Widok
Ja również nie za dobrze wspominam swój poród,ale to tylko dzięki "wspaniałej położnej"której przy swoim porodzie widziałam może dwa razy na chwilę i "cudnej pani doktor" o której na tym forum dużo złych opinii.To samo na oddziale położniczym,tyle położnych się kręci ale żeby pomóc nie ma żadnej.A same narodziny mojego szkraba wspominam cudownie,płacz szczęścia i co tu dużo mówić...
hmmm, tak patrząc teraz na to wszystko, mi akcja zaczeła się około 10 rano, zaczełam mieć skurcze, ale takie że nawet nie zwracałam na nie uwagi (delikatne, ból jak na okres). jako że nie chciałam zapeszać nikogo nie informowałam. O godzinie 12 zaczełam je bardziej obserwować, i o 13 byłam już pewna że to reguralne skurcze. Bałam się strasznie że mi to zaraz przejdzie więc z utęsknieniem czekałam od jednego do drugiego. O 14 zadzwoniłam do męża i powiedziałam że chyba się zaczeło. O 17 już bolało bardzo, ale ja starałam się je przechodzić, kiedy się zaczynał wstawałam i dreptałam po korytarzu. Do 19 chodziłam pod prysznic, bo przynosił wielką ulgą, natomiast potem już nic nie pomagało...Najgorsza była noc, gdzie jak zaczynał się skurcz, wymiotowałam z bólu, kładłam się na ziemi na korytarzu na oddziale. Nie było lekarza, bo ponoć mieli zapierdziel na porodówce, nawet nie miał mnie kto zbadać. Dopiero o 5 rano pojawiła się pani doktor, i stwierdziła że przyjdzie za 2 godziny jeszcze raz, bo teraz i tak na porodówce nie ma wolnych łóżek, więc i tak na oddziale musze być. No i o 7 rano wzieli mnie tam. Ja byłam tak zmęczona że w przerwach pomiedzy skurczami starałam się zdrzemnąć, (nie specjalnie mi to wychodziło). Dzwoniłam do mamy z płaczem że już nie daje rady, że boli (chciała dzwonić do szpitala i im zrobić awanture dlaczego mi jeszcze znieczulenia nie podali). Później mój tatuś zadzwonił mi i podczas skurczu tłumaczył jak mam oddychać, na czym się skupić, kazał rozluźnić najpierw głowę, potem oczy, szczękę itp przez jakiś czas rzeczywiście byłam nad bólem, ale potem jakoś już nie miałam siły ćwiczyć tego wszystkiego. O godzinie 9 przebili mi wody. W końcu przed 12 ktoś łaskawie przyszedł pobrać mi krew, babeczka powiedziała że godzinka i dostane znieczulenie... Oczywiście ta godzinka trwała o wiele dłużej. W między czasie przyszedł mąż, a ja darłam się z bólu (biedaczek siedział obok i trzymał mnie za rękę). Zaczeły się tak częste skurcze że właściwie nie wiedziałam gdzie koniec a gdzie początek... Przyszła bardzo miła pani anastazjolog, przed znieczuleniem zbadali rozwarcie (3 i pół palca). Bardzo fajnie ze mną rozmawiała, opowiadała co robi, chyba żeby skupić moją uwagę na znieczuleniu a nie na skurczu. Udało mi się skurcze przetrwać w pozycji siedzącej, jak mi się wbijała w kręgosłup. Zaraz po zrobieniu znieczulenia, poczułam zupełnie inne skurcze, mniej bolesne, a tak właściwie poczułam że chce mi się kupkę. Położna zbadała rozwarcie i mówi, pełne rozwarcie... Ja w szoku, mąż jeszcze bardziej...Dopiero co 10 minut wcześniej było o połowę mniejsze. Babeczka kazała mi się położyć na boku, bo główka była jeszcze za wysoko, i powiedziała że nie muszę przeć bo narazie tylko się zmęczę. No i teraz pytanie, jak tu cholera nie przeć kiedy mi się tak cholernie chce ?! W końcu główkę było już widać, więc obróciły mnie spowrotem. Mężowi kazałam wyjść (byłam bez lewatywy i troszke się bałam, pozatem szykowało się nacinanie więc tym bardzej chciałam żeby wyszedł). On był bardzo wdzięczny że nie musi na to patrzeć, widziałam przerażenie w jego oczach), i po 5 partych syn był już na mojej piersi. Zanieśli małego tatusiowi, a mi pozostało urodzenie łożyska (nawet fajne uczucie). Przy szyciu płakałam z bólu, a zresztą już sama nie wiem z czego płakałam, czy z radości, ze zmęczenia.
Termin miałam wyznaczony na 12 września (piątek). Akurat w ten weekend miałam ostatni zjazd na studiach, ale udało mi się jeszcze tam dotrzeć. Specjalnie chodziłam wszędzie na piechotę, żeby wywołać poród, ale i tak nie pomagało. W ciągu tygodnia sprzątałam, ćwiczyłam, przygotowywałam gniazdko na przyjście naszego skarbusia. Gdzieś usłyszałam czy przeczytałam, że pomaga seks… A więc dawaj! Mężuś nie miał wyboru, zresztą nie narzekał :) I to też nie pomogło!!! Podczas kolejnego badania moja ginekolog stwierdziła, że mam rozwarcie na 1,5 palca i wysłała mnie do szpitala. A ja oczywiście dawaj na piechotę! Zbadali mnie i podłączyli do KTG, po czym odesłali do domu, bo nic się nie działo. Po dwóch dniach znowu byłam w szpitalu, ponieważ martwiłam się coraz słabszymi r******i dzieciątka. Byłam przekonana, że już tam zostanę, więc wzięłam torbę. Kolejne badanie i kolejne KTG i znowu nic. Kazali wrócić w poniedziałek (w moje urodziny). Z dzieciątkiem było wszystko w porządku, więc się trochę uspokoiłam. Wszystko zaczęło się dopiero w niedzielę rano. Poczułam pierwszy delikatny skurcz. Potem pojawiały się kolejne (co 25-30 minut). Po godzinie 16 wzięłam kartkę, długopis i telefon i zaczęłam spisywać, co jaki czas skurcze się powtarzają i ile trwają. Ich siły raczej nie notowałam, ponieważ nadal nie była ona zbyt duża. Dopakowałam brakujące rzeczy do torby, umyłam się i ogoliłam. Przed godziną 21 skurcze pojawiały się co jakieś 5 minut i trwały około 45 sekund. Mimo, że nadal nie były zbyt mocne, zdecydowałam, że jedziemy do szpitala. Spokojnie się spakowaliśmy i z pewną ekscytacją ruszyliśmy w kierunku szpitala.
