Widok
Stoczniowiec.net CENZUROWANY
SZKODA TEGO KLUBU - NIC NIE ZROBIONO W TEJ SPRAWIE - SKUTKI WIDOCZNE DZISIAJ
Czwartek, 2005-04-21 01:44
Iniemamocny & Iniezastąpiony - czyli jak Prezes z Dyrektorem kręcą film animowany.
maciek.
W listopadzie ubiegłego roku na ekrany naszych kin weszła animowana komedia z USA pt. "Iniemamocni". Film odniósł duży sukces kasowy, a jego autorzy - słynne studio Pixar -zachęceni dobrym przyjęciem swojego dzieła postanowili przystąpić do realizacji kolejnej jego części. W trosce o powodzenie przedsięwzięcia, uprzejmie informujemy naszych amerykańskich kolegów, że w Gdańsku, przez ostatnie lata powstawał scenariusz, którego ekranizacja zapewni Amerykanom pobicie sukcesu pierwszej części. Wystarczy nakręcić losy pary Superbohaterów - Pana Iniemamocnego Marka Kosteckiego i Pana Iniezastąpionego Jerzego Gotalskiego.
„Iniemamocni” to opowieść o losach sympatycznej rodzinki, uczestniczącej w Programie Relokacji Superbohaterów. Pan Parr oraz jego żona Helen prowadzą życie emerytowanej pary superbohaterów. Niespodziewanie (dla siebie, nie dla widzów :) jednak powracają do branży, by stawić czoła nowym wyzwaniom.
Tymczasem w Gdańsku, istnieje już para Superbohaterów - Superprezes Iniemamocny Kostecki i Superdyrektor Iniezastąpiony Gotalski. Niestety o ich bohaterskim żywocie niewiele osób ma pojęcie. Co prawda obaj w opinii wielu osób, kwalifikują się do uczestnictwa w Programie Relokacji Superprezesów i Superdyrektorów, ale jak na razie, żaden z nich ani na moment nie wypadł z branży. Cóż za oszczędność dla Pixara. Zamiast poświęcać pół godziny filmu na ponowne wciąganie bohaterów do akcji, mają dwóch asów gotowych z marszu wypełnić każde, nawet najtrudniejsze zadanie. Sukces gwarantowany!
Wielu może mieć wątpliwości czy losy dwójki dojrzałych mężczyzn to materiał na film komediowy dla całej rodziny. Wątpliwości? Jakie wątpliwości. Ja nie mam żadnych. Ta para jest stworzona do komedii.
Bajkowy scenariusz
Po wielu smutnych i szarych latach, w których walka o byt w ekstralidze przeplatała się z miejscami w środku tabeli, szczęście w końcu uśmiechnęło się do kibiców "Stoczni".
W sezonie 2001/2002 Stoczniowiec był o jeden wygrany mecz od finału Mistrzostw Polski, a walka z GKS Katowice przyciągnęła na trybuny "Olivii" nadkomplet publiczności.
Rok później, w sezonie 2002/2003 Stoczniowiec zdobył III miejsce Mistrzostw Polski - największy (sic!) sukces w ponad 30-letniej historii klubu. W końcu mieliśmy upragniony medal. Na razie brązowy. Mieliśmy zdolną młodzież, byliśmy największym miastem w ekstralidze. Taki potencjał. Po latach przeciętności sukcesy musiały się pojawić! Trwałe miejsce w elicie polskiej ekstraligi, kolejne medale. Wszystko to było na wyciągnięcie ręki ... ale od czego mamy Superbohaterów.
Sezon 2003/2004 to odejścia zawodników i wymęczone 4. miejsce, które nijak miało się do pozycji z dwóch wcześniejszych sezonów - pokonaliśmy wtedy koszmarnie słabe Katowice i Krynicę, biednego Orlika Opole i słaby, dopiero odradzający się klub z Torunia, nie nawiązując walki z czołową trójką. Tak naprawdę zajęliśmy ostatnie miejsce wśród "normalnych" drużyn. Zamiast sukcesów i medalu mieliśmy regres wyników i zniechęcenie kibiców, zniecierpliwionych działaniami Superbohaterów.
