Widok
super z forum weselnego czytajcie:)
*Teksty z babskiego forum*
Jakie obleśne rzeczy robią faceci?
Na początku było miło i kulturalnie... a teraz jesteśmy prawie dwa lata po
ślubie i po czterech latach znajomości i mój mąż potrafi:
Pierdnąć bez żenady - niby niechcący ale wcześniej mu to się nie zdarzało a
teraz bardzo często.
- Dłubie cały czas w nosie - to już bez krępacji - muszę się drzeć na
niego żeby przestał i to na chwilę pomaga, a jak tylko się nie patrzę
dłubie znowu.
- Miesza sobie w jajkach i drapie się po tyłku długo i namiętnie).
- Rano wącha skarpetki czy się jeszcze nadają do włożenia.
- Nie myje zębów wieczorem tylko rano.
- Rzadko się kąpie (ostatnio 2-3 razy w tygodniu ale bywało że tylko
raz na tydzień). Nie wiem czy mój facet jest jakimś wyjątkiem czy wszyscy
tak z czasem mają że przestają dbać o siebie i o to czy są przyjemni
dla otoczenia...
*****
Mój mąż:
1. Pierdzi cały czas, najbardziej wieczorem i w nocy pod kołdrą, fuuuuujjjj
i ja musze spać w tym smrodzie.
2. W nosie dłubie też i potem te gile wyrzuca za łóżko (jak mu o tym mówię
to się wypiera, aż raz mnie tak w****ił że mu pokazałam jego suszki i
kazałam je zamiatać, mimo, ze zaraz i tak miałam zamiar odkurzać).
3. Brudne skarpetki zostawia gdzie popadnie. I w ogóle mnie w****ia od
dłuższego czasu
*****
Udaje, że wyciera o mnie palec, którym wcześniej wydłubał sobie śpiochy z
oczu, a poza tym pierdzi non stop, no chyba, że wali śmierdzące to wtedy
wychodzi z pokoju. Jak się irytuję i krzyczę na niego, że jest śmierdzielem
to jeszcze bardziej go cieszy moja reakcja i wachluje np. poduszką tak żeby
do mnie doleciało
*****
Ja też mieszkałam ze śmierdzielem przed ślubem ale wtedy tak nie grzał
pod kołdrą.
****
Mój facet jest zabawnym luzakiem. Kiedy jesteśmy na zakupach w
dużym supermarkecie zdarza mu się takie zachowanie:
Nagle zrywa się z wózkiem i szepce do mnie:
- Zwiewamy stąd, pierdnąłem.
*****
Kolega mojego faceta ma manię puszczania bąków zawsze i wszędzie.
Ostatnio wybraliśmy się do klubu z nim i jego dziewczyną, ale nie wpuścili
nas, bo impreza była zamknięta, to na odchodnym ów kolega odwrócił się i
puścił ochroniarzowi na pożegnanie bąka, którego chyba słyszeli i poczuli
wszyscy ludzie w promieniu 10 metrów.
*****
A moje Kochanie ostatnio pierdnęło w ubikacji jak robiło siusiu. Że zrobił
to bardzo głośno to się uśmiałam, a on na to:
-Prawdziwy facet jak sika to pierdzi.
*****
Mój mąż to już w ogóle niezły talent.
- Ślini się w nocy strasznie, wymieniałam już mu 3 poduszki.
- Zostawia pod poduszka zaschnięte kozy, fuuuuj!
- Śpi w koszulce, w której chodził cały dzień (rąbał drzewo, grzebał przy
aucie itp) Rano go zrypałam o to, że się nie wykąpał i na dodatek poszedł
spać w tej koszulce. Często mu się to zdarza.
- Jak ściąga skarpetki to wygrzebuje nimi bród między paluchami.
- Drapie się po głowie strzepując łupież z głowy.
- Zapomina do czego służy szczoteczka i pasta do zębów, często ma resztki
jedzenia na zębach ten biały nalot.
- Na tyłku ma dziury na slipkach, dość często muszę kupować nowe, chociaż on woli te z dziurami.
- Jak już idzie się wykapać to zostawia po sobie dużo włosów i tych i
tamtych.
Jak sobie jeszcze coś przypomnę to napiszę.
