~Shaigan Aegirsson (+)
(19 lat temu) 14 grudnia 2006 o 15:42
"Chłopi" Reymonta - wg. Shaigana Aegirssona
Było lato. Słońce wisiało w pół drogi między wschodem, a południem.
Grupka chłopów pracowała w pocie czoła przy sianokosach. Z oddali było widać zbliżającego się do nich sołtysa.
- Matka! - Matka! - jużci to nasz Toten idzie!
- Adaś! - śmignij no prawą po portkach bo zostaje! I nie gadaj tyle bo roboty wiela! - Rzekła Ćma ostrząc kosę.
Ale mały Adaś, jedenasty potomek Barowych, ani myślał o robocie i raz za razem, gdy matka nie patrzyła, skrzętnie wypatrywał nadchodzącego sołtysa.
- Prawde prawi syn twój, toż to nasz Toten, po wielgachnym brzuchu poznaje – stwierdził rumiany i barczysty chłop z widłami.
- Widze Hobo, samam ino zmiarkowała – skwitowała Ćma ziewając przy tym zamaszyście i ukazując przy tym dwa samotne zęby w buzi.
- Lenn, do roboty! - Sołtys nadchodzi!
- Zostaw... Zakochana... O Shaiganie marzy... Okolicznym rozbójniku, co ze swoją bandą, możnych okrada, a potem w swojej ukrytej grocie tańcują se juchy, gorzałę piją i papirosy kurzą. - Rzekła Ćma.
- Rozbójnicy!? Nieroby! Kobyle syny! Do roboty by się wzieli, heretyckie syny! Ja bym ich... widłami kopry zbałamucił! - Jakiem Hobo!
- Cichaj, sołtys tuż, tuż...
- Szczęść Boże w robocie! Krzyknął TotenKopf.
- Boże zapłać, dziękujemy! Odpowiedzieli wszyscy prostując się i ruszyli wszyscy razem do ucałowania rąk sołtysa kochanego.
- Nie pchać się! - Hobo, daj jeno pierwszeństwo! - Lenn, nie po sygnetach! Mówił Totenkopf podając wszystkim sprawiedliwie swoje ręce do ucałowania.
- Pan Bóg dał latoś urodzaj na kłosy, co? Rzucił zdawkowo sołtys w stronę Ćmy Barowej.
- Jużci, kłosy kiej kocie łby i dużo pod krzami. - Odpowiedziała chłopka z rodu Barowych i zaraz dodała smutno: - Ale Jezusiczek biedoty opuścić nie opuści...
- nie opuści, nie...- zawołał Toten i wsadził jej w garść złotówkę.
- Dobrodzieju nasz serdeczny, dobrodzieju!
Ćma przypadła mu do kolan roztrzęsioną głową, a łzy jak groch posypały jej się po twarzy szarej i zradlonej jak te jesienne podrówki.
- UFO! - UFO! - Wyskoczyła nagle z pobliskiego lasu Agentka Jo z rękami w górze i ukazując ogromne włosy pod pachami.
- Latający talyrz! - wołała!
Wszyscy podnieśli głowy.
- A ta gdzie się ino podziewała! Pracować w polu się niechce, to wymyśla...Na żebrach pewno znów była! Krzyknął Hobo, czyszcząc dziurkę nosa jednym potężnym smarknięciem.
- Jest tutaj, po Dębem! - Chodzcie ino gibko bo odleci!
Wszyscy pobiegli do pobliskiego lasu za zaoferowaną i szczęśliwą Agentką.
- Tu, tu! - Wołała.
Cała grupka tłumnie okrążyła Tajemniczy obiekt. Na końcu, przez chłopów przedostał się sołtys.
- Kiej, niemądra babo ;), to nieUFO, ani latający talyrz, ino krowia kupa, krowi placek, tyle że większy...
Naród chłopski gruchnął śmiechem, a Agentka ze łzami w ochach, uciekła szybko, pomstując z cicha.
- Dobra, chodżta do wsi, mam dla was jeno niespodziankę! Nie potom tyle szedł. - Rzekł Toten.
- A jaką? - spytała zaciekawiona Lenn, bawiąc się jednocześnie koralami (warte co najmniej całą krowę (!), które dostała od rozbójnika Shaigana.
- A taka, że nie będzieta musieli już kosą zamiatać, będzieta to robić maszynowo. Przywieżli jeno rosyjski kombajn nr.525-2.
- Oooooo!!! Rozległ sie pełen zachwytu okrzyk.
- Wkroczomy w XX wiek! Dalej jużci, chodzta! C.D.N.
0
0