Ostatni sezon, przyniósł jeszcze większe rozczarowanie. Kolejne odejścia zawodników i kompletnie nieudany play-off w lidze dopełniły czary goryczy. 6 miejsce - tak nisko nie byliśmy od pięciu sezonów. Gdyby nie postawa Katowic i Sanoka, które zrobiły wszystko co w ich mocy, żeby Stoczniowiec nie spadł w tabeli ligowej niżej mogło być jeszcze gorzej.
Co nie udało się naszym bohaterom w ostatnim sezonie może udać się juz w najbliższych rozgrywkach. W Stoczniowcu wiele mówi się o odejściu kolejnych zawodników (Zachariasz, Jurasek ...), wzmocnień nie widać, a tymczasem najgroźniejsi rywale w lidze zbroją się i wzmacniają. To, że nie włączymy się w pasjonującą rywalizację o tytuł Mistrza Polski wydaje się pewne, ale może się jeszcze okazać, że przy niezłej postawie hokeistów z Sanoka i Sosnowca, dla Stoczniowca zabraknie po sezonie 2004/2005 miejsca w gronie najlepszych.
Mamo! Dlaczego boli?
Dlaczego, skoro było tak dobrze, teraz jest tak źle?
W słowniku wyrazów obcych Władysława Kopalińskiego pewne pojęcie jest opisane tak: "życie bezczynne, nudne, bierne, apatyczne; życie zapewniające tylko minimum egzystencji". Wiecie co to jest? To wegetacja. Nie, to nie jest proces biologiczny. To strategia działania GKS Stoczniowiec Gdańsk. Biało-niebiescy są w stanie permanentnej wegetacji. I będzie tak zawsze dopóki klub prowadzi para naszych Superbohaterów.
Ile razy przystępując przed rozpoczęciem sezonu mogliśmy pomyśleć - "w tym sezonie powalczymy o tytuł"! Realnie? Nigdy! Wszystko na co mogliśmy liczyć to co najwyżej środek tabeli i ambitna postawa zespołu, który przy odrobinie szczęścia miał sprawić niespodziankę.
To nie przypadek, że nad morzem nie chce grać ...
Czwartek, 2005-04-21 01:44
Iniemamocny & Iniezastąpiony - czyli jak Prezes z Dyrektorem kręcą film animowany.
maciek.
W listopadzie ubiegłego roku na ekrany naszych kin weszła animowana komedia z USA pt. "Iniemamocni". Film odniósł duży sukces kasowy, a jego autorzy - słynne studio Pixar -zachęceni dobrym przyjęciem swojego dzieła postanowili przystąpić do realizacji kolejnej jego części. W trosce o powodzenie przedsięwzięcia, uprzejmie informujemy naszych amerykańskich kolegów, że w Gdańsku, przez ostatnie lata powstawał scenariusz, którego ekranizacja zapewni Amerykanom pobicie sukcesu pierwszej części. Wystarczy nakręcić losy pary Superbohaterów - Pana Iniemamocnego Marka Kosteckiego i Pana Iniezastąpionego Jerzego Gotalskiego.
„Iniemamocni” to opowieść o losach sympatycznej rodzinki, uczestniczącej w Programie Relokacji Superbohaterów. Pan Parr oraz jego żona Helen prowadzą życie emerytowanej pary superbohaterów. Niespodziewanie (dla siebie, nie dla widzów :) jednak powracają do branży, by stawić czoła nowym wyzwaniom.
Tymczasem w Gdańsku, istnieje już para Superbohaterów - Superprezes Iniemamocny Kostecki i Superdyrektor Iniezastąpiony Gotalski. Niestety o ich bohaterskim żywocie niewiele osób ma pojęcie. Co prawda obaj w opinii wielu osób, kwalifikują się do uczestnictwa w Programie Relokacji Superprezesów i Superdyrektorów, ale jak na razie, żaden z nich ani na moment nie wypadł z branży. Cóż za oszczędność dla Pixara. Zamiast poświęcać pół godziny filmu na ponowne wciąganie bohaterów do akcji, mają dwóch asów gotowych z marszu wypełnić każde, nawet najtrudniejsze zadanie. Sukces gwarantowany!
