Widok
Tylko nie AA, ja jestem wierzący i praktykujący, a AA jest dla ciot :)
No dobra, żartuję, głupio ale jednak :)
Beskid Niski też jest ok. A w Bieszczadach nie byłem ze 25 lat. Jakbym chciał dzisiaj szukać samotności, to pojechał bym do Finnmark. Do dzisiaj wspominam piękną Laponkę, której płaciłem za paliwo na stacji w Alcie. Angielski znała mocno minimalnie, a norweski słabo :)
No dobra, żartuję, głupio ale jednak :)
Beskid Niski też jest ok. A w Bieszczadach nie byłem ze 25 lat. Jakbym chciał dzisiaj szukać samotności, to pojechał bym do Finnmark. Do dzisiaj wspominam piękną Laponkę, której płaciłem za paliwo na stacji w Alcie. Angielski znała mocno minimalnie, a norweski słabo :)
A dziękuję:-).
Też mieszkałam na odludziu. Z jednej strony las, z drugiej, bardzo blisko wydmy porośniete wrzosami. Kilka lat.
Wspominam dość tęgiego Skandynawa, który każdego roku na święta przebierał sie za Mikołaja. Jeżdził wozem ciagnietym przez konie i rzucał cukierki.
Był przemiły. Choć zawsze te ich północne uśmiechy wydawły mi się takie powierzchowne. Nie z serca. Ale może to moje subiektywne odczucie.
Ok. Teraz chce znalezć w Polsce takie miejsca, w które można uciec. Na chwilę bądz na dłuzej.
Z Twojego kontaktu z pewnościa skorzystam. Jeśli nie teraz to pozniej.
Teraz, jesli znajdę cos blizej pojadę bliżej. Ale Bieszczad nie wykluczam.Bo moze bliżej nic nie będzie.
Całkiem mozliwe,że jeszcze w pazdzierniku będę w miejscu, które mi poleciłeś.
Maila napisałam.
Wymarudziłam wszystkie pytania i wątpliwosci.
Czekam na odpowiedz.
Uff. no to pierwszy krok za mna.
a raczej drugi. bo dziś już szykowałam ciuchy na całodzienne włóczenie się.
Panie M. dzieki
Też mieszkałam na odludziu. Z jednej strony las, z drugiej, bardzo blisko wydmy porośniete wrzosami. Kilka lat.
Wspominam dość tęgiego Skandynawa, który każdego roku na święta przebierał sie za Mikołaja. Jeżdził wozem ciagnietym przez konie i rzucał cukierki.
Był przemiły. Choć zawsze te ich północne uśmiechy wydawły mi się takie powierzchowne. Nie z serca. Ale może to moje subiektywne odczucie.
Ok. Teraz chce znalezć w Polsce takie miejsca, w które można uciec. Na chwilę bądz na dłuzej.
Z Twojego kontaktu z pewnościa skorzystam. Jeśli nie teraz to pozniej.
Teraz, jesli znajdę cos blizej pojadę bliżej. Ale Bieszczad nie wykluczam.Bo moze bliżej nic nie będzie.
Całkiem mozliwe,że jeszcze w pazdzierniku będę w miejscu, które mi poleciłeś.
Maila napisałam.
Wymarudziłam wszystkie pytania i wątpliwosci.
Czekam na odpowiedz.
Uff. no to pierwszy krok za mna.
a raczej drugi. bo dziś już szykowałam ciuchy na całodzienne włóczenie się.
Panie M. dzieki
Jest takie stare przysłowie:
"człowiek planuje, Pan Bog kule nosi."
a może:
"Czlowiek planuje a Pan Bóg się śmieje".
I coś w tym jest.
Po pierwsze- nie dostałam jeszcze odpowiedz na maila.
Po drugie, odebrałam za to telefon i w piatek mam pracę.
Oczywiście. po niedzieli MOGĘ znowu mieć tydzień przerwy, a może i dwa tygodnie, ale to nic pewnego. A w Bieszczady na krócej niż tydzień nie wybiore się.