Około 21:20 byliśmy na miejscu – mój mąż z wielką torbą, a ja z wielkim brzuchem. Najpierw – badanie ginekologiczne (tylko 2 palce rozwarcia!!!), potem USG (dziecko szykuje się do wyjścia) oraz pytanie o golenie (nie) i lewatywę (tak). Mój mąż załatwił wszystkie formalności i przebrał się w całkiem przyjemny ciuszek do porodu. Nie jakiś tam zielony, foliowy fartuch, ale spodnie i koszulka z normalnego materiału. Buty na zmianę zabraliśmy z domu. W drodze na porodówkę położna stwierdziła, że „pan to pojedzie jeszcze do domu, bo żona raczej dzisiaj nie urodzi”. A dlaczego? „Bo nie wygląda pani”… Najpierw podłączyli mnie pod KTG. Przyszła lekarka. Przeprowadzała ze mną wywiad i równocześnie podglądała wydruk z KTG. Podczas skurczu akurat coś tam mówiłam, a lekarka stwierdziła: „O, ma pani skurcz w tym momencie.” Ja na to: „No coś tam mam.” Na to ona: „I tak sobie pani ze mną rozmawia?” Ja na to: „A co mam robić?” Ona na to: „Inne chodzą po ścianach. Według wydruku ma pani bardzo silny skurcz.” (ponad 90 czegoś tam na 100 czegoś tam). Odłączono mnie od KTG. Usiadłam na piłkę i trochę poskakałam. Po kilku minutach, jak już skakanie mi się znudziło, poszliśmy pod prysznic. Tylko co robić pod tym prysznicem? Na stojąco, oblewając brzuch ciepłą wodą, skurcze przybrały trochę na sile. Mówię do męża: „Ale ty mi mów, jak ja mam oddychać.” (byliśmy mądrzy po szkole rodzenia, wyposażeni w dokładne notatki…). A on na to: „No to oddychaj.” Więc oddychałam… Szybko nam się znudziło, więc wróciłam na piłkę. Mój mąż zmęczył się tą „wyczerpującą” akcją porodową, więc stwierdził, żebym go obudziła, jak już się coś zacznie. Po chwili przyszła położna: „A pani nie pod prysznicem?” Ja na to: „Już byłam.” Ona na to: „Trzeba było tam być jakieś pół godziny.” Położna wyprosiła męża na chwilkę z pokoju i przebiła pęcherz płodowy, po czym zrobiła mi chyba masaż szyjki macicy… Powiedzmy, że to niezapomniane przeżycie… Wtedy przy pierwszym skurczu parłam i dopiero poczułam, jaki to ból. Chociaż muszę powiedzieć, że i tak nie było to takie straszne, jak sobie wyobrażałam. Wrócił mój mąż, a położna w zaczęła spisywać moje dane z dowodu. Spojrzała na moją datę urodzin – 22 września: „Pani Zuzanno, czekamy do północy?!” Na to ja krzycząc z pokoju: „Możemy poczekać!” Na to ona: „To przy kolejnym skurczu niech pani nie prze!” No tak, nie przeć… Hmm, tylko jak? Po północy położna znowu wyprosiła mojego męża i powtórzyła ten rozluźniający (bynajmniej nie mnie) masaż. I kolejne parcie. Potem mój mąż był już cały czas ze mną. Położna bardzo mnie chwaliła, a ja jej mówiłam z uśmiechem na twarzy: „O, idzie skurcz”. Postawa położnej bardzo mnie dopingowała. Stwierdziła, że ja to mogę „na handel rodzić”… Kazała też wezwać lekarza, co brzmiało: „Zadzwoń po lekarza i powiedz, żeby zaczął się powoli szykować. Albo lepiej powiedz, żeby już szedł, bo tak to przyjdzie za godzinę.” Lekarz się pojawił… Duży, zwłaszcza w szerz. Nawet ręce nie opierały się o ciało. Poza tym, raczej niemiły mruk. Zbadał mnie i sobie poszedł. 15 minut po północy spytałam się męża: „Myślisz, że do w pół do urodzę?” On na to: „Do w pół do to może nie, ale do pierwszej…” Za chwilę przyszedł kolejny skurcz i parcie. Kiedy było widać już główkę, usłyszałam: „No, nawet nie będzie trzeba ciąć.” A ja oczywiście chciałam już to przedyskutować: jak to?, naprawdę?, niemożliwe! etc.
I dzieciątko wyszło! 20 minut po północy! Prezent urodzinowy… Od razu usłyszałam jego płacz i dostałam mojego synka na ręce… Był czyściutki i piękny. Nie płakałam, ale chyba ze szczęścia nie wiedziałam, co mam powiedzieć. Wydusiłam tylko: „Ale on malutki.” Na co położna: „Wcale nie taki malutki.” I mi go zabrała… Poród od przebicia pęcherza płodowego do przyjścia na świat mojego synka trwał chyba 40 minut. Mój mąż przeciął pępowinę i zrobił kilka zdjęć. Łożysko praktycznie samo ze mnie wyszło, a raczej wyślizgnęło się. Przyszedł lekarz, obejrzał łożysko i wziął się za szycie. Dziwne, że jakoś mnie to wtedy nie zastanowiło. Przecież położna powiedziała, że nie trzeba ciąć. Okazało się, że były to dwa szwy rozpuszczalne, zakładane wewnątrz (lekkie pęknięcie). Samo szycie (oczywiście bez znieczulenia) przeżyłam gorzej niż poród. Może dlatego, że psychicznie byłam już po porodzie, a tu znowu ktoś mi grzebie i to mnie w dodatku piecze!!! Jęczałam z bólu i odpychałam się nogami, kiedy lekarz zbliżał się z igłą. Rzucał mi gniewne spojrzenia, więc złapałam się rękami, żeby już nie uciekać… Dziwne, że w takiej chwili myślałam w tak racjonalny sposób. Położna, słysząc moje jęki, powiedziała: „Tak dzielne zniosła pani poród, a przy szyciu pani krzyczy?” Wywieziono mnie na korytarz, a dzieciątko do sali noworodków. Salowa przyniosła mi lekko ciepłą herbatę i jakieś kanapki, a raczej składniki, żebym miała tę przyjemność i sama sobie mogła zrobić kanapki. Położna zaproponowała, żebym spróbowała się załatwić i podmyć. Potem przeszłam na położnictwo. Maluszka dostałam dopiero rano, przed obchodem. Karolek cały czas spał albo jadł i nie sprawiał mi żadnych kłopotów. Kocham go tak mocno, że nie potrafię wyrazić tego słowami. A sam poród wspominam raczej miło i nie mogę doczekać się kolejnego, chociaż najpierw musze zajść w ciążę :).
