Widok

Wspomnienia z porodówki

Rodzina i dziecko bez ogłoszeń Temat dostępny też na forum:
Mamusie, jak wspominacie poród? Opiszcie to niezwykłe wydarzenie - na pewno wiele z nas pamieta nie tylko ból... A takie wspomnienia to też jakaś pomoc dla przyszłych mamuś. Będą mogły przeczytać, jak to naprawde wygląda. Za praszam do wpominania :)
popieram tę opinię 0 nie zgadzam się z tą opinią 0
Ja wolę nie wspominać, daleko mi do nazywania tego niezwykłym wydarzeniem...
Dziwne tylko że tej całej histerii porodwo - szpitalnej nie przypłaciłam depresją ... odpukać, psychicznie mam się doskonale.
popieram tę opinię 0 nie zgadzam się z tą opinią 0
hmmm, tak patrząc teraz na to wszystko, mi akcja zaczeła się około 10 rano, zaczełam mieć skurcze, ale takie że nawet nie zwracałam na nie uwagi (delikatne, ból jak na okres). jako że nie chciałam zapeszać nikogo nie informowałam. O godzinie 12 zaczełam je bardziej obserwować, i o 13 byłam już pewna że to reguralne skurcze. Bałam się strasznie że mi to zaraz przejdzie więc z utęsknieniem czekałam od jednego do drugiego. O 14 zadzwoniłam do męża i powiedziałam że chyba się zaczeło. O 17 już bolało bardzo, ale ja starałam się je przechodzić, kiedy się zaczynał wstawałam i dreptałam po korytarzu. Do 19 chodziłam pod prysznic, bo przynosił wielką ulgą, natomiast potem już nic nie pomagało...Najgorsza była noc, gdzie jak zaczynał się skurcz, wymiotowałam z bólu, kładłam się na ziemi na korytarzu na oddziale. Nie było lekarza, bo ponoć mieli zapierdziel na porodówce, nawet nie miał mnie kto zbadać. Dopiero o 5 rano pojawiła się pani doktor, i stwierdziła że przyjdzie za 2 godziny jeszcze raz, bo teraz i tak na porodówce nie ma wolnych łóżek, więc i tak na oddziale musze być. No i o 7 rano wzieli mnie tam. Ja byłam tak zmęczona że w przerwach pomiedzy skurczami starałam się zdrzemnąć, (nie specjalnie mi to wychodziło). Dzwoniłam do mamy z płaczem że już nie daje rady, że boli (chciała dzwonić do szpitala i im zrobić awanture dlaczego mi jeszcze znieczulenia nie podali). Później mój tatuś zadzwonił mi i podczas skurczu tłumaczył jak mam oddychać, na czym się skupić, kazał rozluźnić najpierw głowę, potem oczy, szczękę itp przez jakiś czas rzeczywiście byłam nad bólem, ale potem jakoś już nie miałam siły ćwiczyć tego wszystkiego. O godzinie 9 przebili mi wody. W końcu przed 12 ktoś łaskawie przyszedł pobrać mi krew, babeczka powiedziała że godzinka i dostane znieczulenie... Oczywiście ta godzinka trwała o wiele dłużej. W między czasie przyszedł mąż, a ja darłam się z bólu (biedaczek siedział obok i trzymał mnie za rękę). Zaczeły się tak częste skurcze że właściwie nie wiedziałam gdzie koniec a gdzie początek... Przyszła bardzo miła pani anastazjolog, przed znieczuleniem zbadali rozwarcie (3 i pół palca). Bardzo fajnie ze mną rozmawiała, opowiadała co robi, chyba żeby skupić moją uwagę na znieczuleniu a nie na skurczu. Udało mi się skurcze przetrwać w pozycji siedzącej, jak mi się wbijała w kręgosłup. Zaraz po zrobieniu znieczulenia, poczułam zupełnie inne skurcze, mniej bolesne, a tak właściwie poczułam że chce mi się kupkę. Położna zbadała rozwarcie i mówi, pełne rozwarcie... Ja w szoku, mąż jeszcze bardziej...Dopiero co 10 minut wcześniej było o połowę mniejsze. Babeczka kazała mi się położyć na boku, bo główka była jeszcze za wysoko, i powiedziała że nie muszę przeć bo narazie tylko się zmęczę. No i teraz pytanie, jak tu cholera nie przeć kiedy mi się tak cholernie chce ?! W końcu główkę było już widać, więc obróciły mnie spowrotem. Mężowi kazałam wyjść (byłam bez lewatywy i troszke się bałam, pozatem szykowało się nacinanie więc tym bardzej chciałam żeby wyszedł). On był bardzo wdzięczny że nie musi na to patrzeć, widziałam przerażenie w jego oczach), i po 5 partych syn był już na mojej piersi. Zanieśli małego tatusiowi, a mi pozostało urodzenie łożyska (nawet fajne uczucie). Przy szyciu płakałam z bólu, a zresztą już sama nie wiem z czego płakałam, czy z radości, ze zmęczenia.
popieram tę opinię 0 nie zgadzam się z tą opinią 0
Termin miałam wyznaczony na 12 września (piątek). Akurat w ten weekend miałam ostatni zjazd na studiach, ale udało mi się jeszcze tam dotrzeć. Specjalnie chodziłam wszędzie na piechotę, żeby wywołać poród, ale i tak nie pomagało. W ciągu tygodnia sprzątałam, ćwiczyłam, przygotowywałam gniazdko na przyjście naszego skarbusia. Gdzieś usłyszałam czy przeczytałam, że pomaga seks… A więc dawaj! Mężuś nie miał wyboru, zresztą nie narzekał :) I to też nie pomogło!!! Podczas kolejnego badania moja ginekolog stwierdziła, że mam rozwarcie na 1,5 palca i wysłała mnie do szpitala. A ja oczywiście dawaj na piechotę! Zbadali mnie i podłączyli do KTG, po czym odesłali do domu, bo nic się nie działo. Po dwóch dniach znowu byłam w szpitalu, ponieważ martwiłam się coraz słabszymi r******i dzieciątka. Byłam przekonana, że już tam zostanę, więc wzięłam torbę. Kolejne badanie i kolejne KTG i znowu nic. Kazali wrócić w poniedziałek (w moje urodziny). Z dzieciątkiem było wszystko w porządku, więc się trochę uspokoiłam. Wszystko zaczęło się dopiero w niedzielę rano. Poczułam pierwszy delikatny skurcz. Potem pojawiały się kolejne (co 25-30 minut). Po godzinie 16 wzięłam kartkę, długopis i telefon i zaczęłam spisywać, co jaki czas skurcze się powtarzają i ile trwają. Ich siły raczej nie notowałam, ponieważ nadal nie była ona zbyt duża. Dopakowałam brakujące rzeczy do torby, umyłam się i ogoliłam. Przed godziną 21 skurcze pojawiały się co jakieś 5 minut i trwały około 45 sekund. Mimo, że nadal nie były zbyt mocne, zdecydowałam, że jedziemy do szpitala. Spokojnie się spakowaliśmy i z pewną ekscytacją ruszyliśmy w kierunku szpitala.