Tak węc czekam, na kolejne niemanie pracy, bo mając przerwy w pracy trzydniowe to raczej nie przejdzie.
Pozostaje mi wybrać na na grzyby. Na halę w Gdyni.
Dziś cudownie zmokłam.
I jeszcze pytanie do Pana M , jeśli tu zajrzy.
Przeczytałam, że w Bieszczadach sa niezbędne kalosze. Przyznaję, że moja znajomość gór ogranicza się tylko do Tatr, Karkonoszy i Pirenejow, ale włócząc się tamtejszymi szlakami nie używalam kaloszy. W ogóle to chyba się nie nadaje do chodzenia. Więc może to tylko takie gadanie, że trzeba miec kalosze. Wezme zwykłe buty "w góry" jesli pojadę. Czy to wystarczy?
"człowiek planuje, Pan Bog kule nosi."
a może:
"Czlowiek planuje a Pan Bóg się śmieje".
I coś w tym jest.
Po pierwsze- nie dostałam jeszcze odpowiedz na maila.
Po drugie, odebrałam za to telefon i w piatek mam pracę.
Oczywiście. po niedzieli MOGĘ znowu mieć tydzień przerwy, a może i dwa tygodnie, ale to nic pewnego. A w Bieszczady na krócej niż tydzień nie wybiore się.
Tak węc czekam, na kolejne niemanie pracy, bo mając przerwy w pracy trzydniowe to raczej nie przejdzie.
Pozostaje mi wybrać na na grzyby. Na halę w Gdyni.
Dziś cudownie zmokłam.
I jeszcze pytanie do Pana M , jeśli tu zajrzy.
Przeczytałam, że w Bieszczadach sa niezbędne kalosze. Przyznaję, że moja znajomość gór ogranicza się tylko do Tatr, Karkonoszy i Pirenejow, ale włócząc się tamtejszymi szlakami nie używalam kaloszy. W ogóle to chyba się nie nadaje do chodzenia. Więc może to tylko takie gadanie, że trzeba miec kalosze. Wezme zwykłe buty "w góry" jesli pojadę. Czy to wystarczy?
"Wtrance" się na chwilę, bo rozumiem, ze rzecz dotyczy pytania o ustronne miejsce w Bieszczadach. Nie pamiętam już w którym wątku to było. Nie mogę znaleźć. Może Edward Nożycoręki się rozpędził i już nie ma. Ale meilem mogę coś poradzić. Publicznie to nie. Nie dlatego, ze moje, moje, moje i nikomu nie powiem. Forum to jednak forum. Z definicji jest publiczne. A tam o 5 rano żubry przychodzą. I wilczyca z małymi krąży. To @anna podaj meila, a ja napiszę. A może już wszystko dogadane, wtedy sorry, mnie tu w ogóle nie było - jak powiedział płk Kwiatkowski. Pozdrawiam
To ja być może wiem, gdzie to :)
Kiedyś czaiłem się żubry obejrzeć na żywo, zasadziłem się o 2 w nocy i marzłem do 7. Miały przyjść do wodopoju. Nie napisze do którego potoku :) Nawet żubrzego ogona nie widziałem wtedy. A były to czasy, kiedy jeszcze paliłem, i nie dość, że siedziałem w lesie nad wodą 5 godzin bez ruchu, to jeszcze nie mogłem zajarać, ech życie :)
Kalosze w Bieszczadach to jakieś nieporozumienie, zgubisz je po pierwszym deszczu. Tam trzeba mieć porządne wiązane glany na twardej podeszwie. No co prawda większość gór to kopce, ale po deszczu robi się ciężko. Moją osobistą ścianą płaczu była Lackowa, ale to w Niskim. W Bieszczadach fajnie podchodzi się na Caryńską, zwaną tez Berehowską, z Berehów właśnie. Ale to już cywilizacja, jest PKS.