Wielu może mieć wątpliwości czy losy dwójki dojrzałych mężczyzn to materiał na film komediowy dla całej rodziny. Wątpliwości? Jakie wątpliwości. Ja nie mam żadnych. Ta para jest stworzona do komedii.
Bajkowy scenariusz
Po wielu smutnych i szarych latach, w których walka o byt w ekstralidze przeplatała się z miejscami w środku tabeli, szczęście w końcu uśmiechnęło się do kibiców "Stoczni".
W sezonie 2001/2002 Stoczniowiec był o jeden wygrany mecz od finału Mistrzostw Polski, a walka z GKS Katowice przyciągnęła na trybuny "Olivii" nadkomplet publiczności.
Rok później, w sezonie 2002/2003 Stoczniowiec zdobył III miejsce Mistrzostw Polski - największy (sic!) sukces w ponad 30-letniej historii klubu. W końcu mieliśmy upragniony medal. Na razie brązowy. Mieliśmy zdolną młodzież, byliśmy największym miastem w ekstralidze. Taki potencjał. Po latach przeciętności sukcesy musiały się pojawić! Trwałe miejsce w elicie polskiej ekstraligi, kolejne medale. Wszystko to było na wyciągnięcie ręki ... ale od czego mamy Superbohaterów.
Sezon 2003/2004 to odejścia zawodników i wymęczone 4. miejsce, które nijak miało się do pozycji z dwóch wcześniejszych sezonów - pokonaliśmy wtedy koszmarnie słabe Katowice i Krynicę, biednego Orlika Opole i słaby, dopiero odradzający się klub z Torunia, nie nawiązując walki z czołową trójką. Tak naprawdę zajęliśmy ostatnie miejsce wśród "normalnych" drużyn. Zamiast sukcesów i medalu mieliśmy regres wyników i zniechęcenie kibiców, zniecierpliwionych działaniami Superbohaterów.
Ostatni sezon, przyniósł jeszcze większe rozczarowanie. Kolejne odejścia zawodników i kompletnie nieudany play-off w lidze dopełniły czary goryczy. 6 miejsce - tak nisko nie byliśmy od pięciu sezonów. Gdyby nie postawa Katowic i Sanoka, które zrobiły wszystko co w ich mocy, żeby Stoczniowiec nie spadł w tabeli ligowej niżej mogło być jeszcze gorzej.
Co nie udało się naszym bohaterom w ostatnim sezonie może udać się juz w najbliższych rozgrywkach. W Stoczniowcu wiele mówi się o odejściu kolejnych zawodników (Zachariasz, Jurasek ...), wzmocnień nie widać, a tymczasem najgroźniejsi rywale w lidze zbroją się i wzmacniają. To, że nie włączymy się w pasjonującą rywalizację o tytuł Mistrza Polski wydaje się pewne, ale może się jeszcze okazać, że przy niezłej postawie hokeistów z Sanoka i Sosnowca, dla Stoczniowca zabraknie po sezonie 2004/2005 miejsca w gronie najlepszych.
Mamo! Dlaczego boli?
Dlaczego, skoro było tak dobrze, teraz jest tak źle?
W słowniku wyrazów obcych Władysława Kopalińskiego pewne pojęcie jest opisane tak: "życie bezczynne, nudne, bierne, apatyczne; życie zapewniające tylko minimum egzystencji". Wiecie co to jest? To wegetacja. Nie, to nie jest proces biologiczny. To strategia działania GKS Stoczniowiec Gdańsk. Biało-niebiescy są w stanie permanentnej wegetacji. I będzie tak zawsze dopóki klub prowadzi para naszych Superbohaterów.
Ile razy przystępując przed rozpoczęciem sezonu mogliśmy pomyśleć - "w tym sezonie powalczymy o tytuł"! Realnie? Nigdy! Wszystko na co mogliśmy liczyć to co najwyżej środek tabeli i ambitna postawa zespołu, który przy odrobinie szczęścia miał sprawić niespodziankę.
To nie przypadek, że nad morzem nie chce grać ...