*****
Mój miał zwyczaj chować skarpetki pod fotel. Jak przychodzili znajomi,
zawsze cosik im waniało. Nie dawał się zreformować, w końcu ułożyłam jego brudne skarpetki na klawiszach pianina i zamknęłam klapę. Właśnie przyszli goście i poprosili o muzykę. Szybciej zamknął piano, niż je otwierał. Od tej pory miałam spokój - wrzucał skarpetki za lóżko.
*****
Ja jestem mężatka od roku ale jeszcze przed ślubem mój mąż zaczął sobie
bekać. Na jego brudne skarpetki porozrzucane po domu (na szczęście ich nie wącha) znalazłam fajny sposób: Wrzucam mu je do aktówki i potem się musi wstydzić; zaczęło działać bo coraz rzadziej je zostawia. Przyznam wam
się, że mi też się czasem zdarza pierdnąć, tak jak jemu, ale tylko sporadycznie i zawsze obracamy to w żart.
A jak on nie umyje zębów to wtedy pozwalam mojemu psu wejść do lóżka i do niego się przytulam. Jak on tego nie lubi!!!
Zawsze wtedy wstaje i idzie umyć zęby, no a ja muszę wyrzucać psa z łóżka.
*****
E tam. Przesadzacie szanowne Panie. Ja pierdzę, żona pierdzi. A od niedawna mamy psa Labradora - samca i tez wali zdrowo.I nikt nie narzeka ani ja, ani żona ani pies. Więc dajcie spokój. Swojski smrodek nie zaszkodzi. A nie bądźcie zbyt wymagające, bo Enriqe Iglesias by nawet na was nie spojrzał. Więc cieszcie się waszymi pierdziszami i módlcie się, żeby nie zamienili was na młodsze egzemplarze, bo zabiorą ze sobą kasę i będzie płacz i zgrzytanie zębów.
*****
Ja przed każdym pierdem wsuwam sobie palec w okrężnice i sprawdzam czy jest pusto, ostatnio chciałem puścić pierdka a puściłem kupacza.
*****
Mój niedoszły narzeczony poczęstował mnie herbatą w słoiku po dżemie który właśnie się skończył (!!!) Mamusia wyjechała i wszystkie naczynia były brudne w zlewie. To mnie zmusiło do myślenia. A zaproponowałam że może fajniej by było jakby ją wlał do jednej z puszek po piwie stojących licznie na stoliku . Nic nie załapał. Po chwili zastanowienia powiedział ze do
puszki się kiepsko nalewa...
*****
Mój mąż chodzi po domu w bokserkach i kiedy siada, przynajmniej połowa
klejnotów wypada mu z nogawki (bokserki są odpowiednio rozciągnięte).
Wieczorem ma rewolucję w żołądku i odgłosy z jego trzewi nie pozwalają mi zasnąć. Godzinami zajmuje WCet, musi czytać siedząc na tronie, jak zabiorę z kibelka wszystkie gazety, to czyta naklejki na środkach czystości.
Temat: Czego wasi mężowie nie są w stanie odróżnić.
Umywalki od zlewu. Najczęściej w łazience jest zlew.
ZUS od PZU. Dla niego to jedno :))
Pianki do włosów od pianki do golenia. Pianka to pianka. Pierwszej używam ja, on nie, a zawsze ubywa, bo on się przy pomocy tego goli :)))
Nie odróżnia czyja szczoteczka jest czyja...Do zębów. Muszę podpisywać.
Sukni od spódnicy istotnie też.
Nie odróżnia też naszych samochodów. Istotnie, mamy prawie identyczne, ale mój jest czarny matowy, a jego czarny perłowy. To był głupi pomysł kupować takie same...
Ostatnio okazało się, że nie odróżnia dresu od piżamy :))))))))))
Nie, chyba nie powiem...Albo powiem: poszedł pobiegać (nowa moda) w piżamie. Kupiłam mu taką ciepłą, bawełnianą, dobra w góry.
Mąż uznał, że to dres i poszedł w tym biegać...
Nie odróżnia pietruszki i selera. Tego w korzeniu.
Nie odróżnia śmietany gęstej o lejącej i potrafi tą pierwszą wlać do kawy.
Tak. Sprzedałam go. Ale on potrafi się z siebie śmiać.
A na koniec coś, co nie jest żartem: od roku mój mąż jest profesorem belwederskim. Dość młodo do tego doszedł. W swojej
dziedzinie jest mistrzem.