Około 21:20 byliśmy na miejscu – mój mąż z wielką torbą, a ja z wielkim brzuchem. Najpierw – badanie ginekologiczne (tylko 2 palce rozwarcia!!!), potem USG (dziecko szykuje się do wyjścia) oraz pytanie o golenie (nie) i lewatywę (tak). Mój mąż załatwił wszystkie formalności i przebrał się w całkiem przyjemny ciuszek do porodu. Nie jakiś tam zielony, foliowy fartuch, ale spodnie i koszulka z normalnego materiału. Buty na zmianę zabraliśmy z domu. W drodze na porodówkę położna stwierdziła, że „pan to pojedzie jeszcze do domu, bo żona raczej dzisiaj nie urodzi”. A dlaczego? „Bo nie wygląda pani”… Najpierw podłączyli mnie pod KTG. Przyszła lekarka. Przeprowadzała ze mną wywiad i równocześnie podglądała wydruk z KTG. Podczas skurczu akurat coś tam mówiłam, a lekarka stwierdziła: „O, ma pani skurcz w tym momencie.” Ja na to: „No coś tam mam.” Na to ona: „I tak sobie pani ze mną rozmawia?” Ja na to: „A co mam robić?” Ona na to: „Inne chodzą po ścianach. Według wydruku ma pani bardzo silny skurcz.” (ponad 90 czegoś tam na 100 czegoś tam). Odłączono mnie od KTG. Usiadłam na piłkę i trochę poskakałam. Po kilku minutach, jak już skakanie mi się znudziło, poszliśmy pod prysznic. Tylko co robić pod tym prysznicem? Na stojąco, oblewając brzuch ciepłą wodą, skurcze przybrały trochę na sile. Mówię do męża: „Ale ty mi mów, jak ja mam oddychać.” (byliśmy mądrzy po szkole rodzenia, wyposażeni w dokładne notatki…). A on na to: „No to oddychaj.” Więc oddychałam… Szybko nam się znudziło, więc wróciłam na piłkę. Mój mąż zmęczył się tą „wyczerpującą” akcją porodową, więc stwierdził, żebym go obudziła, jak już się coś zacznie. Po chwili przyszła położna: „A pani nie pod prysznicem?” Ja na to: „Już byłam.” Ona na to: „Trzeba było tam być jakieś pół godziny.” Położna wyprosiła męża na chwilkę z pokoju i przebiła pęcherz płodowy, po czym zrobiła mi chyba masaż szyjki macicy… Powiedzmy, że to niezapomniane przeżycie… Wtedy przy pierwszym skurczu parłam i dopiero poczułam, jaki to ból. Chociaż muszę powiedzieć, że i tak nie było to takie straszne, jak sobie wyobrażałam. Wrócił mój mąż, a położna w zaczęła spisywać moje dane z dowodu. Spojrzała na moją datę urodzin – 22 września: „Pani Zuzanno, czekamy do północy?!” Na to ja krzycząc z pokoju: „Możemy poczekać!” Na to ona: „To przy kolejnym skurczu niech pani nie prze!” No tak, nie przeć… Hmm, tylko jak? Po północy położna znowu wyprosiła mojego męża i powtórzyła ten rozluźniający (bynajmniej nie mnie) masaż. I kolejne parcie. Potem mój mąż był już cały czas ze mną. Położna bardzo mnie chwaliła, a ja jej mówiłam z uśmiechem na twarzy: „O, idzie skurcz”. Postawa położnej bardzo mnie dopingowała. Stwierdziła, że ja to mogę „na handel rodzić”… Kazała też wezwać lekarza, co brzmiało: „Zadzwoń po lekarza i powiedz, żeby zaczął się powoli szykować. Albo lepiej powiedz, żeby już szedł, bo tak to przyjdzie za godzinę.” Lekarz się pojawił… Duży, zwłaszcza w szerz. Nawet ręce nie opierały się o ciało. Poza tym, raczej niemiły mruk. Zbadał mnie i sobie poszedł. 15 minut po północy spytałam się męża: „Myślisz, że do w pół do urodzę?” On na to: „Do w pół do to może nie, ale do pierwszej…” Za chwilę przyszedł kolejny skurcz i parcie. Kiedy było widać już główkę, usłyszałam: „No, nawet nie będzie trzeba ciąć.” A ja oczywiście chciałam już to przedyskutować: jak to?, naprawdę?, niemożliwe! etc.
I dzieciątko wyszło! 20 minut po północy! Prezent urodzinowy… Od razu usłyszałam jego płacz i dostałam mojego synka na ręce… Był czyściutki i piękny. Nie płakałam, ale chyba ze szczęścia nie wiedziałam, co mam powiedzieć. Wydusiłam tylko: „Ale on malutki.” Na co położna: „Wcale nie taki malutki.” I mi go zabrała… Poród od przebicia pęcherza płodowego do przyjścia na świat mojego synka trwał chyba 40 minut. Mój mąż przeciął pępowinę i zrobił kilka zdjęć. Łożysko praktycznie samo ze mnie wyszło, a raczej wyślizgnęło się. Przyszedł lekarz, obejrzał łożysko i wziął się za szycie. Dziwne, że jakoś mnie to wtedy nie zastanowiło. Przecież położna powiedziała, że nie trzeba ciąć. Okazało się, że były to dwa szwy rozpuszczalne, zakładane wewnątrz (lekkie pęknięcie). Samo szycie (oczywiście bez znieczulenia) przeżyłam gorzej niż poród. Może dlatego, że psychicznie byłam już po porodzie, a tu znowu ktoś mi grzebie i to mnie w dodatku piecze!!! Jęczałam z bólu i odpychałam się nogami, kiedy lekarz zbliżał się z igłą. Rzucał mi gniewne spojrzenia, więc złapałam się rękami, żeby już nie uciekać… Dziwne, że w takiej chwili myślałam w tak racjonalny sposób. Położna, słysząc moje jęki, powiedziała: „Tak dzielne zniosła pani poród, a przy szyciu pani krzyczy?” Wywieziono mnie na korytarz, a dzieciątko do sali noworodków. Salowa przyniosła mi lekko ciepłą herbatę i jakieś kanapki, a raczej składniki, żebym miała tę przyjemność i sama sobie mogła zrobić kanapki. Położna zaproponowała, żebym spróbowała się załatwić i podmyć. Potem przeszłam na położnictwo. Maluszka dostałam dopiero rano, przed obchodem. Karolek cały czas spał albo jadł i nie sprawiał mi żadnych kłopotów. Kocham go tak mocno, że nie potrafię wyrazić tego słowami. A sam poród wspominam raczej miło i nie mogę doczekać się kolejnego, chociaż najpierw musze zajść w ciążę :).
mimo,że nie miałam jakiegoś ciężkiego porodu to nie nazwę tego najwspanialszym czy niezwykłaym przeżyciem, niedługo przede mną drugi i już na samą myśl mi się odechciewa. Nie ma nic gorszego taka jest prawda. Co tu dużo sciemniać mówić,że ból sie zapomina g... prawda. sorry za taką bojową odpowiedź ale ja chyba w jakiejś depresji przedporodowej jestem....
