Widok
Oczywiście, że nie poznałem wszystkiego. Najgorsze co mnie spotkało to ból uszkodzonego kręgosłupa. Nie mogłem spać, ale, gdy już nie przespałem jednej, drugiej nocy, to w końcu zasnąłem. Po pięciu latach wszystko jakoś, dzięki Bogu, ułożyło się. Organizm ludzki, szczególnie młody, ma wbudowane w siebie mechanizmy samo-naprawcze. Nawet system nerwowy się regeneruje, tylko tak powoli, że jeszcze do lat osiemdziesiątych tego nie wiedziano. Nie brałem nic przeciwbólowego, ale po ok. siedmiu latach pracowałem nawet jako tragarz. Gdyby nie ból, nie dał bym spokoju swojemu ciału, swojemu kręgosłupowi i uszkadzałbym na nowo to coś, co powoli się regenerowało. Ból jest jak dzwonek alarmowy, jak gips na złamanie.
Nie wiem kto do jakiego lekarza chodzi, ale w moim przypadku każdy jeden stwierdził to samo, że leki przeciw bólowe są szkodliwe, ale dla tego przepisuje się różne diety, probiotyki, żeby wyrządzić jak najmniejsze szkody. A przed przyjęciem leku warto zadać pytanie. Czy lepiej żyć krócej ale bez bólu, czy dłużej i udawać że się jest. Bo w moim przypadku ostry ból powoduje ze jestem nie obecny.
Chyba nigdy nie byłeś poważnie chory ale to powód raczej do radości. Są takie rodzaje bólu na które nie działają żadne leki, ani takie na receptę ani takie bez. Są bóle głowy które odbierają w trakcie ataku wzrok, są bóle stawów które nie pozwalają wstać, wyprostować się czy usiąść, są bóle na tyle mocne że perspektywa przeżycia następnego tygodnia z takim bólem wydaje się mało kusząca...wrywanie paznokci na żywca to przy nich szczypnięcie. I to nieprawda że leczono mocny ból ziołami bo są tak silne substancje ziołowe ze są do dzisiaj zakazane
Czasem znieczulenie czy wręcz narkoza jest niezbędne. Kiedyś, gdy farmaceutyki nie były powszechne a zioła znali tylko "wybrani", kowal dawał w mordę, by pacjent nie rzucał się w trakcie zabiegu. Ale dziś, jest przegięcie w drugą stronę. Lekarze mniej leczą, bot to trudne i wymaga wiedzy, staranności i pieniędzy, a więcej zapisują środków przeciwbólowych. Czy mają za to procent od koncernów farmaceutycznych - nie wiem, ale ludzie różnie gadają. A leki przeciwbólowe nie leczą, tylko odsuwają problem na bok, często powodując nowe, często śmiertelne choroby. Uśmierzanie bólu polega na wyłączeniu, porażeniu normalnego działania systemu nerwowego, co już po tygodniowej, standardowej kuracji u co dziesiątego pacjenta powoduje znaczną utratę słuchu. Środki przeciwbólowe mogą też tłumić naturalne działanie układu łagodzenia bólu i nie tylko że nie leczą, ale sprawiają ulgę jedynie doraźnie, zwiększając cierpienie w dłuższej perspektywie. Ale reklamy środków przeciwbólowych lecą w Polsce bez ograniczeń bo to są miliardy pewnych i łatwych pieniędzy. A to nie cukierki, lecz środki które sprowadzają śmierć. Wiele preparatów przeciwbólowych które w Polsce są powszechnie reklamowane i dostępne bez recepty, w USA, Wielkiej Brytanii i Australii są wydawane jedynie na lekarską receptę. Ale i tam, podobno lekarze nie są świadomi zagrożenia, albo nie chcą go widzieć. Może to właśnie kwestia procentu od koncernów za przepisanie "odpowiedniej" recepty?