Około 21:20 byliśmy na miejscu – mój mąż z wielką torbą, a ja z wielkim brzuchem. Najpierw – badanie ginekologiczne (tylko 2 palce rozwarcia!!!), potem USG (dziecko szykuje się do wyjścia) oraz pytanie o golenie (nie) i lewatywę (tak). Mój mąż załatwił wszystkie formalności i przebrał się w całkiem przyjemny ciuszek do porodu. Nie jakiś tam zielony, foliowy fartuch, ale spodnie i koszulka z normalnego materiału. Buty na zmianę zabraliśmy z domu. W drodze na porodówkę położna stwierdziła, że „pan to pojedzie jeszcze do domu, bo żona raczej dzisiaj nie urodzi”. A dlaczego? „Bo nie wygląda pani”… Najpierw podłączyli mnie pod KTG. Przyszła lekarka. Przeprowadzała ze mną wywiad i równocześnie podglądała wydruk z KTG. Podczas skurczu akurat coś tam mówiłam, a lekarka stwierdziła: „O, ma pani skurcz w tym momencie.” Ja na to: „No coś tam mam.” Na to ona: „I tak sobie pani ze mną rozmawia?” Ja na to: „A co mam robić?” Ona na to: „Inne chodzą po ścianach. Według wydruku ma pani bardzo silny skurcz.” (ponad 90 czegoś tam na 100 czegoś tam). Odłączono mnie od KTG. Usiadłam na piłkę i trochę poskakałam. Po kilku minutach, jak już skakanie mi się znudziło, poszliśmy pod prysznic. Tylko co robić pod tym prysznicem? Na stojąco, oblewając brzuch ciepłą wodą, skurcze przybrały trochę na sile. Mówię do męża: „Ale ty mi mów, jak ja mam oddychać.” (byliśmy mądrzy po szkole rodzenia, wyposażeni w dokładne notatki…). A on na to: „No to oddychaj.” Więc oddychałam… Szybko nam się znudziło, więc wróciłam na piłkę. Mój mąż zmęczył się tą „wyczerpującą” akcją porodową, więc stwierdził, żebym go obudziła, jak już się coś zacznie. Po chwili przyszła położna: „A pani nie pod prysznicem?” Ja na to: „Już byłam.” Ona na to: „Trzeba było tam być jakieś pół godziny.” Położna wyprosiła męża na chwilkę z pokoju i przebiła pęcherz płodowy, po czym zrobiła mi chyba masaż szyjki macicy… Powiedzmy, że to niezapomniane przeżycie… Wtedy przy pierwszym skurczu parłam i dopiero poczułam, jaki to ból. Chociaż muszę powiedzieć, że i tak nie było to takie straszne, jak sobie wyobrażałam. Wrócił mój mąż, a położna w zaczęła spisywać moje dane z dowodu. Spojrzała na moją datę urodzin – 22 września: „Pani Zuzanno, czekamy do północy?!” Na to ja krzycząc z pokoju: „Możemy poczekać!” Na to ona: „To przy kolejnym skurczu niech pani nie prze!” No tak, nie przeć… Hmm, tylko jak? Po północy położna znowu wyprosiła mojego męża i powtórzyła ten rozluźniający (bynajmniej nie mnie) masaż. I kolejne parcie. Potem mój mąż był już cały czas ze mną. Położna bardzo mnie chwaliła, a ja jej mówiłam z uśmiechem na twarzy: „O, idzie skurcz”. Postawa położnej bardzo mnie dopingowała. Stwierdziła, że ja to mogę „na handel rodzić”… Kazała też wezwać lekarza, co brzmiało: „Zadzwoń po lekarza i powiedz, żeby zaczął się powoli szykować. Albo lepiej powiedz, żeby już szedł, bo tak to przyjdzie za godzinę.” Lekarz się pojawił… Duży, zwłaszcza w szerz. Nawet ręce nie opierały się o ciało. Poza tym, raczej niemiły mruk. Zbadał mnie i sobie poszedł. 15 minut po północy spytałam się męża: „Myślisz, że do w pół do urodzę?” On na to: „Do w pół do to może nie, ale do pierwszej…” Za chwilę przyszedł kolejny skurcz i parcie. Kiedy było widać już główkę, usłyszałam: „No, nawet nie będzie trzeba ciąć.” A ja oczywiście chciałam już to przedyskutować: jak to?, naprawdę?, niemożliwe! etc.