Zuzanna widzę że szycie szło Ci tak jak mi :) Też się kręciłam, płakałam, a momentami wręcz darłam że nie chce ;) Mi się wydaje że to nastawienie psychiczne, przy bólach porodowych wiemy ze i tak musimy urodzić, a przy szyciu wiemy że to nie jest aż takie konieczne. pozatem na poród szykujemy się przez 9 miesięcy, a na szycie wogóle ;)
Mi też koleżanka opowiadała, że nie chce więcej rodzić właśnie po wspomnieniach z szyciem, w ogóle to podobno przywiązali jej nogi żeby się nie wyrywała, przecież to jest jakieś brabażyństwo i właśnie teskty w stylu "jak pani wytrzymała poród to wytrzyma i szycie" są chore, nie można zrobić znieczulenia miejscowego przed szyciem? Może trzeba zapłacić, żeby nie być torturowaną?
ja bardzo dobrze wspominam swój poród, fakt, że rodziłam bardzo szybko - trochę ponad 1 godzinę i bez najmniejszych komplikacji ale skurcze zdążyły dać mi w kość ( następnym razem chyba wezmę ZZO ) :)
mino to uważam, że było to wspaniałe przeżycie i nie boję się już tak bardzo następnego porodu, do dzisiaj bardzo często wspominam całe wydarzenie z uśmiechem na ustach, NIE DO ZAPOMNIENIA jest chwila kiedy słyszysz pierwszy płacz swojego dziecka i moment kiedy kładą Ci je na piersi a ono od razu się uspokaja :)
pamiętam, że jak zobaczyłam Marka to stwierdziłam, że ma głowę jak kosmita ;)
pamiętam też dokładnie chwilę kiedy mnie wywożą na łóżku, za mną w łóżeczku jedzie Mareczek a za drzwiami widzę moją siostrę, która zawsze jest wszędzie na czas :) i razem we trójkę z moim Krzysiem siedzimy w sali poporodowej,
( Krzyś w garniturze bo nie zdążył się przebrać ) wpatrujemy się w malucha śmiejąc się, że ma duży nos jak tata :)
tyle się nasłuchałam o traumatycznych porodach, że bardzo się obawiałam, ale nie mam do swojego porodu najmniejszego zastrzeżenia i wszystkim ( oraz sobie następnym razem ;) życzę takich szybkich akcji :)
mino to uważam, że było to wspaniałe przeżycie i nie boję się już tak bardzo następnego porodu, do dzisiaj bardzo często wspominam całe wydarzenie z uśmiechem na ustach, NIE DO ZAPOMNIENIA jest chwila kiedy słyszysz pierwszy płacz swojego dziecka i moment kiedy kładą Ci je na piersi a ono od razu się uspokaja :)
pamiętam, że jak zobaczyłam Marka to stwierdziłam, że ma głowę jak kosmita ;)
pamiętam też dokładnie chwilę kiedy mnie wywożą na łóżku, za mną w łóżeczku jedzie Mareczek a za drzwiami widzę moją siostrę, która zawsze jest wszędzie na czas :) i razem we trójkę z moim Krzysiem siedzimy w sali poporodowej,
( Krzyś w garniturze bo nie zdążył się przebrać ) wpatrujemy się w malucha śmiejąc się, że ma duży nos jak tata :)
tyle się nasłuchałam o traumatycznych porodach, że bardzo się obawiałam, ale nie mam do swojego porodu najmniejszego zastrzeżenia i wszystkim ( oraz sobie następnym razem ;) życzę takich szybkich akcji :)
.U mnie o 4 rano odeszły wody płodowe, pojechaliśmy do szpitala i na patologi trzymali mnie az do rozwarcia na 8 palców, bo nie było miejsca na porodówce - a potem o 11 na porodówce , a o 14.55 urodziłam.
Ale ja szycie i urodzenie łożyska wspominam już tylko z nastawieniem niech robią co chcą , a miałam 14 szwów już teraz zdjetych.Trwało koło godziny szycie . Ale to nic z bólem porodu - choć musze przyznać,że nie czułam nawet jak mnie cieli widziałam jak biora nożyczki, tną, ale ból przy skurczach był taki,że nie czułam, nawet jak skóra pękła do połowy pośladka też nic- tylko mąż mi opowiadał jak krew trysneła i lekarz ja tamował. Ale u mnie dziecko ważyło 4,5 kg , główka nie chciała przejsć za duża i musieli tak mame pociac żeby użyć próżnociągu, a ta przyssawka na główke dziecka jest sporych rozmiarów.Chyba dopiero jak leżałam na łóżku w sali poporodowej potrafiłam sie cieszyć że mam swojego skarba już przy sobie.Teraz szwy sie goja - zdjecie o dziwo nie bolało , a niuniek leżyw łóżeczku i śmieje sie do zabaweczki . A ja po dwóch tygodniach prawie doszłam do siebie"( zbyt duża utrata krwi i cały czas leki) i najważniejsze wreszcie czuje,że jestem Mamą- mój aniołek jest obok.Ale z drugim dzieckiem odczekam jeszcze conajmniej z dwa lata.
Ale ja szycie i urodzenie łożyska wspominam już tylko z nastawieniem niech robią co chcą , a miałam 14 szwów już teraz zdjetych.Trwało koło godziny szycie . Ale to nic z bólem porodu - choć musze przyznać,że nie czułam nawet jak mnie cieli widziałam jak biora nożyczki, tną, ale ból przy skurczach był taki,że nie czułam, nawet jak skóra pękła do połowy pośladka też nic- tylko mąż mi opowiadał jak krew trysneła i lekarz ja tamował. Ale u mnie dziecko ważyło 4,5 kg , główka nie chciała przejsć za duża i musieli tak mame pociac żeby użyć próżnociągu, a ta przyssawka na główke dziecka jest sporych rozmiarów.Chyba dopiero jak leżałam na łóżku w sali poporodowej potrafiłam sie cieszyć że mam swojego skarba już przy sobie.Teraz szwy sie goja - zdjecie o dziwo nie bolało , a niuniek leżyw łóżeczku i śmieje sie do zabaweczki . A ja po dwóch tygodniach prawie doszłam do siebie"( zbyt duża utrata krwi i cały czas leki) i najważniejsze wreszcie czuje,że jestem Mamą- mój aniołek jest obok.Ale z drugim dzieckiem odczekam jeszcze conajmniej z dwa lata.
nie wiem czy to naprawdę ma znaczenie ale wśród moich znajomych zauważyłam pewną prawidłowość, że na przebieg porodu ma też wpływ jego termin a tym samym nastawienie, w bardzo wielu przypadkach jest tak, że jak ciąża jest już po terminie to poród bywa trudniejszy, a tym mamom, które rodziły przed terminem porody szły sprawniej :)
myślę, że to może wynikać ze zmęczenia i psychicznego wycieńczenia...
ja urodziłam dni wcześniej i jeszcze nie weszłam w etap " wyczekiwania " jeszcze się dobrze czułam i rano wstawałam z myślą, " dobra dziś jeszcze nie chce, może jutro " :)
jestem ciekawe co Wy o tym myślicie, czy tak jest rzeczywiście ???
myślę, że to może wynikać ze zmęczenia i psychicznego wycieńczenia...
ja urodziłam dni wcześniej i jeszcze nie weszłam w etap " wyczekiwania " jeszcze się dobrze czułam i rano wstawałam z myślą, " dobra dziś jeszcze nie chce, może jutro " :)
jestem ciekawe co Wy o tym myślicie, czy tak jest rzeczywiście ???