• Re: Czego nasi mężowie nie są w stanie odróżnić..
justyna302 12.12.06, 01:04 + odpowiedz
Typowy przykład roztargnionego profesofa :) Fajnie :)
• Re: Czego nasi mężowie nie są w stanie odróżnić.. IP: *.internetdsl.tpnet.pl
Gość: Azorek 12.12.06, 14:52 + odpowiedz
justyna302 napisała:
> Typowy przykład roztargnionego profesofa :) Fajnie :)
A nie, nie, nie. To nie jest roztargnienie. To są PIERDOŁY. Śmietki. To nie jest ważne. Nie, żeby się unosił, miał za coś lepszego, broń Boże! To bardzo sympatyczny człowiek. Nie jest w stanie zapamiętać tych pianek, bo go to nie obchodzi. Za to jest w stanie zapamiętać imiona dzieci z sąsiedztwa, ich psów, kotów, kto kiedy ma urodziny, co lubi i dlaczego. Że mąż dalekiej kuzynki, który nas odwiedza raz na parę lat słodzi, a ona nie. Ludzie go interesują, przedmioty - wcale.
Jest bardzo lubiany.
Kiedyś leżałam w szpitalu, nabrałam ochoty, żeby udziergać szalik i czapeczkę, poprosiłam go, żeby kupił włóczkę, mniej więcej opisałam jaką, druty, podałam numer. No i kupił. :))) Miała być zielona, kupił niebieską, miała być puchata, owszem kupił mohair...2 kg. Serio. DWA KILOGRAMY. Okropna, niebieska jak niemowlęce śpioszki, albo niebko na dziecięcym obrazku.:)))))
Na moje załamywanie rąk powiedział:
-Ee, bez przesady. Niebieska będzie mniej ciepła?
Zarabia dużo, bardzo dużo. Publikacje, wykłady tu i ówdzie, widać po tym jak mu płacą, że musi być dobry. Ale pieniędzy też nie rozróżnia :)) Nie przywiązuje wagi. Daje stówę ochlapusowi pod hipermarketem, bo to pieniążek taki sam jak dycha...Z papieru, znaczy.
Te identyczne auta, to też jego sprawka. Zaparłam się, że musi zmienić samochód, bo stary już się robił mało bezpieczny, próbował to zrzucić na mnie, odmówiłam. Markę uzgodniliśmy razem. Pojechał do salonu i kupił dwa, bo tam mówili, że okazja, że dobry, że warto i ogólnie fajnie. A on się nie zna. Jeździ od wczesnej młodości i tyle. Ja miałam swoje autko, raptem dwuletnie, lubiłam je..."to oddaj komuś i po sprawie". Bo samochód to też pierdoła.
Kiedyś tak dobrze nie zarabiał i też nie szanował pieniędzy. Z rozrzutnej, beztroskiej dziewczyny, musiałam zamienić się w
pilnującą kasy babę...
Kolejna wypowiedź tej samej osoby:)
Mój mąż zaczął marznąć w głowę...Włosy ma, on raczej z tych, co mu czas srebrzy niż skubie, ale coś ostatnio
zaczął marznąć w głowę. Zwłaszcza na wieczornym spacerze z psami, bo chodzimy już właściwie w nocy. Postanowił
kupić sobie czapkę. Ale w tym celu trzeba iść do sklepu, może stać w kolejce do kasy, zaparkować pod sklepem,
same problemy. Poszedł więc do najbliższych pawilonów handlowych. Nie ma tam, niestety sklepu, w ktorym można
kupić czapkę, ale jest sklep z rzeczami dla dzieci. I tam były czapki. ROZCIĄGLIWE, jak powiedział mój mąż.
To sobie kupił, od razu dwie (jak te auta...). Oczywiście nie pochwalił mi się nabytkiem. Kupił tę czapkę w
piątek, jakoś go wieczorem w niej nie widziałam. W sobotę było pięknie i mój mąż wpadł na pomysł, żeby
pojechać z psami do lasu. Ja przeleciałam się jeszcze na pocztę, to blisko, a on miał podjechać z psami
samochodem. Wychodzę przed pocztę, ludzi pełno, duży parking, bo tam taki ciąg handlowy, mój mąż czeka i pali
papierosa. W czapce. Podchodzę bliżej i własnym oczom nie wierzę: czapeczka polarowa, granatowa w zielone i
żółte żółwiki, takie duże, a każdy żółwik macha chorągiewką...
:)))))))))))
Zapytałam czy innych nie było. A, były. W muchomorki. To wolał w żółwiki.