Kiedyś czaiłem się żubry obejrzeć na żywo, zasadziłem się o 2 w nocy i marzłem do 7. Miały przyjść do wodopoju. Nie napisze do którego potoku :) Nawet żubrzego ogona nie widziałem wtedy. A były to czasy, kiedy jeszcze paliłem, i nie dość, że siedziałem w lesie nad wodą 5 godzin bez ruchu, to jeszcze nie mogłem zajarać, ech życie :)
Kalosze w Bieszczadach to jakieś nieporozumienie, zgubisz je po pierwszym deszczu. Tam trzeba mieć porządne wiązane glany na twardej podeszwie. No co prawda większość gór to kopce, ale po deszczu robi się ciężko. Moją osobistą ścianą płaczu była Lackowa, ale to w Niskim. W Bieszczadach fajnie podchodzi się na Caryńską, zwaną tez Berehowską, z Berehów właśnie. Ale to już cywilizacja, jest PKS.
Właśnie mi te kalosze za nic nie pasowały. I dobrze. Nie muszę ich kupować. A buty do chodzenia po górach mam.
dopiero wróciłam.
Najpierw odebrałam lekarstwo, Potem miałam piekny 2, 5 godzinny spacer w deszczu.
Z psem oczywiście.
Moja ulubiona pogoda.
Tak samo jak słoneczna, wietrzna, mrożna, upalna itd
dopiero wróciłam.
Najpierw odebrałam lekarstwo, Potem miałam piekny 2, 5 godzinny spacer w deszczu.
Z psem oczywiście.
Moja ulubiona pogoda.
Tak samo jak słoneczna, wietrzna, mrożna, upalna itd
No to dzisiaj pizza.
Zaczęło się od oliwek. Byłem onegdaj w lidlu po gruyer i appenzeller, a zauważyłem przecenione oliwki diavolo. Miło mi się diavolo kojarzy to kupiłem, były ohydne.
Najpierw ciasto: 1/3 kostki drożdży. trochę cukru i ciepłej wody, odstawiamy. Jak drożdże zaczną się roić dodajemy 2 szklanki mąki, trochę oliwy i ciepłego piwa tyle, coby wyrobić elastyczne ciasto. Odstawiamy do wyrośnięcia. Po wyrośnięciu rozciągamy na placek.
Myki:
1. jeżeli ciasto ma być elastyczne i cienkie używamy jak najdrobniejszej mąki pszennej, 405 będzie ok,
2. jeżeli lubimy razowe ciasto mieszamy mąki 50:50, ale ciasto razowe będzie mniej elastyczne i tym samym trochę grubsze,
3. mąka owsiana - jak dodamy ciasto będzie chrupiące.
Ja mam kiepski piekarnik więc robię tak, że najpierw placek rozciągnięty na blasze podpiekam sam, 13 min w 225 st, jak kto ma termoobieg nie musi tego robić tylko może od razu obłożyć ciasto dobrem i piec całe.
Myk:
ciasto pośrodku nakłuwamy widelcem a po brzegach nie, tym sposobem brzegi urosną a środek pozostanie płaski.
Po wstępnym upieczeniu ciasta szybciutko wyciągamy blachę i dajemy pokrojony czosnek, pokrojony ser mozarella, na to te oliwki lidlowe niby diavolo co są kiepskie, anchois (helskie, ze szprotów, kosmiczny pomysł), garść pokrojonych maślaków, garść pomidorków koktajlowych i całość z powrotem do pieca, u mnie na 13 min w 225 st.
Myk:
na ciasto kładziemy ser, a dobroci na wierzch, dzięki temu ser się rozpuści, dobroci wtopią się w ser, a woda z dobroci zamiast wsiąknąć w ciasto ze szkodą dla ciasta odparuje sobie w górę.
Myk:
po wyjęciu z pieca oprószamy oregano.
Wciągnąłem dwa kawałki zapijając tmavym zlatym bazantem (chyba Martinez mi go zostawił). Jestem kontent i lubię, jak mi w domu pachnie świeżą pizzą.
Pisałem już przepis na pizzę? Nie pamiętam.