Ja mojego porodu nie wspominam dosc dobrze....Na porodówke z patologii trafilam o 14 a urodzilam o 1:15:) wiec troszke dlugo:) Poród to jeden wielki ból moim zdaniem....Dzieki Bogu ze mąż był przy mnie bo inaczej bym nie dala rady....trzymal za ręke i podtrzymywal na duchu...A co do szwów to jestem troche przerazona...szycie bez znieczulenia?! ja dostalam miejscowe znieczulenie podczas szycia...poczulam tylko 3 lekkie wklucia i nagle odretwienie...nie czulam nic..prócz lekkiego bezbolesnego ciagniecia...Ale ciesze sie ze mam juz to za soba....nastepne dziecko najszybciej za 3 lata:P
Pierwszych skurczy dostałam około 5 rano. Obudziłam się i poczułam taki lekki ból jak na miesiączkę. Nie przeszkadzał mi on jednak spać jeszcze do ósmej. Około 10 skurcze stały się nieco bardziej odczuwalne i zaczęłam lekko plamić, co jednak szybko przeszło. Zadzwoniłam do męża, aby powiedzieć mu, że chyba coś zaczyna się dziać i po godzinie była ze mną już moja mama. Skurcze stawały się coraz silniejsze i coraz częstsze. Jeszcze z dwie godziny dreptałam po mieszkaniu zginając się w pół przy każdym skurczu. O 14 zadzwoniłam do mojej położnej, która kazała nam przyjeżdżać już do szpitala. O 15 byliśmy z mężam na izbie przyjęć, gdzie załatwiliśmy formalności i skierowano nas na porodówkę. Okazał się, że mam już rozwarcie na 3,5 palca, położna zrobiła mi masaż szyjki (nie polecam), lekarz przebił pęcherz. Potem poszłam pod prysznic, około 17.20 zaczęły się bóle parte, a o 17.55 położyli mi na brzuchu mojego synka. Potem pozszywali mnie (trwało to długo, ale dostałam znieczulenie i tylko chwilami czułam lekkie pieczenie) i przewieźli nas na salę poporodową. Tam dostałam bardzo słodką herbatę i kolację i moglismy we trójkę cieszyć się sobą nawzajem. Po kolejnych dwóch godzinah przewieźli mnie z dzieckiem na oddział położniczy.
Obiektywnie patrząc wiem, że miałam łatwy i szybki poród, ale nie znaczy to, że nie był bolesny. Bolało jak diabli :). Bardzo pomgła mi obecność męża przy całym porodzie i świadomość, że jak będę chciała to dostanę znieczulenie, z którego wkońcu i tak nie skorzystałam.
Obiektywnie patrząc wiem, że miałam łatwy i szybki poród, ale nie znaczy to, że nie był bolesny. Bolało jak diabli :). Bardzo pomgła mi obecność męża przy całym porodzie i świadomość, że jak będę chciała to dostanę znieczulenie, z którego wkońcu i tak nie skorzystałam.
Ja rodziłam 8 godzin,tyle czasu w bólach,a i tak uważam że mój poród nie był straszny ani jakiś ciężki,czytając opowieści innych.Poprostu trzeba urodzić i już,jak boli też trudno,przeciez jesteśmy po to stworzone żeby dzieci rodzić,wiem że nie jest sprawiedliwie,bo jedna rodzi godzine,a druga 12 godzin,ale cóż zrobić...
no tak, prawda. każda z nas inaa, ba, nawet jedna osoba może miec dwie rózne historie przy każdym porodzie. moja mama pierwsze mojego brata szybciutko urodziła, ale już ze mną było niefajnie :(
ciekawe, czy to ma tez jakiś wpływ, takie dziedziczenie...
jakby nie bylo, wszystkie żyją :)
ciekawe, czy to ma tez jakiś wpływ, takie dziedziczenie...
jakby nie bylo, wszystkie żyją :)
"Nikt tak nie docenia geniuszu zawartego w twoich słowach jak twój pies."
Christopher Morley
Christopher Morley
u nas w rodzinie to się chyba sprawdza;) moja mama, jej dwie siostry i moja siostra- wszystkie rodziły szybko, mi też mama cały czas powtarzała, że nie mam się czego bać bo będzie tak samo ze mną i się sprawdziło a nawet zajęłam pierwsze miejsce ! ;)
ale tak zupełnie poważnie to tak jak ania27 pisze uważam, że nie ma to żadnego znaczenia
ale tak zupełnie poważnie to tak jak ania27 pisze uważam, że nie ma to żadnego znaczenia
- cale 9 miesiecy zazekalam sie, ze bede rodzic bez znieczulenia i w wodzie. niestety jak dostalam pierwszych skurczy jeszcze w domu, krzyczalam do meza, ze ja chce natychmiast dostac znieczulenie :)
- po przyjezdzie do szpitala polozna kazala mi sie polozyc do badania, a ja jedyne co moglam zrobic to krecic sie po pokoju, przeklinac i plakac. do tego wymiotowalam strrasznie. ona do mnie, ze mam nie wymiotowac do jej zlewu na to ja do niej to co na podloge?? do tego bariera jezykowa gdyz rodzilam w uk, jedyne co potrafilam powiedziec to fuck!!! maz krzyczy na mnie, ze jak chce przeklinac to lepiej po polsku :) polozna sie zloscila, ze nie moze nawiazac ze mna kontaktu, maz mi tlumaczyl.wreszcie udalo sie mnie zbadac,okazalo sie rozwarcie na 5 palcy... no to na ktg na godzine, gdzie nie mozna bylo wyczuc pulsu maluszka... dostalam tam tez zastrzyk na uspokojenie, bo mialam juz takie rozwarcie i skurcze, ze nie moglam wysuedziec na fotelu. zasnelam a jak sie obudzialm to odeszla reszta wod, rozwarcie na 8 palcy i skurcze parte. przeniesli mnie na porodowke, kolejna porcja wod zalala podloge, skorcze parte i anastezjolog ze znieczuleniem na ktore czekalam jak na zbawienie. urodzila bym juz o 10 rano ale niestety zzo spowalnia cala akcje porodowa i na 2 cm rozwarcia czekalismy 6 godzin. wtrakcie, gdy anastezjolog wkuwal sie do znieczulenia mialam skurcze parte. maz i polozna trzymali mnie zwinieta w klebek, aby lekarz mi kregoslupa nie uszkodzil.
- zmiana poloznych wprawil mnie w placz. polozna ktora dostalam juz na porodowce, skonczyla swoj dyzur i musiala juz isc. nie mogla uwierzyc, ze tak bardzo sie do niej przywiazalam orzez ten czas. w rezultacie obie plakalysmy.
-sam porod, troche komplikacji- 6 poloznych, lekarz i maz, skonczylo sie na ssaku, ktory wciaz odczepial sie od glowki Mikolaja, w rezultacie sama urodzilam.