Czasami bóg daje więcej niż ktokolwiek może unieść i kończy się to albo samobójstwem albo pomieszaniem zmysłów
A chroniczny, nieobliczalny ból który odbiera możliwość normalnego funkcjonowania do tego może doprowadzić
W Polsce nie mamy kultury leczenia bólu nie dbamy o komfort chorego, to cud że jest narkoza podczas operacji
Nikt w Polsce nie leczy bólu, ani fizycznego ani psychicznego i mamy tego liczne efekty
można je podciągnąć pod eutanazję
A chroniczny, nieobliczalny ból który odbiera możliwość normalnego funkcjonowania do tego może doprowadzić
W Polsce nie mamy kultury leczenia bólu nie dbamy o komfort chorego, to cud że jest narkoza podczas operacji
Nikt w Polsce nie leczy bólu, ani fizycznego ani psychicznego i mamy tego liczne efekty
można je podciągnąć pod eutanazję
Nie chcę być ideologiem, więc jeszcze raz powtórzę że nie znam bólów związanych z innymi chorobami niż te, które mnie samego dotknęły. Nie wiem nawet co to jest RZS. Ale wierzę, że Bóg nie daje nam więcej niż moglibyśmy unieść. W każdej sytuacji jest dobre rozwiązanie, choć z własnego doświadczenia wiem, że zazwyczaj nie potrafimy go odnaleźć.
Obietnica mówi: "Szukajcie, a znajdziecie". Pozdrawiam.
Obietnica mówi: "Szukajcie, a znajdziecie". Pozdrawiam.
Radom gratuluję wytrzymałość ja choruje od 4 lat na rzs, ból jest cały czas, raz lżejszy raz mocniejszy, mimo stosowania różnych leków i diety. Dla porównania spróbuj wykręcić sobie jakiś staw, i tak trzymać całą noc i dzień, leki przeciw bólowe stosuje raz na jakiś czas, ale bez nich nie wyobrażam sobie życia. Mam nadzieje że znajdzie się w końcu dobry lek dla mnie, bo jak nie to na starość też będę za eutanazją.
O jeny, wątek sprzed 13 lat :o
Ja uważam,że eutanazja powinna być dopuszczalna i legalna ale za wcześniejszym oświadczeniem, tak samo jak jest z poborem organów po śmierci.nie wyobrażam sobie bycia przysłowiowym warzywem, leżącym,odczuwającym tylko ból bez możliwości kontaktu ze światem, to raz. Dwa,że dla bliskich jest to duże obciążenie zarówno psychiczne, jak i takie życiowe...a patrząc z drugiej strony wiem,że np jeżeli by któreś z moich rodziców było w takiej sytuacji to chcieliby żebym ich odłączyła i ja o tym wiem. To nie jest zabójstwo czy odebranie zycia, to zwyczajne odłączenie od aparatury, bez której i tak nastąpiłaby śmierć. Należy w końcu pojąć,że śmierć sama w sobie nie jest zła. Jest procesem naturalnym i chyba jedyną pewną w życiu rzeczą.
Ja uważam,że eutanazja powinna być dopuszczalna i legalna ale za wcześniejszym oświadczeniem, tak samo jak jest z poborem organów po śmierci.nie wyobrażam sobie bycia przysłowiowym warzywem, leżącym,odczuwającym tylko ból bez możliwości kontaktu ze światem, to raz. Dwa,że dla bliskich jest to duże obciążenie zarówno psychiczne, jak i takie życiowe...a patrząc z drugiej strony wiem,że np jeżeli by któreś z moich rodziców było w takiej sytuacji to chcieliby żebym ich odłączyła i ja o tym wiem. To nie jest zabójstwo czy odebranie zycia, to zwyczajne odłączenie od aparatury, bez której i tak nastąpiłaby śmierć. Należy w końcu pojąć,że śmierć sama w sobie nie jest zła. Jest procesem naturalnym i chyba jedyną pewną w życiu rzeczą.