:)))))))))))))))))
"Przecież to dziecięca czapeczka!", wykrzyknęłam. "Rozciągliwa", odparł mój mąż, "ciepła, kupiona blisko i nie
ma powodu, żebym szukał innej". "Przecież to niepoważne...", zapoponowałam. "Poważne podejście do życia nie
polega na nienoszeniu czapeczki w żółwiki", skończył dyskusję mój mąż. Śmiałam się cały dzień. Nadal te
czapeczkę na okazje sportowe nosi...a jakże.
Jak ktoś ma ochotę więcej poczytać to wklejam linka i już więcej nie zaśmiecam
http://forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=384&w=53788769&v=2&s=0
Umywalki od zlewu. Najczęściej w łazience jest zlew.
ZUS od PZU. Dla niego to jedno :))
Pianki do włosów od pianki do golenia. Pianka to pianka. Pierwszej używam ja, on nie, a zawsze ubywa, bo on się przy pomocy tego goli :)))
Nie odróżnia czyja szczoteczka jest czyja...Do zębów. Muszę podpisywać.
Sukni od spódnicy istotnie też.
Nie odróżnia też naszych samochodów. Istotnie, mamy prawie identyczne, ale mój jest czarny matowy, a jego czarny perłowy. To był głupi pomysł kupować takie same...
Ostatnio okazało się, że nie odróżnia dresu od piżamy :))))))))))
Nie, chyba nie powiem...Albo powiem: poszedł pobiegać (nowa moda) w piżamie. Kupiłam mu taką ciepłą, bawełnianą, dobra w góry.
Mąż uznał, że to dres i poszedł w tym biegać...
Nie odróżnia pietruszki i selera. Tego w korzeniu.
Nie odróżnia śmietany gęstej o lejącej i potrafi tą pierwszą wlać do kawy.
Tak. Sprzedałam go. Ale on potrafi się z siebie śmiać.
A na koniec coś, co nie jest żartem: od roku mój mąż jest profesorem belwederskim. Dość młodo do tego doszedł. W swojej
dziedzinie jest mistrzem.
• Re: Czego nasi mężowie nie są w stanie odróżnić..
justyna302 12.12.06, 01:04 + odpowiedz
Typowy przykład roztargnionego profesofa :) Fajnie :)
• Re: Czego nasi mężowie nie są w stanie odróżnić.. IP: *.internetdsl.tpnet.pl
Gość: Azorek 12.12.06, 14:52 + odpowiedz
justyna302 napisała:
> Typowy przykład roztargnionego profesofa :) Fajnie :)
A nie, nie, nie. To nie jest roztargnienie. To są PIERDOŁY. Śmietki. To nie jest ważne. Nie, żeby się unosił, miał za coś lepszego, broń Boże! To bardzo sympatyczny człowiek. Nie jest w stanie zapamiętać tych pianek, bo go to nie obchodzi. Za to jest w stanie zapamiętać imiona dzieci z sąsiedztwa, ich psów, kotów, kto kiedy ma urodziny, co lubi i dlaczego. Że mąż dalekiej kuzynki, który nas odwiedza raz na parę lat słodzi, a ona nie. Ludzie go interesują, przedmioty - wcale.
Jest bardzo lubiany.
Kiedyś leżałam w szpitalu, nabrałam ochoty, żeby udziergać szalik i czapeczkę, poprosiłam go, żeby kupił włóczkę, mniej więcej opisałam jaką, druty, podałam numer. No i kupił. :))) Miała być zielona, kupił niebieską, miała być puchata, owszem kupił mohair...2 kg. Serio. DWA KILOGRAMY. Okropna, niebieska jak niemowlęce śpioszki, albo niebko na dziecięcym obrazku.:)))))
Na moje załamywanie rąk powiedział:
-Ee, bez przesady. Niebieska będzie mniej ciepła?
Zarabia dużo, bardzo dużo. Publikacje, wykłady tu i ówdzie, widać po tym jak mu płacą, że musi być dobry. Ale pieniędzy też nie rozróżnia :)) Nie przywiązuje wagi. Daje stówę ochlapusowi pod hipermarketem, bo to pieniążek taki sam jak dycha...Z papieru, znaczy.
Te identyczne auta, to też jego sprawka. Zaparłam się, że musi zmienić samochód, bo stary już się robił mało bezpieczny, próbował to zrzucić na mnie, odmówiłam. Markę uzgodniliśmy razem. Pojechał do salonu i kupił dwa, bo tam mówili, że okazja, że dobry, że warto i ogólnie fajnie. A on się nie zna. Jeździ od wczesnej młodości i tyle. Ja miałam swoje autko, raptem dwuletnie, lubiłam je..."to oddaj komuś i po sprawie". Bo samochód to też pierdoła.