-okazalo sie, ze pod koniec polozna dala mi tylko pol dawki znieczulenia, kore nie wystarczylo na caly porod i rodzilam na tzw zywca. wszytsko czulam, ale jak tylko babel byl juz na zewnatrz dostalam kolejna dawke i podczas szycia nic juz nie czulam i zartowalam z lekarzem, powiedzial ze za rok mnie tu znowu widzi, tylko z innym tata, zeby dzidzia byla mniejsza(Mikolaj wazyl 4050). a pozniej do meza zartowal, ze za te szwy, ktore wlasnie zaklada to pokocha go do konca zycia :D
- na koniec pojawila sie polozna, ktora przyjmowala mnie do szpitala, powiedzialam jej, ze teraz jak juz jest po wszytkim moge rozmawiac z nia w kazdym jezyku :D usmialysmy sie obie z calej sytuacji :P
- o malucha tak sie balam, ze cala noc trzymalam lozeczko, chyba zeby mi go nikt nie ukradl :D
a na koniec mojego wywodu dodam, ze moment jak dostalam moje malenstwo na piers zapamietam do konca zycia. widok placzacego meza rowniez. niezapomniane przezycie, i stwierdzilismy z mezem, ze jeszcze je powtorzymy :)
a i dodam, ze pierwszy tydzien po porodzie to istna masakra- bylo gorzej niz na porodowce, za to w drugim tygodniu moglabym znowu byc w ciazy i rodzic i strasznie nie moglam sie doczekac, kiedy znowu bede sie mogla "przytulac" z moim mezem :)
az mi sie lezka w oku zakrecila jak sobie znowu przypomnialam :)
- po przyjezdzie do szpitala polozna kazala mi sie polozyc do badania, a ja jedyne co moglam zrobic to krecic sie po pokoju, przeklinac i plakac. do tego wymiotowalam strrasznie. ona do mnie, ze mam nie wymiotowac do jej zlewu na to ja do niej to co na podloge?? do tego bariera jezykowa gdyz rodzilam w uk, jedyne co potrafilam powiedziec to fuck!!! maz krzyczy na mnie, ze jak chce przeklinac to lepiej po polsku :) polozna sie zloscila, ze nie moze nawiazac ze mna kontaktu, maz mi tlumaczyl.wreszcie udalo sie mnie zbadac,okazalo sie rozwarcie na 5 palcy... no to na ktg na godzine, gdzie nie mozna bylo wyczuc pulsu maluszka... dostalam tam tez zastrzyk na uspokojenie, bo mialam juz takie rozwarcie i skurcze, ze nie moglam wysuedziec na fotelu. zasnelam a jak sie obudzialm to odeszla reszta wod, rozwarcie na 8 palcy i skurcze parte. przeniesli mnie na porodowke, kolejna porcja wod zalala podloge, skorcze parte i anastezjolog ze znieczuleniem na ktore czekalam jak na zbawienie. urodzila bym juz o 10 rano ale niestety zzo spowalnia cala akcje porodowa i na 2 cm rozwarcia czekalismy 6 godzin. wtrakcie, gdy anastezjolog wkuwal sie do znieczulenia mialam skurcze parte. maz i polozna trzymali mnie zwinieta w klebek, aby lekarz mi kregoslupa nie uszkodzil.
- zmiana poloznych wprawil mnie w placz. polozna ktora dostalam juz na porodowce, skonczyla swoj dyzur i musiala juz isc. nie mogla uwierzyc, ze tak bardzo sie do niej przywiazalam orzez ten czas. w rezultacie obie plakalysmy.
-sam porod, troche komplikacji- 6 poloznych, lekarz i maz, skonczylo sie na ssaku, ktory wciaz odczepial sie od glowki Mikolaja, w rezultacie sama urodzilam.
-okazalo sie, ze pod koniec polozna dala mi tylko pol dawki znieczulenia, kore nie wystarczylo na caly porod i rodzilam na tzw zywca. wszytsko czulam, ale jak tylko babel byl juz na zewnatrz dostalam kolejna dawke i podczas szycia nic juz nie czulam i zartowalam z lekarzem, powiedzial ze za rok mnie tu znowu widzi, tylko z innym tata, zeby dzidzia byla mniejsza(Mikolaj wazyl 4050). a pozniej do meza zartowal, ze za te szwy, ktore wlasnie zaklada to pokocha go do konca zycia :D
- na koniec pojawila sie polozna, ktora przyjmowala mnie do szpitala, powiedzialam jej, ze teraz jak juz jest po wszytkim moge rozmawiac z nia w kazdym jezyku :D usmialysmy sie obie z calej sytuacji :P
- o malucha tak sie balam, ze cala noc trzymalam lozeczko, chyba zeby mi go nikt nie ukradl :D
a na koniec mojego wywodu dodam, ze moment jak dostalam moje malenstwo na piers zapamietam do konca zycia. widok placzacego meza rowniez. niezapomniane przezycie, i stwierdzilismy z mezem, ze jeszcze je powtorzymy :)
a i dodam, ze pierwszy tydzien po porodzie to istna masakra- bylo gorzej niz na porodowce, za to w drugim tygodniu moglabym znowu byc w ciazy i rodzic i strasznie nie moglam sie doczekac, kiedy znowu bede sie mogla "przytulac" z moim mezem :)
az mi sie lezka w oku zakrecila jak sobie znowu przypomnialam :)
adziula, super relacja :) na początku aż się uśmiałam i mężowi czytałam :)) podobało mi się szczególnie zapytanie o wymioty na podłogę :))
oczywiście, rozumiem też powagę sytuacji i współczuję bóli, ale sposób w jaki to opisałaś bardzo mnie rozbawił :)
oczywiście, rozumiem też powagę sytuacji i współczuję bóli, ale sposób w jaki to opisałaś bardzo mnie rozbawił :)
"Nikt tak nie docenia geniuszu zawartego w twoich słowach jak twój pies."
Christopher Morley
Christopher Morley
bo powiem Ci, ze po fakcie to wszyscy sie smiali i ja i maz i polozna :) ona w zartach oczywiscie powiedziala, ze mam jej umywalke zostawic w spokoju, gdyz obok staly pojemniki papierowe, ale ja akutar w tym stanie nie myslalam racjonalnie :)
bardzo milo wspominam swoj pobyt w szpitalu, mimo ze trwal tylko 36 godzin.
Tobie rownież zycze takich milych wspomnien, obys porod wspominala z usmiechem na twarzy :)
bardzo milo wspominam swoj pobyt w szpitalu, mimo ze trwal tylko 36 godzin.
Tobie rownież zycze takich milych wspomnien, obys porod wspominala z usmiechem na twarzy :)
ja moglabym urodzic juz drugie. naprawde myslalam ze bedzie jakas masakra a bylo nie tak strasznie. rodzilam w 42 t.c wywolywany. caly porod 3 godz w tym prawie 40 min smialam sie do meza i krecilam beczke ze ja chyba urodze bez zadnych boli bo kroplowka byla podlaczona a ja nic nie czulam...no potem juz poczulam;)
Liwia wazyla 4310.
Zycze takich porodow kazdej przyszlej mamusi;)
Liwia wazyla 4310.
Zycze takich porodow kazdej przyszlej mamusi;)
Ja miałam oba porody bardzo lekkie. Przy pierwszym dziecku. Kiedy w nocy dostałam bóli, śmiałam się, ze jak tam wygląda poród to ja nie wiem o co chodzi z tym bólem.
Po przyjeździe do szpitala, podano mi OXY. Dosłownie po spłynięciu kroplówki z OXY w 10 minut dostałam bóli partych.
Mała pojawiła się przy 3 parciu
Z drugim dzieckiem troszkę ciężej, bo nie pomagali mi, nie podali OXY, tylko czekali czy akcja porodowa sama się zacznie.