I dzieciątko wyszło! 20 minut po północy! Prezent urodzinowy… Od razu usłyszałam jego płacz i dostałam mojego synka na ręce… Był czyściutki i piękny. Nie płakałam, ale chyba ze szczęścia nie wiedziałam, co mam powiedzieć. Wydusiłam tylko: „Ale on malutki.” Na co położna: „Wcale nie taki malutki.” I mi go zabrała… Poród od przebicia pęcherza płodowego do przyjścia na świat mojego synka trwał chyba 40 minut. Mój mąż przeciął pępowinę i zrobił kilka zdjęć. Łożysko praktycznie samo ze mnie wyszło, a raczej wyślizgnęło się. Przyszedł lekarz, obejrzał łożysko i wziął się za szycie. Dziwne, że jakoś mnie to wtedy nie zastanowiło. Przecież położna powiedziała, że nie trzeba ciąć. Okazało się, że były to dwa szwy rozpuszczalne, zakładane wewnątrz (lekkie pęknięcie). Samo szycie (oczywiście bez znieczulenia) przeżyłam gorzej niż poród. Może dlatego, że psychicznie byłam już po porodzie, a tu znowu ktoś mi grzebie i to mnie w dodatku piecze!!! Jęczałam z bólu i odpychałam się nogami, kiedy lekarz zbliżał się z igłą. Rzucał mi gniewne spojrzenia, więc złapałam się rękami, żeby już nie uciekać… Dziwne, że w takiej chwili myślałam w tak racjonalny sposób. Położna, słysząc moje jęki, powiedziała: „Tak dzielne zniosła pani poród, a przy szyciu pani krzyczy?” Wywieziono mnie na korytarz, a dzieciątko do sali noworodków. Salowa przyniosła mi lekko ciepłą herbatę i jakieś kanapki, a raczej składniki, żebym miała tę przyjemność i sama sobie mogła zrobić kanapki. Położna zaproponowała, żebym spróbowała się załatwić i podmyć. Potem przeszłam na położnictwo. Maluszka dostałam dopiero rano, przed obchodem. Karolek cały czas spał albo jadł i nie sprawiał mi żadnych kłopotów. Kocham go tak mocno, że nie potrafię wyrazić tego słowami. A sam poród wspominam raczej miło i nie mogę doczekać się kolejnego, chociaż najpierw musze zajść w ciążę :).
popieram tę opinię 0 nie zgadzam się z tą opinią 0
Ja również nie za dobrze wspominam swój poród,ale to tylko dzięki "wspaniałej położnej"której przy swoim porodzie widziałam może dwa razy na chwilę i "cudnej pani doktor" o której na tym forum dużo złych opinii.To samo na oddziale położniczym,tyle położnych się kręci ale żeby pomóc nie ma żadnej.A same narodziny mojego szkraba wspominam cudownie,płacz szczęścia i co tu dużo mówić...
popieram tę opinię 0 nie zgadzam się z tą opinią 0
poród = jeden wielki koszmarrrr.....
niewiem czy chce miec jeszcze dzieci...tzn chce,ale jak sobie pomysle i tak ciezkiej ciazy i cholernie ciezkim porodzie to krzyczę"NIE" !...
popieram tę opinię 0 nie zgadzam się z tą opinią 0
mimo,że nie miałam jakiegoś ciężkiego porodu to nie nazwę tego najwspanialszym czy niezwykłaym przeżyciem, niedługo przede mną drugi i już na samą myśl mi się odechciewa. Nie ma nic gorszego taka jest prawda. Co tu dużo sciemniać mówić,że ból sie zapomina g... prawda. sorry za taką bojową odpowiedź ale ja chyba w jakiejś depresji przedporodowej jestem....
popieram tę opinię 0 nie zgadzam się z tą opinią 0
racja...tylko niestety w tej kwestii zycie nie jest sprawiedliwe,bo niektore maja porody lzejsze i przede wszystkim szybkie,a inne meczą sie po kilkanascie godzin albo i wiecej...
Ja Cie rozumiem,bo mnie tez to przeraza.....To bylo straszne,bo zbyt dlugie...
popieram tę opinię 0 nie zgadzam się z tą opinią 0
Zuzanna widzę że szycie szło Ci tak jak mi :) Też się kręciłam, płakałam, a momentami wręcz darłam że nie chce ;) Mi się wydaje że to nastawienie psychiczne, przy bólach porodowych wiemy ze i tak musimy urodzić, a przy szyciu wiemy że to nie jest aż takie konieczne. pozatem na poród szykujemy się przez 9 miesięcy, a na szycie wogóle ;)
popieram tę opinię 0 nie zgadzam się z tą opinią 0
jedyne co dobrze wspominam to moment kiedy położono mi moja niunię (a raczej dwie bo mam dwie córki13 i 2 latka) na brzuch już po tym strasznym koszmarze.naprawdę nie ma co wspominać,ból i nic poza tym!
popieram tę opinię 0 nie zgadzam się z tą opinią 0
Przepraszam za naiwne pytanie ale to szycie to odbywa się bez żadnego znieczulenia? Choćby miejscowego? Ja jak idę do dentysty to proszę o podwójne a tu mam iść na żywca... O kurcze, tego nie przewidziałam.
popieram tę opinię 0 nie zgadzam się z tą opinią 0
Mi też koleżanka opowiadała, że nie chce więcej rodzić właśnie po wspomnieniach z szyciem, w ogóle to podobno przywiązali jej nogi żeby się nie wyrywała, przecież to jest jakieś brabażyństwo i właśnie teskty w stylu "jak pani wytrzymała poród to wytrzyma i szycie" są chore, nie można zrobić znieczulenia miejscowego przed szyciem? Może trzeba zapłacić, żeby nie być torturowaną?
popieram tę opinię 0 nie zgadzam się z tą opinią 0
zszywanie mnie wogole praktycznie nie bolało...:)
popieram tę opinię 0 nie zgadzam się z tą opinią 0
ja bardzo dobrze wspominam swój poród, fakt, że rodziłam bardzo szybko - trochę ponad 1 godzinę i bez najmniejszych komplikacji ale skurcze zdążyły dać mi w kość ( następnym razem chyba wezmę ZZO ) :)
mino to uważam, że było to wspaniałe przeżycie i nie boję się już tak bardzo następnego porodu, do dzisiaj bardzo często wspominam całe wydarzenie z uśmiechem na ustach, NIE DO ZAPOMNIENIA jest chwila kiedy słyszysz pierwszy płacz swojego dziecka i moment kiedy kładą Ci je na piersi a ono od razu się uspokaja :)
pamiętam, że jak zobaczyłam Marka to stwierdziłam, że ma głowę jak kosmita ;)
pamiętam też dokładnie chwilę kiedy mnie wywożą na łóżku, za mną w łóżeczku jedzie Mareczek a za drzwiami widzę moją siostrę, która zawsze jest wszędzie na czas :) i razem we trójkę z moim Krzysiem siedzimy w sali poporodowej,
( Krzyś w garniturze bo nie zdążył się przebrać ) wpatrujemy się w malucha śmiejąc się, że ma duży nos jak tata :)

