Widok

Żony marynarzy......

Rodzina i dziecko Temat dostępny też na forum:
właśnie po raz pierwszy wczoraj mój mąż popłynął na kontrakt....zostałam domku z córeczkami 3 latka, a druga 2 tygodnie.....tak wyszło że te 2 tyg po porodzie już musieliśmy się rozstać na 5 miesięcy :(
Kochane jak sobie radzicie jak przetrwać ten czas....czy kolejne dni będą mniej bolesne? Póki co chce mi się płakać bez przerwy....
popieram tę opinię 1 nie zgadzam się z tą opinią 4
"Ciesz się dziećmi i pamiętaj, że Twój mąż po wsparcie do Ciebie będzie się zwracał"

A do kogo ma zwrócić się po wsparcie żona, kiedy będzie jej ciężko?
popieram tę opinię 7 nie zgadzam się z tą opinią 1
no bez jaj, użalacie sie nad soba i tyle. od zarania dziejów ludzie byli zmuszani do rozłąk, kiedyś drogą morską prowadziło się glowne wymiany handlowe, chyba ktos na tych statkach pływal? i nie było internetu, telefonii komórkowej, darmowych komunikatorów itd, tylko,ludzie po kilka miesięcy w ogóle nie zamienili ze soba nawet słowa....byla wojna i tez matki z dziecmi jakoś żyły, były zesłania, internowania itd. były znowu emigracje powojenne, od kilkunastu lat są emigracje zarobkowe....poza tym, nie chodzi o kase, bo są zawody wymagające ciągłej nieobecnosci w domu...a nawet jak pracujesz na miejscu to czasy sa takie, że prace do domu przynosiz albo zostajesz po godzinach i nie chodzi o podrzędnych pracowników, bo im wyższe stanowiska tym rzadziej uczestniczysz w życiu rodzinnym... a jak jestes parcownikiem fizycznym to jak chcesz cos zarobc to bierzesz fuchy po godzinach plus weekendy i tez w domu cie nie ma, a jak nie wezmiesz fuch to na zycie raczej nie starcza, sorry, ale tak wyglada rzeczywistosc w tym kraju. mijamy sie z mezem ciagle, chciaz mamy dorze platna prace, ale stanowisko zobowiazuje, obowiazkow jest duzo i nie ma mozliwosci wykonania ich w 8 godzin pracy... zyjemy na telefonach, mejlach, smsach, w domu zawsze cos do zrobienia i na tulanki i wieczorne spokojne wieczorki to jest czas jak dwa razy w roku sie wylaczamy na 2 -3 tyg i mamy wakacje...takie zycie, taka proza zycia, a te dyrdymały to chyba jakies niedojrzale osoby wypisuja...marynarz zawod jak kazdy inny, cieszcie sie z kasa z tego duza, bo chyba nie zdajecie sobie sprawy, ze malo kto ma komfort uprawiania zycia rodzinnego w pelnej krasie, czyli 8 godzin pracy, do domku bawimy sie w rodzinke, i zarabiania sporych pieniedzy. ja nie znam takich osob.
popieram tę opinię 9 nie zgadzam się z tą opinią 1
A do kogo ma zwrócić się po wsparcie żona, kiedy będzie jej ciężko?

dla Ciebie wsparcie to fizyczna obecnosc? no to gratuluje dojrzałosci. mam wielu znajomych w 3miesie i najwieksze wsparcie wsrod znajomych otrzymuje od przyjaciolki ktora zyje 2tys km stad, zawsze o kazdej porze dnia czy nocy.

czasem maz siedzacy obok na kanapie moze bcy bardziej obcy niz ten ktory napisze ci mejla z innego kontynentu.
co to w ogole za podejscie? poza tym, chyba mazenstwo-para podejmuje decyzje o wspolnym zyciu RAZEM, swiadomie wybiera i rozumie z czym to sie wiaze, skoro wycodza takie kwiatki po wyplynieciu faceta, to chyba raczej bylo to podyktowane niewlasciwymi przeslankami-typu zarobisz kase bedzie super- no coz, zle podstawy zwiazku, wiec zwiazek zle sie konczy.