W tej dyskusji o eutanazji brak mi większej akceptacji dla cierpienia. Nie miałem nigdy kontaktu z bólami od chorób nowotworowych, ale gdy przez kilka lat miałem problemy z kręgosłupem, nie brałem nic przeciwbólowego. Dla zasady. Jak boli, to ma boleć, bo dzięki temu ja wiem co mogę robić, a czego nie, żeby nie pogarszać swego stanu. Ból, to jak gips na złamanej nodze, ogranicza cię, ale po to by dać szansę na wyleczenie. Poza tym, być może sygnał bólu uruchamia w nas dodatkowe, ukryte siły samonaprawcze organizmu. Nawet system nerwowy się regeneruje w naturalny sposób, tylko że bardzo powoli.
Ale może być jeszcze duchowa strona cierpienia. Cierpienie nas zmienia, być może oczyszcza. Tego do końca nie rozumiem, ale trudno w tym temacie zignorować słowa chrześcijańskich mistyków. Św. Faustyna Kowalska zanotowała: "Modlitwą i cierpieniem więcej zbawisz dusz, aniżeli misjonarz przez same tylko nauki i kazania (...) wszystkie cierpienia przyjmiesz z miłością". (Dzienniczek siostry Faustyny Kowalskiej - 1767) Jeśli dobrze zrozumiałem, słowa te dochodziły do Faustyny od Ducha Świętego lub z duchowej łączności z innymi świętymi. Siostra Faustyna łączyła swoje cierpienia (przez wiele lat umierała na gruźlicę chyba) z cierpieniami Jezusa i ofiarowywała je Bogu w intencji miłosierdzia dla całego świata, lub w jakiejś intencji za konkretną osobę.
Ale może być jeszcze duchowa strona cierpienia. Cierpienie nas zmienia, być może oczyszcza. Tego do końca nie rozumiem, ale trudno w tym temacie zignorować słowa chrześcijańskich mistyków. Św. Faustyna Kowalska zanotowała: "Modlitwą i cierpieniem więcej zbawisz dusz, aniżeli misjonarz przez same tylko nauki i kazania (...) wszystkie cierpienia przyjmiesz z miłością". (Dzienniczek siostry Faustyny Kowalskiej - 1767) Jeśli dobrze zrozumiałem, słowa te dochodziły do Faustyny od Ducha Świętego lub z duchowej łączności z innymi świętymi. Siostra Faustyna łączyła swoje cierpienia (przez wiele lat umierała na gruźlicę chyba) z cierpieniami Jezusa i ofiarowywała je Bogu w intencji miłosierdzia dla całego świata, lub w jakiejś intencji za konkretną osobę.
Macie bogate doświadczenia życiowe. Ale w tej dyskusji o eutanazji brak mi większej akceptacji dla cierpienia. Nie miałem nigdy kontaktu z bólami od chorób nowotworowych, ale gdy przez kilka lat miałem problemy z kręgosłupem, nie brałem nic przeciwbólowego. Dla zasady. Jak boli, to ma boleć, bo dzięki temu ja wiem co mogę robić, a czego nie, żeby nie pogarszać swego stanu. Ból, to jak gips na złamanej nodze, ogranicza cię, ale po to by dać szansę na wyleczenie. Poza tym, być może sygnał bólu uruchamia w nas dodatkowe, ukryte siły samonaprawcze organizmu. Nawet system nerwowy się regeneruje w naturalny sposób, tylko że bardzo powoli.
Ale może być jeszcze duchowa strona cierpienia. Cierpienie nas zmienia, być może oczyszcza. Tego do końca nie rozumiem, ale trudno w tym temacie zignorować słowa chrześcijańskich mistyków. Św. Faustyna Kowalska zanotowała: "Modlitwą i cierpieniem więcej zbawisz dusz, aniżeli misjonarz przez same tylko nauki i kazania (...) wszystkie cierpienia przyjmiesz z miłością". (Dzienniczek siostry Faustyny Kowalskiej - 1767) Jeśli dobrze zrozumiałem, słowa te dochodziły do Faustyny od Ducha Świętego lub z duchowej łączności z innymi świętymi. Siostra Faustyna łączyła swoje cierpienia (przez wiele lat umierała na gruźlicę chyba) z cierpieniami Jezusa i ofiarowywała je Bogu w intencji miłosierdzia dla całego świata, lub w jakiejś intencji za konkretną osobę.
