jestem do dyspozyjci.
Pozdrawiam
Arek
no!!!kazdy jeno o zarciu i chlaniu mysli...
....a robic nima komu;-)
A WY ADAS ZNOWU KRYTYKANTEM JESTESCIE...widze ze boisz sie, a moze wrecz nie podoba sie wielki wynalazek postempowych czasow jakim sa IZBY WYTRZEZWIEN...a tam to przeciez i odtransportuja i ugoszcza noclegiem...a wrazie potrzeby i prysznic dadzo...i zastrzyk jaki i rozne inne rozne atrakcje...a tu taki jeden z drugim narzeka i mysli tylko jak tu sie wymigac od ugoszczenia w takim szlachetnym przybytku! OJ MARUDNE TE LUDZIE;-)
A WY ADAS ZNOWU KRYTYKANTEM JESTESCIE...widze ze boisz sie, a moze wrecz nie podoba sie wielki wynalazek postempowych czasow jakim sa IZBY WYTRZEZWIEN...a tam to przeciez i odtransportuja i ugoszcza noclegiem...a wrazie potrzeby i prysznic dadzo...i zastrzyk jaki i rozne inne rozne atrakcje...a tu taki jeden z drugim narzeka i mysli tylko jak tu sie wymigac od ugoszczenia w takim szlachetnym przybytku! OJ MARUDNE TE LUDZIE;-)
PZPR - znowu obrazaja nam agentow...
I ZNOWU NASZYM AGENTOM WSADZAJA SZPILKI _ TO NIE LUDZIE, TO WILKI
urazony czlonek PZPR
no posluchajcie i przeczytajcie sami jacy mlodzi ludzie potrafia byc bezczelni. Jak obraza naszych agentow ten caly KALI Kalinowski:
http://kali.net.pl/
http://mp3.wp.pl/ftp/s/13/135557.mp3
Raz pewien lew
Raz pewien lew, czuł dżungli zew,
Miał prawie wszystko cały las stał za nim murem,
Małpy i słoń, knur podał dłoń,
I tylko hiena ostro wlazła mu za skórę.
A był to las, gdzie cały czas,
Zwierzęta grały o ustawy w tym folwarku,
Kto większość miał, ten wszystko brał
A potem dżungla darmozjadów ma na karku.
Lew znał swój ród, czuł mięsa głód,
Wiedząc że wszystko można kupić płacąc sianem,
Przyszedł do hien, bez zbędnych scen,
Zaproponował układ nie był mitomanem.
Za słoną dań, szesnaście bań,
Dostaną hieny prawo do świeżej padliny,
Pójdą na żer, on przejmie ster,
Będzie grał rolę takiej primy - baleriny.
Pecha miał lew, bo hien tych szef,
Taki jąkała co las niepokojem raczył,
Zapytał lwie, ja proszę cię,
Powiedz mi kto cię tutaj przysłał mój grzywaczu.
To dżungli król, tu skoczył gul,
Co obcych dżungli kiedyś był kolaborantem,
Uśmiechnął się, powiedział "lwie,
To co na rybach ci mówiłem śmierdzi kantem."
A szef tych hien, czuł jedną z wen,
Zarejestrował wszystko na taśmowcu grundig,
I jak na złość, ten cwany gość,
Tak po pół roku puścił wieść po całej dżungli.
I zagrzmiał bór, jeleni chór,
I powołano kumisyję ze słoniami,
Lis, kozioł, knur, Havier i gbur,
Przesłuchiwali świnie z dużymi uszami.
I widzisz lwie, ty durny łbie,
Z tej pazerności dzieją takie się teatry,
Najwyższy czas proszę ja was,
Cały ten folwark wygnać hen na cztery wiatry.
urazony czlonek PZPR
no posluchajcie i przeczytajcie sami jacy mlodzi ludzie potrafia byc bezczelni. Jak obraza naszych agentow ten caly KALI Kalinowski:
http://kali.net.pl/
http://mp3.wp.pl/ftp/s/13/135557.mp3
Raz pewien lew
Raz pewien lew, czuł dżungli zew,
Miał prawie wszystko cały las stał za nim murem,
Małpy i słoń, knur podał dłoń,
I tylko hiena ostro wlazła mu za skórę.
A był to las, gdzie cały czas,
Zwierzęta grały o ustawy w tym folwarku,
Kto większość miał, ten wszystko brał
A potem dżungla darmozjadów ma na karku.
Lew znał swój ród, czuł mięsa głód,
Wiedząc że wszystko można kupić płacąc sianem,
Przyszedł do hien, bez zbędnych scen,
Zaproponował układ nie był mitomanem.