tyle się nasłuchałam o traumatycznych porodach, że bardzo się obawiałam, ale nie mam do swojego porodu najmniejszego zastrzeżenia i wszystkim ( oraz sobie następnym razem ;) życzę takich szybkich akcji :)
popieram tę opinię 0 nie zgadzam się z tą opinią 0
apropos szwów, podczas porodu czułam, że mnie szyją ale bez tragedii, za to później mnie tak te cholerne szwy ciągnęły, że pierwsze tygodnie po porodzie to była tragedia ( i to gorzej wspominam od samego porodu ;)
popieram tę opinię 0 nie zgadzam się z tą opinią 0
.U mnie o 4 rano odeszły wody płodowe, pojechaliśmy do szpitala i na patologi trzymali mnie az do rozwarcia na 8 palców, bo nie było miejsca na porodówce - a potem o 11 na porodówce , a o 14.55 urodziłam.
Ale ja szycie i urodzenie łożyska wspominam już tylko z nastawieniem niech robią co chcą , a miałam 14 szwów już teraz zdjetych.Trwało koło godziny szycie . Ale to nic z bólem porodu - choć musze przyznać,że nie czułam nawet jak mnie cieli widziałam jak biora nożyczki, tną, ale ból przy skurczach był taki,że nie czułam, nawet jak skóra pękła do połowy pośladka też nic- tylko mąż mi opowiadał jak krew trysneła i lekarz ja tamował. Ale u mnie dziecko ważyło 4,5 kg , główka nie chciała przejsć za duża i musieli tak mame pociac żeby użyć próżnociągu, a ta przyssawka na główke dziecka jest sporych rozmiarów.Chyba dopiero jak leżałam na łóżku w sali poporodowej potrafiłam sie cieszyć że mam swojego skarba już przy sobie.Teraz szwy sie goja - zdjecie o dziwo nie bolało , a niuniek leżyw łóżeczku i śmieje sie do zabaweczki . A ja po dwóch tygodniach prawie doszłam do siebie"( zbyt duża utrata krwi i cały czas leki) i najważniejsze wreszcie czuje,że jestem Mamą- mój aniołek jest obok.Ale z drugim dzieckiem odczekam jeszcze conajmniej z dwa lata.



