Łzy na policzku
Uwielbiam przysiąść na trawniku i cieszyć się widokiem ludzi, drzew i nieba przed sobą. Czy z piwem w ręku, czy z źdźbłem trawy w ustach. Łzy po policzkach mi spływają, chwile są takie ulotne.
Plecak czasem mi ciąży, gdy zmagam się z sobą, jednak nie przeszkadza to w przeżywaniu chwil, które wewnętrznie cenniejsze są niż wszystkie skarby świata.
Spójrz czasem w lustro, to też chwila ulotna. Wszystko umyka, traci swą wartość dla innych. Jednak widok płynących chmur, oddaje mi obecność. A jak deszcz mnie myje, gdy stoję sobie w bezruchu? Jak posąg, na który tylko psy wysikać się mogą. Lubię ożywczy podmuch wiosny, to delikatne drapanie ucha, gdy pierwsze, wiosnę przylatują witać i mnie powoli ze snu wybudzają.
Zapomnieć o ciele spacerującym wzdłuż plaży, realne to i możliwe. W wyobraźni jesteśmy w stanie dokonać różnych ewolucji, czy to przeskakiwać po krach płynących w rzece. Drepcząc sobie spokojnie po moście, warto czasem zatrzymać się i spojrzeć jak woda informację niesie.
Ale i w mieście architektura oko nam pieści, dlaczego smok tak pięknie las wypalił. W miejscu, którym teraz Krakowem zwać można. Przechadzając się między budynkami, człowiek napatrzyć się nie może. To jak na żonę, spoglądasz i pochłonąć byś już ją na zawsze chciał. Dziwne, że prawdziwość tej architektury tak do człowieka przemawia.
Może i w słoneczny dzień, przechadzając się wraz z tysiącami turystów jesteśmy rozpraszani urodą turystek. Jednak wstając wraz ze słońcem cieszyć oczy można. Światłem, które odsłania piękno. Jak kobieta, która rozświetla deszczowe dni. Tworząc wokół siebie łunę światłości. Dodając tyle ciepła i radości w trakcie spaceru z parasolem w ręku.
Brazylia i Australia podpieka nam znajomych, którzy w Polsce Świata swego część zostawili i ogromny kawał Polski do plecaka schowali.
A my kolejny już raz pragniemy skoczyć na drugą stronę rzeki, po krach, energii z dnia na dzień więcej. Doczekać, pełni słońca, człowiek się nie może. Pikników w lesie, ognisk, wypraw dzikich.
A chwila taka ulotna, nim oczy otworzę już kolejna zima, za którą tęsknił będę. Za śniegiem, który pokrył rzeczywistość i tyle energii mi odebrał. Za ślizgami, rok cały czekać będę.
Jednak czasem i z trawnika trzeba się podnieść, źdźbło wypluć, kask na głowę wcisnąć. W końcu wolność jest tylko jedna. Tych pojedynczych rzeczy jest chyba więcej, Ona też jest tylko jedna.
Nauczyć się esencję z chwil wyciskać, czy do tego życie, tak krótkie jest? W jednej chwili zbyt wiele, powiedzieć, też nie można.
Plecak czasem mi ciąży, gdy zmagam się z sobą, jednak nie przeszkadza to w przeżywaniu chwil, które wewnętrznie cenniejsze są niż wszystkie skarby świata.
Spójrz czasem w lustro, to też chwila ulotna. Wszystko umyka, traci swą wartość dla innych. Jednak widok płynących chmur, oddaje mi obecność. A jak deszcz mnie myje, gdy stoję sobie w bezruchu? Jak posąg, na który tylko psy wysikać się mogą. Lubię ożywczy podmuch wiosny, to delikatne drapanie ucha, gdy pierwsze, wiosnę przylatują witać i mnie powoli ze snu wybudzają.
Zapomnieć o ciele spacerującym wzdłuż plaży, realne to i możliwe. W wyobraźni jesteśmy w stanie dokonać różnych ewolucji, czy to przeskakiwać po krach płynących w rzece. Drepcząc sobie spokojnie po moście, warto czasem zatrzymać się i spojrzeć jak woda informację niesie.