Za słoną dań, szesnaście bań,
Dostaną hieny prawo do świeżej padliny,
Pójdą na żer, on przejmie ster,
Będzie grał rolę takiej primy - baleriny.
Pecha miał lew, bo hien tych szef,
Taki jąkała co las niepokojem raczył,
Zapytał lwie, ja proszę cię,
Powiedz mi kto cię tutaj przysłał mój grzywaczu.
To dżungli król, tu skoczył gul,
Co obcych dżungli kiedyś był kolaborantem,
Uśmiechnął się, powiedział "lwie,
To co na rybach ci mówiłem śmierdzi kantem."
A szef tych hien, czuł jedną z wen,
Zarejestrował wszystko na taśmowcu grundig,
I jak na złość, ten cwany gość,
Tak po pół roku puścił wieść po całej dżungli.
I zagrzmiał bór, jeleni chór,
I powołano kumisyję ze słoniami,
Lis, kozioł, knur, Havier i gbur,
Przesłuchiwali świnie z dużymi uszami.
I widzisz lwie, ty durny łbie,
Z tej pazerności dzieją takie się teatry,
Najwyższy czas proszę ja was,
Cały ten folwark wygnać hen na cztery wiatry.
...
dobrze w lesie.
pusto i jasno.
wystarczy odrobina błękitu nad głową,
kilka plam słonecznego światła
osiadłego na śniegu,
rześkiego powietrza
i bezcelowej włóczęgi.
od razu człowiek sobie przypomina
jak pachnie wiosenna łąka,
jak smakuje węgierskie wino w południe
na skraju lasu.
i, że to już niedługo...
pusto i jasno.
wystarczy odrobina błękitu nad głową,
kilka plam słonecznego światła
osiadłego na śniegu,
rześkiego powietrza
i bezcelowej włóczęgi.
od razu człowiek sobie przypomina
jak pachnie wiosenna łąka,
jak smakuje węgierskie wino w południe
na skraju lasu.
i, że to już niedługo...
młynek
Zmagam się z kolejnymi kartkami, przekładam, stronę, stroną przykrywam. Ale dziś jednak wydarzyło się coś dziwnego. Może i wina tego po mojej stronie gdzieś leży, okna chyba nie domknąłem. Zgarbiony ze szkłami w oprawkach, na nosie, który wącha papier siedziałem przy tym starym biurku, które w spadku otrzymałem.
Wiatr nagle oderwał mnie od tekstu wtargnął, do pomieszczenia głośno waląc oknem w ścianę. W jednej chwili ciepło pomieszczenia, pochłonięte zostało przez mróz, przybyły z zewnątrz. Uświadomiłem sobie, że nie czas na wypatrywanie wiosny. Zima przysłała gońca z listem, bym nie zapominał, że moc natury jeszcze w jej rękach spoczywa.
Traf czy po prostu walka między mną a zimą na zewnątrz. Liść wpadł z wiatrem i na książkę upadł. Gdy zdążyłem dotrzeć do okna i chwytając oburącz, zamknąłem je przekręcając klamkę. Usłyszałem jak w drzwiach jeszcze zawiewa. Ktoś jednak do drzwi zapukał, wiedziałem, że książkę na chwilę zamknąć będę musiał, zakładki jednak nie potrzebowałem. Liść w prezencie do kolekcji otrzymałem. Piękna, blond włosa, ubrana w szare spodnie nie dłuższe jak za kolano. W kozakach, z których pończochy pod spodnie wchodziły. Żakiet z kwiatami w kołnierzu, koszula zielonkawa. Z zeszytem w ręku, długopis w zębach przegryzając. Pytała czy kawy się napiję.
Z miłą chęcią w szczególności, że i kawiarnia jest dość blisko gdzie zaciągnąć kogoś można. Ściany oczywiście koloru kawa z mlekiem i kawowe na wpół. Stoliki, przy których dwa krzesła stoją. Na ścianie w ramce projekt centrum pod ziemią. Nie mrowisko, dla ludzi, artystyczne centrum, które powstanie. Dziś espresso i kieliszek wody poproszę. Nie chce cukru, soku i śmietanki. A Ona usiadła nogę na nogę założyła, filiżankę jak na damę, delikatnie w dłoń chwyciła. Zapomniałem o świecie, że gdzieś coś jeszcze jest. Kolejne pytania słyszałem, odpowiadałem, ponownie pytanie padało. Jak tego głosu pięknie się słuchało.