Kiedyś tak dobrze nie zarabiał i też nie szanował pieniędzy. Z rozrzutnej, beztroskiej dziewczyny, musiałam zamienić się w
pilnującą kasy babę...
Kolejna wypowiedź tej samej osoby:)
Mój mąż zaczął marznąć w głowę...Włosy ma, on raczej z tych, co mu czas srebrzy niż skubie, ale coś ostatnio
zaczął marznąć w głowę. Zwłaszcza na wieczornym spacerze z psami, bo chodzimy już właściwie w nocy. Postanowił
kupić sobie czapkę. Ale w tym celu trzeba iść do sklepu, może stać w kolejce do kasy, zaparkować pod sklepem,
same problemy. Poszedł więc do najbliższych pawilonów handlowych. Nie ma tam, niestety sklepu, w ktorym można
kupić czapkę, ale jest sklep z rzeczami dla dzieci. I tam były czapki. ROZCIĄGLIWE, jak powiedział mój mąż.
To sobie kupił, od razu dwie (jak te auta...). Oczywiście nie pochwalił mi się nabytkiem. Kupił tę czapkę w
piątek, jakoś go wieczorem w niej nie widziałam. W sobotę było pięknie i mój mąż wpadł na pomysł, żeby
pojechać z psami do lasu. Ja przeleciałam się jeszcze na pocztę, to blisko, a on miał podjechać z psami
samochodem. Wychodzę przed pocztę, ludzi pełno, duży parking, bo tam taki ciąg handlowy, mój mąż czeka i pali
papierosa. W czapce. Podchodzę bliżej i własnym oczom nie wierzę: czapeczka polarowa, granatowa w zielone i
żółte żółwiki, takie duże, a każdy żółwik macha chorągiewką...
:)))))))))))
Zapytałam czy innych nie było. A, były. W muchomorki. To wolał w żółwiki.
:)))))))))))))))))
"Przecież to dziecięca czapeczka!", wykrzyknęłam. "Rozciągliwa", odparł mój mąż, "ciepła, kupiona blisko i nie
ma powodu, żebym szukał innej". "Przecież to niepoważne...", zapoponowałam. "Poważne podejście do życia nie
polega na nienoszeniu czapeczki w żółwiki", skończył dyskusję mój mąż. Śmiałam się cały dzień. Nadal te
czapeczkę na okazje sportowe nosi...a jakże.
Jak ktoś ma ochotę więcej poczytać to wklejam linka i już więcej nie zaśmiecam
http://forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=384&w=53788769&v=2&s=0
"Mężczyzna na zakupach", to oczywiście ten sam facet od czapeczki w żółwiki:)
Długo by mówić....
Mój mąż MUSI mieć listę, na której jest wszystko. W nawiasach kolor opakowania, np herbata Lipton (żółte opakowanie). To ważne, bo
może kupić Liptona miętowego, na przykład. Nic nie mam przeciwko mięcie, ale jak nie ma w domu zwykłej herbaty...
Oczywiście telefony z hipermarketu to rzecz oczywista. Nie chce mu się szukać i najczęściej słyszę "cytryn nie ma"...Kawy nie ma,
chleba nie ma, niczego nie ma, jak u Kononowicza.
Pietruszka, to pietruszka, napisane było, że pietruszka, więc przyniósł pietruszkę....I co, że korzeń? A miała być
natka..."Czepiasz się" i koniec dyskusji.
Nasze koty używają papieru toaletowego w kuwetkach, a nie żwirku. Papier musi być szary, podły, ten jest najlepszy. Mój mąż kupuje
im piękny różowy, pachnący. Koty nie korzystają z pachnącego i muszę jechać sama...
Ale najbardziej boję się triumfalnego "coś ci kupiłem!", od wejścia. To może być wszystko...Tacka, kubeczek, łyżka...Kiedyś
przywlókł ceratowy obrus (nie używamy) z promocji. "Ludzie brali"...Pytam po co nam. "Hmmm pod malowanie paznokci będziesz miała,
jako podkładkę..."