kiedys ludzie trwali z rozlakach do smierci, kochali sie i szanowali...ale kiedys jak to ktos powiedzial, jak sie cos psulo to sie to naprawialo i o to walczylo, teraz wymienia sie na inny model. i to jest klu tej rzeczywistosci. absurdalnie majac narzedzia, ktore umozliwiaja codzienny kontakt z druga osoba bedaca na drugiej polkuli, ludzie nie sa w stanie przetrwac, to dla mnie marna wiez, marne podstawy zwiazku i czy na morzu czy ladzie i tak by nie przetrwali...
popieram tę opinię 7 nie zgadzam się z tą opinią 1
proponuje założyć wątek "mężowie stewardes".
popieram tę opinię 5 nie zgadzam się z tą opinią 2
no bez jaj...
żeby wojnę, zesłania traktować jako coś normalnego, jako jeden z powodów rozłąki. To że tak było, nie znaczy, że było dobrze. Matki JAKOŚ żyły. Żyły, bo musiały, ale czy tego chciały, czy było im dobrze? Raczej wyboru nie miały.
Teraz mamy wybór. Najczęściej ci, co pływają albo w pracy siedzą po 15 godzin na dobę to sami dokonali takiego wyboru, nie dla JAKIEGOŚ życia ale w ich ocenie dobrego. Jednak nawet jak pracują dużo, przynoszą pracę do domu, to w tym domu są. Może nie poświęcają czasu rodzinie tyle, ile by chcieli ale w razie potrzeby są na miejscu. Życie przynosi ciągłe niespodzianki, chociażby chwilową chorobę. Jak jest dwoje rodziców na miejscu, to łatwiej wszystko zorganizować. Jednemu rodzicowi jest po prostu trudniej. Poza tym więzi buduje się na codzienności. Nawet jak czasu jest mało, to buziak na dobranoc, przeczytanie bajki przed snem mają znaczenie.
Przytoczę przykład rodziców mojej koleżanki. Tata pływał całe życie zawodowe. Był piękny duży dom. Dzieci miały fajne ciuchy, ekstra zabawki, chodziły na zajęcia dodatkowe, co w czasach komuny nie było takie oczywiste jak teraz. Jak tata przeszedł na emeryturę, po pewnym czasie rodzice się rozeszli. Generalnie to są bardzo fajni, przyjemni ludzie i bardzo lubię i jedno i drugie. Przez tyle lat małżeństwo funkcjonowało. Jakoś potrafili wypracować własny sposób na życie. Jak po tych wszystkich latach, jak mąż wrócił do domu, okazało się że z mamą nie mogą razem wytrzymać. Stali się obcymi dla siebie ludźmi. Dzieci już były dorosłe, miały własne rodziny, więc aż tak bardzo ich to nie dotknęło ale mąż i żona zostali sami. W ich przypadku długotrwała rozłąka spowodowała spustoszenie we wzajemnych więziach. Pewnie inni sobie z tym poradzą, ale nie wszystkim to się musi udac.
popieram tę opinię 1 nie zgadzam się z tą opinią 3
Tak, dla mnie ważna jest fizyczna obecność i poczucie, że jest ktoś przy mnie, kto w razie potrzeby mi pomoże, nie tylko powie miłe słowo, coś poradzi ale realnie pomoże. Ja też mam przyjaciela (ale to facet), na którego mogę liczyć 24h na dobę ale ja tego nie nadużywam. Przyjaźń trwa już prawie 20 lat i nigdy się na niej nie zawiodłam. Jednak przyjacielem najbliższym jest dla mnie mój mąż. Jak wymiotowałam w ciąży i bardzo źle się czułam, to nie dzwoniłam do przyjaciela w środku nocy ale mąż był przy mnie i podawał mi miskę :). Przykładów można mnożyć. Mąż był przy mnie jak ja tego potrzebowałam, a ja byłam przy nim, kiedy on tego potrzebował. Oczywiście nie będę gadała z nim o kosmetykach, nie poproszę o pomoc w wyborze sukienki, choć bym czasami chciała. Wiem, że to nie jego klimaty :) Od tego mam koleżanki. Jednak wiem, że mogę na niego liczyć w 100%, zawsze, niezależnie od sytuacji. Jesteśmy malżeństwem z killkunastoletnim stażem i w sprawach ważnych nigdy na mężu się nie zawiodłam, co więcej był ZAWSZE przy mnie, kiedy tego potrzebowałam. Ktoś kiedyś o nas powiedział, że znamy się jak łyse konie. To prawda, ale dlatego że byliśmy zawsze razem. Razem cieszyliśmy się, razem przeżywaliśmy nasze małe dramaty, razem idziemy przez to nasze codzienne życie. Dla mnie, podkreślam DLA MNIE jest to komfortowa sytuacja i nie zamieniłabym jej na inną za wygodniejsze, bardziej luksusowe życie.
popieram tę opinię 4 nie zgadzam się z tą opinią 2
Nie wyobrażam sobie życia z mężem tylko na telefonach i mailach...szczególnie gdy ktoś ma już jakieś sensowne stanowisko. Nie po to się uczyłam i awansowałam abym miała pracy poświęcać każda wolna chwilę kosztem rodziny i mojego wolnego czasu. Work and balance -ta filozofia do mnie przemawia. Pewnie-mozna zarabiać więcej ,mieć więcej -tylko po co? Jeśli nie masz kiedy i z kim się tym cieszyć ?