Ale może być jeszcze duchowa strona cierpienia. Cierpienie nas zmienia, być może oczyszcza. Tego do końca nie rozumiem, ale trudno w tym temacie zignorować słowa chrześcijańskich mistyków. Św. Faustyna Kowalska zanotowała: "Modlitwą i cierpieniem więcej zbawisz dusz, aniżeli misjonarz przez same tylko nauki i kazania (...) wszystkie cierpienia przyjmiesz z miłością". (Dzienniczek siostry Faustyny Kowalskiej - 1767) Jeśli dobrze zrozumiałem, słowa te dochodziły do Faustyny od Ducha Świętego lub z duchowej łączności z innymi świętymi. Siostra Faustyna łączyła swoje cierpienia (przez wiele lat umierała na gruźlicę chyba) z cierpieniami Jezusa i ofiarowywała je Bogu w intencji miłosierdzia dla całego świata, lub w jakiejś intencji za konkretną osobę.
wiecie są też takie przypadki,że osoby poznają się przez internet...a potem ida za reke do oltarza :) to juz w ogole jest fenomenalne!!jak dla mnie oczywiscie....no bo nawet jak sie pozniej spotkaly po pewnym czasie rozmawiana ze soba na forum badz na czacie, to i tak na poczatku zanim cos napisaly to pomyslaly...nie byly w najmniejszym stopniu spontaniczne....tak mi sie wydaje...i właśnie tu może być małe rozczarnowanie--> poznajesz kogos nagle w realu..i widzisz jaka ta osoba jst np wybuchowa,czy nerwowa;)a na necie wydawala sie zupelnie inna :)
ola
takie spotkania to fajna rzecz..jednak sama mam spore opory przed pokazywaniem sie w realu ;P ale tu chyba dochodzi niestety do glosu jakis stresik przed tym ze nie zostane jednak zaakceptowana z jakis tam wzgledow..ale mam znajomych z neta..nie poznalismy sie na foum a na czacie ...i cenie sobie te znajomosci i nie bylo nie milego roczarowania :).. i spotykamy sie niedlugo znowu :)
...W Życiu Niczego Nie Warto Żałować! Do Niektórych Rzeczy Nie Można Po prostu Powrócić...
ASSASIN napisał(a):
czasami po prostu tacy ludzie chca zeby
> te drugie osoby myslaly ze oni sa inni,udaja kogos innego" to
> czy nie lepiej Voitec żeby zostało tak jak jest?
A ja myślę, że nie jest tak, że ludzie udają kogoś innego. Oni tak siebie widzą. Widzą swoje myśli i uczucia, których ludzie z zewnątrz nie mogą zobaczyć. Nie każdy jest tak wylewny i śmiały, że jego intencje są na widelcu. Czasem też spotykam się z taką wątpliwością, dlaczego szuka się ludzi w necie, skoro Ci sami, z tymi samymi ciekawymi opiniami mogą żyć za ścianą albo siedzieć przy sąsiednim biurku. Ale sąsiad powie mi na klatce "dzień dobry", a współpracownik zagada o pogodzie. Nie ma takiej tradycji, żeby zapytać w przelocie, co sądzi o eutanazji, wolności słowa czy nieszczęsliwej miłości. No i na pewno nie zbierze się na schodach grupa sąsiadów w róznym wieku, tak jak tu. W realu nie ma takiej możliwości wyeksponowania poglądów czy umiejętności. Według ludzi z mojego podwórka jestem kurą domową, biegającą z siatami, wieszającą pranie na strychu i prowadzącą dzieci do szkoły. Czy to znaczy, że w necie udaję kogoś innego? Raz zredagowałam pismo do urzędu w sprawie pani mieszkającej za ścianą. Chodziła potem po mieszkaniach i zbierała podpisy. Wszyscy pytali, kto to napisał i bardzo im nie pasowało, że to ja.
Tu możemy pokazać ten wycinek siebie, który nie jest łatwo dostępny dla publicznego oka.
Pewnie, że czasem ktoś napisze o sobie, że jest Wojtkiem lat 12, a wygląda jak - wszyscy wiemy.