Leżałam na porodówce około 5-6 h bez większych bóli.
Bóle które bolały zaczęły się dosłownie z 20 minut przed przyjściem dziecka na świat.
Ogólnie dwa porody bardzo szybkie, ale co się człowiek strachu naje to już inna historia :)
Teraz czeka mnie 3 poród, tylko, że przez CC i nie będę oszukiwać, ze się boję.
Jednak myśl, że poród = przyjście dziecka na świat, uspakaja mnie i wiem, że dam radę.
Tak Nas stworzyła natura, choć zastanawiam się dlaczego poród nie może w ogóle nie boleć, 9 miesięcy oczekiwania bez chwil trachu, obaw itd.
No cóż, dziewczyny nie ma co czytać, panikować bo każda rodzi inaczej, każda ma inną wytrzymałość na ból.
Po przyjeździe do szpitala, podano mi OXY. Dosłownie po spłynięciu kroplówki z OXY w 10 minut dostałam bóli partych.
Mała pojawiła się przy 3 parciu
Z drugim dzieckiem troszkę ciężej, bo nie pomagali mi, nie podali OXY, tylko czekali czy akcja porodowa sama się zacznie.
Leżałam na porodówce około 5-6 h bez większych bóli.
Bóle które bolały zaczęły się dosłownie z 20 minut przed przyjściem dziecka na świat.
Ogólnie dwa porody bardzo szybkie, ale co się człowiek strachu naje to już inna historia :)
Teraz czeka mnie 3 poród, tylko, że przez CC i nie będę oszukiwać, ze się boję.
Jednak myśl, że poród = przyjście dziecka na świat, uspakaja mnie i wiem, że dam radę.
Tak Nas stworzyła natura, choć zastanawiam się dlaczego poród nie może w ogóle nie boleć, 9 miesięcy oczekiwania bez chwil trachu, obaw itd.
No cóż, dziewczyny nie ma co czytać, panikować bo każda rodzi inaczej, każda ma inną wytrzymałość na ból.
Ok to teraz przyznam szczerze. Boję się. Ja jestem panikara. Jak mi pobieraja krew to ja odwracam głowę żeby nie widzieć igły, jak idę do dentysty to zawsze późnym wieczorem żeby znieczulenie działało do czasu aż zasnę... Nie wspomnę o tym że depilacja brwi u kosmetyczki jest dla mnie koszmarem. Ja nie wiem jak ja przeżyje to nacinanie, szycie bez znieczulenia... Chyba kupię sobie znieczulenie na czarnym rynku i sama sobie zaaplikuje w ubikacji :) Może mój dentysta okaże się człowiekiem i da mi jedną fiolkę, myślicie że zadziała? :)
ja też mam bardzo niską odporność na ból, boję się strzykawek itp- bardziej niż poród bolało mnie wyrywanie zęba u dentysty czy wkłuwanie igły, żeby założyć wenflon...
A ja sobie też chętnie powspominam :) Termin miałam na 7.03. Już tydzień przed porodem odszedł mi czop, miałam rozwarcie 2 cm i nieregularne skurcze. W Walentynki poczułam konkretniejsze skurcze, były dość regularne, pojechaliśmy z mężem w środku nocy na izbę przyjęć- lekarz mnie zbadał i powiedział, że najprawdopodobniej urodzę w przeciągu 6 godzin. Postanowiliśmy pojechać do domu i w domu zasnąć i czekac... No i minęła sobota, minęła niedziela, poniedziałek... We wtorek 17.02. spotkałam się rano z kumpelą, poszłyśmy na spacer i na gorącą czekoladę, a na 15 poszłam na wizytę kontrolną do mojej ginekolog. Usiadłam na fotelu ginekologicznym, a ona mnie tylko dotknęła w szyjkę ;) i chluuust, wody odeszły :) To było takie dziwne uczucie, ciepło, mokro, no i niezręcznie, bo zachlapałam pół gabinetu :D Pani doktor się śmiała i cieszyła ze mną, bo wiedziała, że chcę już urodzić Tośkę :) Zeszłam sobie na dół na izbę przyjęć, mieli już moje papiery z soboty, to nic już prawie nie musiałam wypełniać i skierowali na patologię ciąży, żeby czekać na skurcze. Przyjechał mąż z moimi rzeczami, ale nie wziął mi kapci, szłam w koszulce nocnej, szlafroku i takich wyższych traperkach, czułam się jak bokser gotowy do walki! :D Położyli mnie na patologii, rozpakowałam się, wsadziłam rzeczy do szafeczki i podłączyli KTG. Na KTG prawie nic nie było widać, położna sobie poszła, gdy nagle poczułam konkretne skurcze, coraz częstsze, coraz mocniejsze, no i czułam, że Tośka się juz pcha na świat... Zawołałam położną, a ona nie chciała uwierzyć, że tak szybko, przecież to pierwszy poród, nie ma tak łatwo, Pani chyba oszukuje... Ale spojrzała na KTG, zawołała lekarza, rozwarcie 5 cm, lecimy na porodówkę :) Jak dolecieliśmy na porodówkę, to było już 8 cm i chwila moment pełne rozwarcie- rodzimy! Rodziłam na stojąco, robiąc przysiady (mąż mnie podtrzymywał, bo nie miałam na tyle siły, żeby na skurczach, z wielkim brzuchem robić przysiady na prostych stopach). Krzyczałam, bo mnie bolały skurcze, a położna ścisnęła mnie mocno za rękę i powiedziała, że właśnie takie ściskanie czuje moje maleńkie dziecko, kiedy krzyczę,a kiedy ładnie oddycham- dziecku jest luźniej i łatwiej wyjść na świat- ani razu nie krzyknęłam już :) Dopiero na parte usiadłam na fotelu porodowym- jeden czy dwa parte i malutka wyskoczyła, taka różowiutka, śliczna, zero krwi, z idealną główką, położyli mi ją na brzuchu, tata przeciął pępowinę :) Taki malutki kochany szczurek :):):) Co do technicznych spraw: nie bylam nacinana ani szyta- z czego bardzo się cieszę. Poród sam w sobie nie bolał nic a nic- jedynie skurcze.