popieram tę opinię 0 nie zgadzam się z tą opinią 0
Pierwszych skurczy dostałam około 5 rano. Obudziłam się i poczułam taki lekki ból jak na miesiączkę. Nie przeszkadzał mi on jednak spać jeszcze do ósmej. Około 10 skurcze stały się nieco bardziej odczuwalne i zaczęłam lekko plamić, co jednak szybko przeszło. Zadzwoniłam do męża, aby powiedzieć mu, że chyba coś zaczyna się dziać i po godzinie była ze mną już moja mama. Skurcze stawały się coraz silniejsze i coraz częstsze. Jeszcze z dwie godziny dreptałam po mieszkaniu zginając się w pół przy każdym skurczu. O 14 zadzwoniłam do mojej położnej, która kazała nam przyjeżdżać już do szpitala. O 15 byliśmy z mężam na izbie przyjęć, gdzie załatwiliśmy formalności i skierowano nas na porodówkę. Okazał się, że mam już rozwarcie na 3,5 palca, położna zrobiła mi masaż szyjki (nie polecam), lekarz przebił pęcherz. Potem poszłam pod prysznic, około 17.20 zaczęły się bóle parte, a o 17.55 położyli mi na brzuchu mojego synka. Potem pozszywali mnie (trwało to długo, ale dostałam znieczulenie i tylko chwilami czułam lekkie pieczenie) i przewieźli nas na salę poporodową. Tam dostałam bardzo słodką herbatę i kolację i moglismy we trójkę cieszyć się sobą nawzajem. Po kolejnych dwóch godzinah przewieźli mnie z dzieckiem na oddział położniczy.
Obiektywnie patrząc wiem, że miałam łatwy i szybki poród, ale nie znaczy to, że nie był bolesny. Bolało jak diabli :). Bardzo pomgła mi obecność męża przy całym porodzie i świadomość, że jak będę chciała to dostanę znieczulenie, z którego wkońcu i tak nie skorzystałam.
popieram tę opinię 0 nie zgadzam się z tą opinią 0
nie wiem czy to naprawdę ma znaczenie ale wśród moich znajomych zauważyłam pewną prawidłowość, że na przebieg porodu ma też wpływ jego termin a tym samym nastawienie, w bardzo wielu przypadkach jest tak, że jak ciąża jest już po terminie to poród bywa trudniejszy, a tym mamom, które rodziły przed terminem porody szły sprawniej :)
myślę, że to może wynikać ze zmęczenia i psychicznego wycieńczenia...