A nie były to sprawy proste. Co stanie się z Rosją, gdy Chiny rozwiną się technologicznie? Gdy pytać będą jak to jest, że z tak wielkiego domu im najliczniejszym tak mały pokój przyznano. Gdy o tym opowiadałem wpatrywałem się w tę kawową ścianę. Myśląc o tych sprawach o Niej myślałem. Dwóch ludzi świat pod przyciskiem windy trzyma, my walczymy z codziennością, upajamy się radością. Jak Gombrowicz podniecamy się podnieceniem.
A mnie oczy szerzej się otwierają, dostrzegam coś jeszcze, czego nigdy dotąd nie widziałem.
Nie wiem czy widzieć nie chciałem, czy specjalnie oczy zamykałem.
Nie jest tak najgorzej, moja towarzyszka nie absorbuje mnie aż tak bardzo. Dostrzegłem wielkie zielone okna w lokalu, w którym siedzimy. A widok to dopiero numer, wielkie lwy, które wodą do kręgu plują. To plan pierwszy dalej katedra. Kto by pomyślał, że już dość późno i wszystko pięknie podświetlone. A w kawiarni, do której klucze w mojej kieszeni, nastrój również intymny kilka małych lampek tylko rozświetla stoliki, by nie odbierać przyjemności dla oka, które maski w kamieniu rzeźbione dostrzega.
Wiatr nagle oderwał mnie od tekstu wtargnął, do pomieszczenia głośno waląc oknem w ścianę. W jednej chwili ciepło pomieszczenia, pochłonięte zostało przez mróz, przybyły z zewnątrz. Uświadomiłem sobie, że nie czas na wypatrywanie wiosny. Zima przysłała gońca z listem, bym nie zapominał, że moc natury jeszcze w jej rękach spoczywa.
Traf czy po prostu walka między mną a zimą na zewnątrz. Liść wpadł z wiatrem i na książkę upadł. Gdy zdążyłem dotrzeć do okna i chwytając oburącz, zamknąłem je przekręcając klamkę. Usłyszałem jak w drzwiach jeszcze zawiewa. Ktoś jednak do drzwi zapukał, wiedziałem, że książkę na chwilę zamknąć będę musiał, zakładki jednak nie potrzebowałem. Liść w prezencie do kolekcji otrzymałem. Piękna, blond włosa, ubrana w szare spodnie nie dłuższe jak za kolano. W kozakach, z których pończochy pod spodnie wchodziły. Żakiet z kwiatami w kołnierzu, koszula zielonkawa. Z zeszytem w ręku, długopis w zębach przegryzając. Pytała czy kawy się napiję.
Z miłą chęcią w szczególności, że i kawiarnia jest dość blisko gdzie zaciągnąć kogoś można. Ściany oczywiście koloru kawa z mlekiem i kawowe na wpół. Stoliki, przy których dwa krzesła stoją. Na ścianie w ramce projekt centrum pod ziemią. Nie mrowisko, dla ludzi, artystyczne centrum, które powstanie. Dziś espresso i kieliszek wody poproszę. Nie chce cukru, soku i śmietanki. A Ona usiadła nogę na nogę założyła, filiżankę jak na damę, delikatnie w dłoń chwyciła. Zapomniałem o świecie, że gdzieś coś jeszcze jest. Kolejne pytania słyszałem, odpowiadałem, ponownie pytanie padało. Jak tego głosu pięknie się słuchało.
A nie były to sprawy proste. Co stanie się z Rosją, gdy Chiny rozwiną się technologicznie? Gdy pytać będą jak to jest, że z tak wielkiego domu im najliczniejszym tak mały pokój przyznano. Gdy o tym opowiadałem wpatrywałem się w tę kawową ścianę. Myśląc o tych sprawach o Niej myślałem. Dwóch ludzi świat pod przyciskiem windy trzyma, my walczymy z codziennością, upajamy się radością. Jak Gombrowicz podniecamy się podnieceniem.
A mnie oczy szerzej się otwierają, dostrzegam coś jeszcze, czego nigdy dotąd nie widziałem.
Nie wiem czy widzieć nie chciałem, czy specjalnie oczy zamykałem.
Nie jest tak najgorzej, moja towarzyszka nie absorbuje mnie aż tak bardzo. Dostrzegłem wielkie zielone okna w lokalu, w którym siedzimy. A widok to dopiero numer, wielkie lwy, które wodą do kręgu plują. To plan pierwszy dalej katedra. Kto by pomyślał, że już dość późno i wszystko pięknie podświetlone. A w kawiarni, do której klucze w mojej kieszeni, nastrój również intymny kilka małych lampek tylko rozświetla stoliki, by nie odbierać przyjemności dla oka, które maski w kamieniu rzeźbione dostrzega.