Sorry za długą relację, ale fajnie mi tak powspominać :) Rodziłam w Wejherowie, razem z mężem :)
A ja sobie też chętnie powspominam :) Termin miałam na 7.03. Już tydzień przed porodem odszedł mi czop, miałam rozwarcie 2 cm i nieregularne skurcze. W Walentynki poczułam konkretniejsze skurcze, były dość regularne, pojechaliśmy z mężem w środku nocy na izbę przyjęć- lekarz mnie zbadał i powiedział, że najprawdopodobniej urodzę w przeciągu 6 godzin. Postanowiliśmy pojechać do domu i w domu zasnąć i czekac... No i minęła sobota, minęła niedziela, poniedziałek... We wtorek 17.02. spotkałam się rano z kumpelą, poszłyśmy na spacer i na gorącą czekoladę, a na 15 poszłam na wizytę kontrolną do mojej ginekolog. Usiadłam na fotelu ginekologicznym, a ona mnie tylko dotknęła w szyjkę ;) i chluuust, wody odeszły :) To było takie dziwne uczucie, ciepło, mokro, no i niezręcznie, bo zachlapałam pół gabinetu :D Pani doktor się śmiała i cieszyła ze mną, bo wiedziała, że chcę już urodzić Tośkę :) Zeszłam sobie na dół na izbę przyjęć, mieli już moje papiery z soboty, to nic już prawie nie musiałam wypełniać i skierowali na patologię ciąży, żeby czekać na skurcze. Przyjechał mąż z moimi rzeczami, ale nie wziął mi kapci, szłam w koszulce nocnej, szlafroku i takich wyższych traperkach, czułam się jak bokser gotowy do walki! :D Położyli mnie na patologii, rozpakowałam się, wsadziłam rzeczy do szafeczki i podłączyli KTG. Na KTG prawie nic nie było widać, położna sobie poszła, gdy nagle poczułam konkretne skurcze, coraz częstsze, coraz mocniejsze, no i czułam, że Tośka się juz pcha na świat... Zawołałam położną, a ona nie chciała uwierzyć, że tak szybko, przecież to pierwszy poród, nie ma tak łatwo, Pani chyba oszukuje... Ale spojrzała na KTG, zawołała lekarza, rozwarcie 5 cm, lecimy na porodówkę :) Jak dolecieliśmy na porodówkę, to było już 8 cm i chwila moment pełne rozwarcie- rodzimy! Rodziłam na stojąco, robiąc przysiady (mąż mnie podtrzymywał, bo nie miałam na tyle siły, żeby na skurczach, z wielkim brzuchem robić przysiady na prostych stopach). Krzyczałam, bo mnie bolały skurcze, a położna ścisnęła mnie mocno za rękę i powiedziała, że właśnie takie ściskanie czuje moje maleńkie dziecko, kiedy krzyczę,a kiedy ładnie oddycham- dziecku jest luźniej i łatwiej wyjść na świat- ani razu nie krzyknęłam już :) Dopiero na parte usiadłam na fotelu porodowym- jeden czy dwa parte i malutka wyskoczyła, taka różowiutka, śliczna, zero krwi, z idealną główką, położyli mi ją na brzuchu, tata przeciął pępowinę :) Taki malutki kochany szczurek :):):) Co do technicznych spraw: nie bylam nacinana ani szyta- z czego bardzo się cieszę. Poród sam w sobie nie bolał nic a nic- jedynie skurcze.
Sorry za długą relację, ale fajnie mi tak powspominać :) Rodziłam w Wejherowie, razem z mężem :)
dziwczyny nacinanie nie bolało, nawet pęknieć nie czułam- bo przy skurczach ból zagłuszył wszystko, a do szycia dostałam dwa zastrzyczki, których tez nie czułam- szycia tez, a szwów troche jest.Zdejmowania bez znieczulenia nie czułam- połozna zdejmujaca szwy do mnie tylko mówiła,że ale sie pani nasłuchała,że to musi boleć bo byłam przyszykowana na ból.A co prawda to prawda urodzic trzeba odwrotu nie ma- tylko życze wam żeby wasze maluchy były troche mniejsze niż 4500 kg:(
A propos strachu, przeczytałam ostatnio, że dobre samopoczucie i ozytywne nastawienie pomaga podczas porodu. Ale nie były to tylko puste słowa, bo:
- jesli jesteś rozluźniona, to mózg sam wytwarza oksytocynę
- to z kolei przyspiesza akcję porodową
- ponadto powoduje większe rozwarcie szyjki macicy
Było też napisane, że lewatywa może przyspeszyć poród. Polecam ten artykuł. Znalazłam go na onecie, w zakładce "Kobieta" (coś związane z ciążą czy porodem).
Dziewczyny, nie zawsze jest strasznie. Ja dostałam głupawki, chichrałam się (bez żadnych leków...) i to chyba pomogło :)
- jesli jesteś rozluźniona, to mózg sam wytwarza oksytocynę
- to z kolei przyspiesza akcję porodową
- ponadto powoduje większe rozwarcie szyjki macicy
Było też napisane, że lewatywa może przyspeszyć poród. Polecam ten artykuł. Znalazłam go na onecie, w zakładce "Kobieta" (coś związane z ciążą czy porodem).
Dziewczyny, nie zawsze jest strasznie. Ja dostałam głupawki, chichrałam się (bez żadnych leków...) i to chyba pomogło :)
Niektóre kobiety mówią że to najgorszy ból w życiu (współczuje), ja moge powiedzieć że taki ból to nie ból :) przy skórczach bolało mnie tak jak nieraz przy okresie jak tabletek przeciwbólowych nie wzięłam, więc nie było aż tak źle.
Pierwszy etap porosu trwał 3.15 godz. skurcze miałam co 7, 5, 20, 5, 2, 5, 1, 5... minut później coraz częstsze, w jakimś momencie zaczęły się parte. Drugi etap porodu trwał 1.15 godz. Poszło nawet szybko i prawie bezboleśnie :) łątwy poród. Gdyby każdy przebieg ciąży i porodu był taki jak ten, gdyby dobrze za to płacili to mogłabym to robić zawodowo :P
Pierwsza ciąża, pierwszy poród... spodziewałam się że będzie gorzej, byłam nastawiona na dużo gorszy ból, więc było miłe "rozczarowanie" gdy okazało się że to wcale tak bardzo nie boli, ani w pierwszym etapie ani w drugim. Dużo gorszy ból był kiedy to łożysko nie chciało wyjść i gościu mi na brzuch nacisnął, to dopiero zabolało, a tak to nie moge narzekać :)
miałam szczęście że przebieg ciąży miałam bardzo dobry, żadnych wymiotów, żadnych innych objawów, jednie pod koniec stopy lekko spuchnięte, poród też bardzo dobry, szybki, łatwy, tzn przy partych troche męczące to było. Więc mam bardzo dobre wspomnienia :)
Pierwszy etap porosu trwał 3.15 godz. skurcze miałam co 7, 5, 20, 5, 2, 5, 1, 5... minut później coraz częstsze, w jakimś momencie zaczęły się parte. Drugi etap porodu trwał 1.15 godz. Poszło nawet szybko i prawie bezboleśnie :) łątwy poród. Gdyby każdy przebieg ciąży i porodu był taki jak ten, gdyby dobrze za to płacili to mogłabym to robić zawodowo :P
Pierwsza ciąża, pierwszy poród... spodziewałam się że będzie gorzej, byłam nastawiona na dużo gorszy ból, więc było miłe "rozczarowanie" gdy okazało się że to wcale tak bardzo nie boli, ani w pierwszym etapie ani w drugim. Dużo gorszy ból był kiedy to łożysko nie chciało wyjść i gościu mi na brzuch nacisnął, to dopiero zabolało, a tak to nie moge narzekać :)
miałam szczęście że przebieg ciąży miałam bardzo dobry, żadnych wymiotów, żadnych innych objawów, jednie pod koniec stopy lekko spuchnięte, poród też bardzo dobry, szybki, łatwy, tzn przy partych troche męczące to było. Więc mam bardzo dobre wspomnienia :)