Ale i w mieście architektura oko nam pieści, dlaczego smok tak pięknie las wypalił. W miejscu, którym teraz Krakowem zwać można. Przechadzając się między budynkami, człowiek napatrzyć się nie może. To jak na żonę, spoglądasz i pochłonąć byś już ją na zawsze chciał. Dziwne, że prawdziwość tej architektury tak do człowieka przemawia.
Może i w słoneczny dzień, przechadzając się wraz z tysiącami turystów jesteśmy rozpraszani urodą turystek. Jednak wstając wraz ze słońcem cieszyć oczy można. Światłem, które odsłania piękno. Jak kobieta, która rozświetla deszczowe dni. Tworząc wokół siebie łunę światłości. Dodając tyle ciepła i radości w trakcie spaceru z parasolem w ręku.
Brazylia i Australia podpieka nam znajomych, którzy w Polsce Świata swego część zostawili i ogromny kawał Polski do plecaka schowali.
A my kolejny już raz pragniemy skoczyć na drugą stronę rzeki, po krach, energii z dnia na dzień więcej. Doczekać, pełni słońca, człowiek się nie może. Pikników w lesie, ognisk, wypraw dzikich.
A chwila taka ulotna, nim oczy otworzę już kolejna zima, za którą tęsknił będę. Za śniegiem, który pokrył rzeczywistość i tyle energii mi odebrał. Za ślizgami, rok cały czekać będę.
Jednak czasem i z trawnika trzeba się podnieść, źdźbło wypluć, kask na głowę wcisnąć. W końcu wolność jest tylko jedna. Tych pojedynczych rzeczy jest chyba więcej, Ona też jest tylko jedna.
Nauczyć się esencję z chwil wyciskać, czy do tego życie, tak krótkie jest? W jednej chwili zbyt wiele, powiedzieć, też nie można.
...
tak niewiele już zostało do opisania.
ostatkiem sił odrywam się od ziemi,
szybując przy "sleeps with butterflies".
świtem przed domem czekam
na powracające klucze dzikich gęsi.
niech wracają choćby we mgle...
dobrze, że ostało się
z tych wybranych
ostatnie drzewo na wzgórzu.
jest do czego wracać...
jeszcze...
ostatkiem sił odrywam się od ziemi,
szybując przy "sleeps with butterflies".
świtem przed domem czekam
na powracające klucze dzikich gęsi.
niech wracają choćby we mgle...
dobrze, że ostało się
z tych wybranych
ostatnie drzewo na wzgórzu.
jest do czego wracać...
jeszcze...
adas
chrzanic? moze jednak piep...to byloby bardziej adekwatne do PZPR...a lansowac bedziemy oczywiscie wszystkie panie ale z klasy politycznej...im to sie naprawde nalezy...panom tez...ale to musielibysmy przyjac do partyji tych lesniczych...czy jak tam ...gajowych;-)
I JESZCZE DO HISZPANA - ZOSTAJESZ MIANOWANY AMBASADOREM PZPR W HISZPANII..
I JESZCZE DO HISZPANA - ZOSTAJESZ MIANOWANY AMBASADOREM PZPR W HISZPANII..
