No to też się pochwalę;) Od pierwszego stycznia schudłam 11 kilo.
Nie stosuję żadnej diety. Zmieniłam sposób odżywiania. Korzystam z przepisów na jedzenie o niskim indeksie glikemicznym. Nie wydaję więcej niż wydawałam na jedzenie.Ćwiczę 3 razy w tygodniu.
Jeśli się chce komuś przeczytać. To w małej pigułce;)
Napisałam to dla koleżanek, które miały dużo pytań:)
To może ja tak refleksyjnie podam kilka wskazówek, które są proste ale jednak ciężko czasami się do nich dostosować. Taka pigułka zebranych przeze mnie informacji z różnych źródeł, które namiętnie stosuję.
Chudnięcie było jest i zawsze będzie wynikiem ujemnego bilansu kalorystycznego.
Co to znaczy - że ilość przyswojonych kalorii musi być mniejsza niż ilość kalorii spalanych przez organizm.
Przy czym należy pamiętać, że energię (kcal) zużywamy również na siedzenie, leżenie, mruganie oczami, bicie serca, pracę żołądka. I te podstawowe funkcje życiowe muszą być zaspokojone - w przeciwnym razie może wydarzyć się wiele nie fajnych rzeczy.
Jako przykład mogę podać nie pamiętam jak ta anorektyczka się nazywała, ale na pewno słyszałyście. Zmarła na zapalenie płuc. Nie zagłodziła się, ale organizm nie miał energii walczyć z chorobą.
Jako przykład ze swojego życia z czasów ciąży - wymiotowałam wszystko co zjadłam. Na wskutek odwodnienia organizmu i braku dobrego odżywiania moja trzustka zbuntowała się. Podobnie nerki. Mniej więcej po dwóch m-cach takiej "diety"
Jeśli ma któraś czas i ochotę może sprawdzić to co napiszę teraz. Wszystkie diety cud opisane w necie opierają się na niskiej podaży kalorii. Nikt nie mówi tego wprost, ale pierwszy przykład:
Ile to ma kalorii:
Dieta Kopenchaska:
Śniadanie:1 kubek kawy, 1 kostka cukru
(gdzie minimum to jest ok 300 kcal by mózg zechciał pracować na wysokich obrotach)
Lunch:2 jajka na twardo, gotowany szpinak , 1 pomidor
(To ma max 250 -280 kcal)
Obiad:1 duzy befsztyk, sałata z olejem i cytryną
(niech tu też będzie ok 300 kcal)
Łącznie jakieś 600-700 kcal
A ja na samo "życie" mam zapotrzebowanie energetyczne na ok 2000 tyś. kcal. Inaczej wygląda gdy ktoś prowadzi aktywny tryb życia - doliczamy wtedy do tego od 200 nawet do 1000 kcal.
U mnie zakładając ćwiczenia 3 razy w tygodniu niech jest to zapotrzebowanie na 2500 kalorii dziennie.
Przy dostarczaniu 700 kcal...po tygodniu lub dwóch prawdopodobnie można by było odwiedzać mnie w szpitalu.
Nie wspomnę o atakach głodu, bólu głowy i innych towarzyszących temu przyjemnościach.
Dodam jeszcze, że oczywiście waga pokaże nam 10 kilo mniej. Tylko szkoda, że połowa z tych 10 kilo to będzie woda kolejne 3/4 może tłuszcz a reszta to spalone mięśnie ponieważ w takiej sytuacji organizm będzie tłuszcz magazynował jeszcze bardziej niż mi bez diety.
Są też inne dość fajne diety, które niby nie opierają się na wartościach kalorystycznych taka jak o niskim indeksie glikemicznym czy south beach - może dieta przy nich to za dużo powiedziane - jest to zmiana odżywiania już na całe życie. Natomiast jeśli zbadamy przykładowe przepisy pod względem kalorystycznym to tak czy inaczej dojdziemy do wniosku, że jest to niższa podaż kalorii niż dotychczas.
Akurat te dwie diety posłużyły mi jako inspirację do mojej zmiany odżywiania.
Mi trener poradził na początek (ja ominęłam tą opcję z racji tego że zależy mi na szybkim spadku wagi - no i nie przyznałam mu się, że jadłam za mało, dopóki mnie nie uświadomił w powyższym).
Jeść przez tydzień tak jak do tej pory. I spisywać wszystko na kartkę. Każdą szklankę soku, każdą przegryzkę czy marchewkę i godziny tych posiłków.
W dobie notatników w komórkach jest to możliwe.
Zacząć w pon i skończyć w niedzielę. I wtedy w niedzielę usiąść spojrzeć w to i zobaczyć jaki piękny śmietnik z siebie zrobiłyśmy;)
Więc mając swoje zestawienia przed sobą, wykreślić z nich przekąski, słodycze, soki, napoje gazowane, i mocno ograniczyć produkty mączne.
Jakie ja mogę dać wskazówki od siebie, które sama wcieliłam w życie:
-dokładnie prowadzę dzienniki posiłków - i w tym pomaga mi polecona strona
http://www.dieta.pl - pilnuję siebie, tego co jem, w jakich ilościach - i mobilizuje mnie.
-jem regularnie. wytyczyłam sobie godziny (biorąc pod uwagę mój tryb życia) i jadam o stałych porach. Min. to 4 posiłki dziennie.
- nie jem na mieście, a do pracy zawsze sobie przygotowuję jedzenie - brak takowego skutkuje większą chęcią wpadnięcia do knajpy na jedzenie.
- kupując jedzenie - zwracam uwagę na to ile ma tłuszczy, węglowodanów itd....
- absolutnie nie skreśliłam z listy swoich ulubionych rzeczy - zmodyfikowałam je po prostu:)
Więc jeśli na śniadanie jadłam bułki z pasztetem to teraz też je jem. Tylko, że bułkę pełnoziarnistą, grahamkę, żytnią i też z pasztetem - ale nie całym pudełkiem a ok 100 gram.
Naszym głównym wrogiem są potrawy smażone i pieczone. Np pieczone ziemniaki będą miały więcej kalorii niż gotowane. Tak samo mięso czy inne produkty.
Jedzmy chude wędliny, sery, twarożki, jogurty.
Odstawiamy słone przekąski, czyli paluszki, chipsy itd.
Zamiast soków, coli itp - pijemy herbaty ziołowe, zielone, owocowe.
Zamieńmy ryż, makarony na te razowe. Mąki również. I pieczywo też.
Ograniczamy przyprawy maxymalnie na korzyść ziół. W tym sól do niezbędnego minimum.
To są takie podstawy, ale pamiętając o tym łatwiej nam będzie ustalić sobie własną dietę. Ponieważ to co smakuje mi nie będzie smakować Tobie. Łatwiej później robić zakupy do lodówki, a po miesiącu uważania na to co jemy automatycznie będziemy sięgać po to co dobre ale i zdrowe.
Gdy nauczymy się właśnie tych zdrowych nawyków żywieniowych nie będziemy musiały obawiać się o efekty jojo.
Your online absence has me worried you might have actually gotten a life;)