Wracając do spotkań... poznałam grupę forumowiczów i nie było żadnego rozczarowania (przynajmniej z mojej strony). Potrzeba było tylko paru chwil na połączenie wyglądu z wypowiedziami z internetu.
czasami po prostu tacy ludzie chca zeby
> te drugie osoby myslaly ze oni sa inni,udaja kogos innego" to
> czy nie lepiej Voitec żeby zostało tak jak jest?
A ja myślę, że nie jest tak, że ludzie udają kogoś innego. Oni tak siebie widzą. Widzą swoje myśli i uczucia, których ludzie z zewnątrz nie mogą zobaczyć. Nie każdy jest tak wylewny i śmiały, że jego intencje są na widelcu. Czasem też spotykam się z taką wątpliwością, dlaczego szuka się ludzi w necie, skoro Ci sami, z tymi samymi ciekawymi opiniami mogą żyć za ścianą albo siedzieć przy sąsiednim biurku. Ale sąsiad powie mi na klatce "dzień dobry", a współpracownik zagada o pogodzie. Nie ma takiej tradycji, żeby zapytać w przelocie, co sądzi o eutanazji, wolności słowa czy nieszczęsliwej miłości. No i na pewno nie zbierze się na schodach grupa sąsiadów w róznym wieku, tak jak tu. W realu nie ma takiej możliwości wyeksponowania poglądów czy umiejętności. Według ludzi z mojego podwórka jestem kurą domową, biegającą z siatami, wieszającą pranie na strychu i prowadzącą dzieci do szkoły. Czy to znaczy, że w necie udaję kogoś innego? Raz zredagowałam pismo do urzędu w sprawie pani mieszkającej za ścianą. Chodziła potem po mieszkaniach i zbierała podpisy. Wszyscy pytali, kto to napisał i bardzo im nie pasowało, że to ja.
Tu możemy pokazać ten wycinek siebie, który nie jest łatwo dostępny dla publicznego oka.
Pewnie, że czasem ktoś napisze o sobie, że jest Wojtkiem lat 12, a wygląda jak - wszyscy wiemy.
Wracając do spotkań... poznałam grupę forumowiczów i nie było żadnego rozczarowania (przynajmniej z mojej strony). Potrzeba było tylko paru chwil na połączenie wyglądu z wypowiedziami z internetu.
lubię cyfry i litery
Voitec napisał(a):
> nom rozumiem :)
>
> co do rozczarowania to hmmm ...... chyba podstawa jest ukryta w
> tym czego sie oczekuje od nowych ludzi, ktorych ma sie poznac,
> ja niczego nie oczekuje od nowych ludzi, z ktorymi mam sie
> spotkac,ktorych mam poznac,zobaczyc 1 raz w zyciu - wiadomo, ze
> mozna miec pewne wyobrazenie o danej osobie ale najlepiej
> podejsc do tego wszystkiego z pewnym dystansem - wtedy sie nie
> zawiedziesz, a mozesz jedynie sie rozczarować .......
> pozytywnie ;)
Nigdy nie podchodziłem do ludzi z dystansem.Zawsze byłem otwarty i dopuki dana osoba nie zniechęci mnie do siebie zawsze będę do niej nastawiony pozytywnie i lojalnie,zresztą za takie podejście do ludzi parę razy dostałem od losu po głowie.