adas
noooo...tworcz synteza widze...i to przejscie od MIASTA KATOW do MIASTA KANTOW;-)...ale kiedy bylem malutki to te dwie wiecznie przepalone literki w napisie "Gdansk miastem kwiatow" zawsze bardzo mnie intrygowaly...zastanawialem sie gdzie ci kaci sa w gdansku ukryci...no i wkoncu okazalo sie ze literki przepalone...;-)
A Di-Da tez mi nie dawala spokoju - ten wielki napis na przystanku Sopot-Wyscigi...nikt nie wiedzial o co chodzi ale po wprow. stanu wojennego PZPR i jej sluzby wykazaly sie czujnoscia i profilaktycznie zamalowaly i ten napis;-) A wkoncu doszedlem, ze to cytat z "Sanatorium pod Klepsydra" Bruno Szulza...A napis wykonali w gescie zemsty jacys oszukani pracownicy NSSZ SOlidarnosc;-)
A Di-Da tez mi nie dawala spokoju - ten wielki napis na przystanku Sopot-Wyscigi...nikt nie wiedzial o co chodzi ale po wprow. stanu wojennego PZPR i jej sluzby wykazaly sie czujnoscia i profilaktycznie zamalowaly i ten napis;-) A wkoncu doszedlem, ze to cytat z "Sanatorium pod Klepsydra" Bruno Szulza...A napis wykonali w gescie zemsty jacys oszukani pracownicy NSSZ SOlidarnosc;-)
szukam :(
jestem zbyt przepracowana aby myśleć o PZPR, a może "za mała" na politykę, nie wiem. Wiem dwie rzeczy mocno chcę iść spać i bardzo bym chciała czegoś dowiedzieć się o pewnym człowieku: mężczyzna, włosy krótkie koloru bląd, ma koszukę w błękitne moro ( krótki rękaw) i w styczniu pracował w sklepie "Bata" w 'kerfurze'. czy ktoś go zna?
młynek
Zmagam się z kolejnymi kartkami, przekładam, stronę, stroną przykrywam. Ale dziś jednak wydarzyło się coś dziwnego. Może i wina tego po mojej stronie gdzieś leży, okna chyba nie domknąłem. Zgarbiony ze szkłami w oprawkach, na nosie, który wącha papier siedziałem przy tym starym biurku, które w spadku otrzymałem.
Wiatr nagle oderwał mnie od tekstu wtargnął, do pomieszczenia głośno waląc oknem w ścianę. W jednej chwili ciepło pomieszczenia, pochłonięte zostało przez mróz, przybyły z zewnątrz. Uświadomiłem sobie, że nie czas na wypatrywanie wiosny. Zima przysłała gońca z listem, bym nie zapominał, że moc natury jeszcze w jej rękach spoczywa.
Traf czy po prostu walka między mną a zimą na zewnątrz. Liść wpadł z wiatrem i na książkę upadł. Gdy zdążyłem dotrzeć do okna i chwytając oburącz, zamknąłem je przekręcając klamkę. Usłyszałem jak w drzwiach jeszcze zawiewa. Ktoś jednak do drzwi zapukał, wiedziałem, że książkę na chwilę zamknąć będę musiał, zakładki jednak nie potrzebowałem. Liść w prezencie do kolekcji otrzymałem. Piękna, blond włosa, ubrana w szare spodnie nie dłuższe jak za kolano. W kozakach, z których pończochy pod spodnie wchodziły. Żakiet z kwiatami w kołnierzu, koszula zielonkawa. Z zeszytem w ręku, długopis w zębach przegryzając. Pytała czy kawy się napiję.
Z miłą chęcią w szczególności, że i kawiarnia jest dość blisko gdzie zaciągnąć kogoś można. Ściany oczywiście koloru kawa z mlekiem i kawowe na wpół. Stoliki, przy których dwa krzesła stoją. Na ścianie w ramce projekt centrum pod ziemią. Nie mrowisko, dla ludzi, artystyczne centrum, które powstanie. Dziś espresso i kieliszek wody poproszę. Nie chce cukru, soku i śmietanki. A Ona usiadła nogę na nogę założyła, filiżankę jak na damę, delikatnie w dłoń chwyciła. Zapomniałem o świecie, że gdzieś coś jeszcze jest. Kolejne pytania słyszałem, odpowiadałem, ponownie pytanie padało. Jak tego głosu pięknie się słuchało.
A nie były to sprawy proste. Co stanie się z Rosją, gdy Chiny rozwiną się technologicznie? Gdy pytać będą jak to jest, że z tak wielkiego domu im najliczniejszym tak mały pokój przyznano. Gdy o tym opowiadałem wpatrywałem się w tę kawową ścianę. Myśląc o tych sprawach o Niej myślałem. Dwóch ludzi świat pod przyciskiem windy trzyma, my walczymy z codziennością, upajamy się radością. Jak Gombrowicz podniecamy się podnieceniem.
A mnie oczy szerzej się otwierają, dostrzegam coś jeszcze, czego nigdy dotąd nie widziałem.