Za to najlepiej kupuje się z nim ciuszki dla mnie. Rzecz go nudzi, chytry nie jest, więc wszystko jest piękne, płacimy i chodźmy
stąd...Mam kilka wieszaków w ręku, idę do przymierzalni, on mi wyrywa i leci płacić.
I jeszcze podstawowe kryterium szmatki: "ciepłe"... :) szczególnie latem ważne.
Kiedyś został wysłany do sklepu z wikliną po kosz (miał narysowany jaki) dla naszej koleżanki na imieniny. Ona lubi kosze. Do
kosza miał kupić kilkanaście róż luzem. Wrócił z wiklinowym bujanym fotelem i wiązanką stroczyków...
Prawie godzinę mnie przekonywał, że fotel się u niej jednak zmieści (malusie mieszkanko), a koszy nie było...Fotel ogromniasty,
oczywiście. Mamy go. ;) Fajny jest. A po kosz pobiegłam sama. Przekonałam panią w sklepie, żeby jeszcze nie zamykała, choć właśnie
to robiła i sprzedała mi jeden kosz. Jak się dowiedziała, że jestem żoną tego pana, który kupił fotel, to się radośnie
uśmiechnęła, powiedział, że mam fantastycznego męża, bardzo miły, żadnych koszy nie oglądał, bo sklep duży i trzeba się rozejrzeć,
tylko od wejścia przyuważył fotel. Pogawędził z panią o polityce, kupił i poszedł. :)
A kilka dni temu wysłany na bazarek przez swoją mamę, kupił sok malinowy...Maliny miały być do ciasta...
Długo by mówić....
Mój mąż MUSI mieć listę, na której jest wszystko. W nawiasach kolor opakowania, np herbata Lipton (żółte opakowanie). To ważne, bo
może kupić Liptona miętowego, na przykład. Nic nie mam przeciwko mięcie, ale jak nie ma w domu zwykłej herbaty...
Oczywiście telefony z hipermarketu to rzecz oczywista. Nie chce mu się szukać i najczęściej słyszę "cytryn nie ma"...Kawy nie ma,
chleba nie ma, niczego nie ma, jak u Kononowicza.
Pietruszka, to pietruszka, napisane było, że pietruszka, więc przyniósł pietruszkę....I co, że korzeń? A miała być
natka..."Czepiasz się" i koniec dyskusji.
Nasze koty używają papieru toaletowego w kuwetkach, a nie żwirku. Papier musi być szary, podły, ten jest najlepszy. Mój mąż kupuje
im piękny różowy, pachnący. Koty nie korzystają z pachnącego i muszę jechać sama...
Ale najbardziej boję się triumfalnego "coś ci kupiłem!", od wejścia. To może być wszystko...Tacka, kubeczek, łyżka...Kiedyś
przywlókł ceratowy obrus (nie używamy) z promocji. "Ludzie brali"...Pytam po co nam. "Hmmm pod malowanie paznokci będziesz miała,
jako podkładkę..."
Za to najlepiej kupuje się z nim ciuszki dla mnie. Rzecz go nudzi, chytry nie jest, więc wszystko jest piękne, płacimy i chodźmy
stąd...Mam kilka wieszaków w ręku, idę do przymierzalni, on mi wyrywa i leci płacić.
I jeszcze podstawowe kryterium szmatki: "ciepłe"... :) szczególnie latem ważne.
Kiedyś został wysłany do sklepu z wikliną po kosz (miał narysowany jaki) dla naszej koleżanki na imieniny. Ona lubi kosze. Do
kosza miał kupić kilkanaście róż luzem. Wrócił z wiklinowym bujanym fotelem i wiązanką stroczyków...
Prawie godzinę mnie przekonywał, że fotel się u niej jednak zmieści (malusie mieszkanko), a koszy nie było...Fotel ogromniasty,
oczywiście. Mamy go. ;) Fajny jest. A po kosz pobiegłam sama. Przekonałam panią w sklepie, żeby jeszcze nie zamykała, choć właśnie
to robiła i sprzedała mi jeden kosz. Jak się dowiedziała, że jestem żoną tego pana, który kupił fotel, to się radośnie
uśmiechnęła, powiedział, że mam fantastycznego męża, bardzo miły, żadnych koszy nie oglądał, bo sklep duży i trzeba się rozejrzeć,
tylko od wejścia przyuważył fotel. Pogawędził z panią o polityce, kupił i poszedł. :)
A kilka dni temu wysłany na bazarek przez swoją mamę, kupił sok malinowy...Maliny miały być do ciasta...