ja urodziłam dni wcześniej i jeszcze nie weszłam w etap " wyczekiwania " jeszcze się dobrze czułam i rano wstawałam z myślą, " dobra dziś jeszcze nie chce, może jutro " :)

jestem ciekawe co Wy o tym myślicie, czy tak jest rzeczywiście ???
popieram tę opinię 0 nie zgadzam się z tą opinią 0
Ja mojego porodu nie wspominam dosc dobrze....Na porodówke z patologii trafilam o 14 a urodzilam o 1:15:) wiec troszke dlugo:) Poród to jeden wielki ból moim zdaniem....Dzieki Bogu ze mąż był przy mnie bo inaczej bym nie dala rady....trzymal za ręke i podtrzymywal na duchu...A co do szwów to jestem troche przerazona...szycie bez znieczulenia?! ja dostalam miejscowe znieczulenie podczas szycia...poczulam tylko 3 lekkie wklucia i nagle odretwienie...nie czulam nic..prócz lekkiego bezbolesnego ciagniecia...Ale ciesze sie ze mam juz to za soba....nastepne dziecko najszybciej za 3 lata:P
popieram tę opinię 0 nie zgadzam się z tą opinią 0
kurcze, tak czytam te historie i kolana mi się miekkie robią...możecie dziewczyny dodać w których szpitalach rodziłyście?
"Nikt tak nie docenia geniuszu zawartego w twoich słowach jak twój pies."
Christopher Morley
popieram tę opinię 0 nie zgadzam się z tą opinią 0

Inne tematy z forum Rodzina i dziecko

dr Włodzimierz Sieg-opinie prowadzenie ciąży (31 odpowiedzi)

Jak w temacie proszę o opinie o tym lekarzu, zmieniam ginekologa w połowie ciąży i jestem...

biznes - jaki ?? (22 odpowiedzi)

Witam wszystkich na forum i bardzo proszę o pomoc. Postanowiłam otworzyć swój własny niewielki...

do góry