Nie wiem czy widzieć nie chciałem, czy specjalnie oczy zamykałem.
Nie jest tak najgorzej, moja towarzyszka nie absorbuje mnie aż tak bardzo. Dostrzegłem wielkie zielone okna w lokalu, w którym siedzimy. A widok to dopiero numer, wielkie lwy, które wodą do kręgu plują. To plan pierwszy dalej katedra. Kto by pomyślał, że już dość późno i wszystko pięknie podświetlone. A w kawiarni, do której klucze w mojej kieszeni, nastrój również intymny kilka małych lampek tylko rozświetla stoliki, by nie odbierać przyjemności dla oka, które maski w kamieniu rzeźbione dostrzega.
Wiatr nagle oderwał mnie od tekstu wtargnął, do pomieszczenia głośno waląc oknem w ścianę. W jednej chwili ciepło pomieszczenia, pochłonięte zostało przez mróz, przybyły z zewnątrz. Uświadomiłem sobie, że nie czas na wypatrywanie wiosny. Zima przysłała gońca z listem, bym nie zapominał, że moc natury jeszcze w jej rękach spoczywa.
Traf czy po prostu walka między mną a zimą na zewnątrz. Liść wpadł z wiatrem i na książkę upadł. Gdy zdążyłem dotrzeć do okna i chwytając oburącz, zamknąłem je przekręcając klamkę. Usłyszałem jak w drzwiach jeszcze zawiewa. Ktoś jednak do drzwi zapukał, wiedziałem, że książkę na chwilę zamknąć będę musiał, zakładki jednak nie potrzebowałem. Liść w prezencie do kolekcji otrzymałem. Piękna, blond włosa, ubrana w szare spodnie nie dłuższe jak za kolano. W kozakach, z których pończochy pod spodnie wchodziły. Żakiet z kwiatami w kołnierzu, koszula zielonkawa. Z zeszytem w ręku, długopis w zębach przegryzając. Pytała czy kawy się napiję.
Z miłą chęcią w szczególności, że i kawiarnia jest dość blisko gdzie zaciągnąć kogoś można. Ściany oczywiście koloru kawa z mlekiem i kawowe na wpół. Stoliki, przy których dwa krzesła stoją. Na ścianie w ramce projekt centrum pod ziemią. Nie mrowisko, dla ludzi, artystyczne centrum, które powstanie. Dziś espresso i kieliszek wody poproszę. Nie chce cukru, soku i śmietanki. A Ona usiadła nogę na nogę założyła, filiżankę jak na damę, delikatnie w dłoń chwyciła. Zapomniałem o świecie, że gdzieś coś jeszcze jest. Kolejne pytania słyszałem, odpowiadałem, ponownie pytanie padało. Jak tego głosu pięknie się słuchało.
A nie były to sprawy proste. Co stanie się z Rosją, gdy Chiny rozwiną się technologicznie? Gdy pytać będą jak to jest, że z tak wielkiego domu im najliczniejszym tak mały pokój przyznano. Gdy o tym opowiadałem wpatrywałem się w tę kawową ścianę. Myśląc o tych sprawach o Niej myślałem. Dwóch ludzi świat pod przyciskiem windy trzyma, my walczymy z codziennością, upajamy się radością. Jak Gombrowicz podniecamy się podnieceniem.
A mnie oczy szerzej się otwierają, dostrzegam coś jeszcze, czego nigdy dotąd nie widziałem.
Nie wiem czy widzieć nie chciałem, czy specjalnie oczy zamykałem.
Nie jest tak najgorzej, moja towarzyszka nie absorbuje mnie aż tak bardzo. Dostrzegłem wielkie zielone okna w lokalu, w którym siedzimy. A widok to dopiero numer, wielkie lwy, które wodą do kręgu plują. To plan pierwszy dalej katedra. Kto by pomyślał, że już dość późno i wszystko pięknie podświetlone. A w kawiarni, do której klucze w mojej kieszeni, nastrój również intymny kilka małych lampek tylko rozświetla stoliki, by nie odbierać przyjemności dla oka, które maski w kamieniu rzeźbione dostrzega.