Smacznego.
Zaczęło się od oliwek. Byłem onegdaj w lidlu po gruyer i appenzeller, a zauważyłem przecenione oliwki diavolo. Miło mi się diavolo kojarzy to kupiłem, były ohydne.
Najpierw ciasto: 1/3 kostki drożdży. trochę cukru i ciepłej wody, odstawiamy. Jak drożdże zaczną się roić dodajemy 2 szklanki mąki, trochę oliwy i ciepłego piwa tyle, coby wyrobić elastyczne ciasto. Odstawiamy do wyrośnięcia. Po wyrośnięciu rozciągamy na placek.
Myki:
1. jeżeli ciasto ma być elastyczne i cienkie używamy jak najdrobniejszej mąki pszennej, 405 będzie ok,
2. jeżeli lubimy razowe ciasto mieszamy mąki 50:50, ale ciasto razowe będzie mniej elastyczne i tym samym trochę grubsze,
3. mąka owsiana - jak dodamy ciasto będzie chrupiące.
Ja mam kiepski piekarnik więc robię tak, że najpierw placek rozciągnięty na blasze podpiekam sam, 13 min w 225 st, jak kto ma termoobieg nie musi tego robić tylko może od razu obłożyć ciasto dobrem i piec całe.
Myk:
ciasto pośrodku nakłuwamy widelcem a po brzegach nie, tym sposobem brzegi urosną a środek pozostanie płaski.
Po wstępnym upieczeniu ciasta szybciutko wyciągamy blachę i dajemy pokrojony czosnek, pokrojony ser mozarella, na to te oliwki lidlowe niby diavolo co są kiepskie, anchois (helskie, ze szprotów, kosmiczny pomysł), garść pokrojonych maślaków, garść pomidorków koktajlowych i całość z powrotem do pieca, u mnie na 13 min w 225 st.
Myk:
na ciasto kładziemy ser, a dobroci na wierzch, dzięki temu ser się rozpuści, dobroci wtopią się w ser, a woda z dobroci zamiast wsiąknąć w ciasto ze szkodą dla ciasta odparuje sobie w górę.
Myk:
po wyjęciu z pieca oprószamy oregano.
Wciągnąłem dwa kawałki zapijając tmavym zlatym bazantem (chyba Martinez mi go zostawił). Jestem kontent i lubię, jak mi w domu pachnie świeżą pizzą.
Pisałem już przepis na pizzę? Nie pamiętam.
Smacznego.
Od kiedy tu REGULARNIE zaglądam nie przypominam sobie przepisu na pizze, ale może mi umknął. Nie należę do osób spostrzegawczych.
Przepis zanotuję. Mój syn bardzo lubi pizze. Przestaniemy zamawiać, zaczniemy piec.
Może nawet wykorzystam to co napisałeś już w tym tygodniu.
Nie mam światła w dwóch pokojach.
Tak sobie myślę, ze w jednym to chyba wystarczy przymocować takie plastikowe cudo i wkręcic w to cudo żarówkę. Brak światła w drugim pokoju rozwiązałam stawiając tam lampę. A moze bym i w moim postawiła lampę. wtedy nie muszę kombinowac z plastikowym cudem. Popatrzę w necie na ogłoszenia, może ktoś sprzedaje.
A teraz przepisze pizze do kajecika
Przepis zanotuję. Mój syn bardzo lubi pizze. Przestaniemy zamawiać, zaczniemy piec.
Może nawet wykorzystam to co napisałeś już w tym tygodniu.
Nie mam światła w dwóch pokojach.
Tak sobie myślę, ze w jednym to chyba wystarczy przymocować takie plastikowe cudo i wkręcic w to cudo żarówkę. Brak światła w drugim pokoju rozwiązałam stawiając tam lampę. A moze bym i w moim postawiła lampę. wtedy nie muszę kombinowac z plastikowym cudem. Popatrzę w necie na ogłoszenia, może ktoś sprzedaje.
A teraz przepisze pizze do kajecika