Należy Ci się trochę prywaty o mnie abyś zrozumiał co chciałem powiedzieć .O tym forum dowiedziałem od znajomych z pracy którzy zaglądali tu ,a nawet czasami zabierali głos.Gdy zaczeły się w pracy wymiany poglądów na tematy zaczerpnięte z forum wraz z cytatami pewnych forumowiczów i ja pokusiłem się na podglądanie co tu się dzieje.Skrzywieniem zawodowym i ciekawością było analizowanie na podstawie wypowiedzi , kim są pewne osoby zabierające tu głos.Gdyby nie wymiana postów z Antyspołecznym pewnie nadal bym był biernym obserwatorem tego forum ,a opiniami dzielił się tylko w pracy,ale skoro już pojawił się mój nik,to jak pewnie zauważyłeś pojawiły się i moje posty,a nawet rozpoczołem jakieś wątki jak np.ten w którym teraz piszemy.Muszę powiedzieć że wciągneło mnie to dość mocna tak jak do niedawna czat,tyle że forma forum bardziej mi odpowiada.Tak siedząc przed maszyną i pisząc swoje opinie zatraciłem gdzieś chęć analizowania na rzecz czystej przyjemnośći z "plotkowania "z forumowiczami i jak na razie jest mi z tym dobrze.Nadal są osoby które bardzo chętnie bym poznał i jeżeli będzie ku temu okazja/nadal będę w trójmieście/ i one zadeklarują się że będą ,bo jak na razie większy zlot forumowiczów nie może dojść do skutku - to czemu nie.Nigdy nie oceniałem ludzi negatywnie,tylko pozytywnie ,ale jeżeli jest tak jak napisała Olcia : - "a czego oczekujesz, ludzie na necie czesto nie sa soba.....czasami po prostu tacy ludzie chca zeby te drugie osoby myslaly ze oni sa inni,udaja kogos innego" to czy nie lepiej Voitec żeby zostało tak jak jest?
> nom rozumiem :)
>
> co do rozczarowania to hmmm ...... chyba podstawa jest ukryta w
> tym czego sie oczekuje od nowych ludzi, ktorych ma sie poznac,
> ja niczego nie oczekuje od nowych ludzi, z ktorymi mam sie
> spotkac,ktorych mam poznac,zobaczyc 1 raz w zyciu - wiadomo, ze
> mozna miec pewne wyobrazenie o danej osobie ale najlepiej
> podejsc do tego wszystkiego z pewnym dystansem - wtedy sie nie
> zawiedziesz, a mozesz jedynie sie rozczarować .......
> pozytywnie ;)
Nigdy nie podchodziłem do ludzi z dystansem.Zawsze byłem otwarty i dopuki dana osoba nie zniechęci mnie do siebie zawsze będę do niej nastawiony pozytywnie i lojalnie,zresztą za takie podejście do ludzi parę razy dostałem od losu po głowie.
Należy Ci się trochę prywaty o mnie abyś zrozumiał co chciałem powiedzieć .O tym forum dowiedziałem od znajomych z pracy którzy zaglądali tu ,a nawet czasami zabierali głos.Gdy zaczeły się w pracy wymiany poglądów na tematy zaczerpnięte z forum wraz z cytatami pewnych forumowiczów i ja pokusiłem się na podglądanie co tu się dzieje.Skrzywieniem zawodowym i ciekawością było analizowanie na podstawie wypowiedzi , kim są pewne osoby zabierające tu głos.Gdyby nie wymiana postów z Antyspołecznym pewnie nadal bym był biernym obserwatorem tego forum ,a opiniami dzielił się tylko w pracy,ale skoro już pojawił się mój nik,to jak pewnie zauważyłeś pojawiły się i moje posty,a nawet rozpoczołem jakieś wątki jak np.ten w którym teraz piszemy.Muszę powiedzieć że wciągneło mnie to dość mocna tak jak do niedawna czat,tyle że forma forum bardziej mi odpowiada.Tak siedząc przed maszyną i pisząc swoje opinie zatraciłem gdzieś chęć analizowania na rzecz czystej przyjemnośći z "plotkowania "z forumowiczami i jak na razie jest mi z tym dobrze.Nadal są osoby które bardzo chętnie bym poznał i jeżeli będzie ku temu okazja/nadal będę w trójmieście/ i one zadeklarują się że będą ,bo jak na razie większy zlot forumowiczów nie może dojść do skutku - to czemu nie.Nigdy nie oceniałem ludzi negatywnie,tylko pozytywnie ,ale jeżeli jest tak jak napisała Olcia : - "a czego oczekujesz, ludzie na necie czesto nie sa soba.....czasami po prostu tacy ludzie chca zeby te drugie osoby myslaly ze oni sa inni,udaja kogos innego" to czy nie lepiej Voitec żeby zostało tak jak jest?
---- ASSASIN----