Cieszę się że mnie problem rozłąki nie dotyczy i nie zazdroszczę takim małżeństwom. Pamiętam jak koleżanki mamy,żony marynarzy opowiadały jak ciężko im po latach jak mąż wraca do domu i wprowadza swoje porządki. Wszystkie lepiej się czuły bez nich niż z nimi.
popieram tę opinię 3 nie zgadzam się z tą opinią 5
Jak wymiotowałam w ciąży i bardzo źle się czułam, to nie dzwoniłam do przyjaciela w środku nocy ale mąż był przy mnie i podawał mi miskę

jakbys miała męża lekarza, co ma co chwila nocne dyzury, robi specjalizacje i doktorat, to by Ci miski nie podawał, ba nawet kokosów y ci nie przynosil przez wiele lat poswiecenia... oderwane od rzeczywstosci jestescie bardzo laleczki.
popieram tę opinię 7 nie zgadzam się z tą opinią 3
Nie mam w zwyczaju wypisywać się w tematach, o których nic nie wiem, nie przeżyłam lub znam jedynie z opowieści ...
Przeżyj to, poczuj i poznaj. Nie przenoś plociuch i cudzych straszków.
Kiepskiej baletnicy i rąbek spódnicy w tańcu (życiu) przeszkadza.
To co dla jednego niewyobrażalne, dla drugiego smaczny chleb powszedni.
Autorka wątku ma szanse poznać swoje miejsce.
Popłakać ludzka rzecz i zatrwożyć się też.
Jutro słonko i tak wzejdzie, dzień przeżyć trzeba i dobrze by było radośnie.
popieram tę opinię 6 nie zgadzam się z tą opinią 2
Męża lekarz nie mam, ale doktora już tak. Jak robił ten swój doktorat, to bardziej ja byłam przy nim. Role się zmieniały zależnie od sytuacji. Były czasy, że kokosów nie było ale byliśmy razem, wspieraliśmy się, razem planowaliśmy nasze życie. Nasze wakacje wyglądały tak, że jechaliśmy na weekendowym bilecie PKP w góry i z powrotem - wszystko od piątku do niedzieli, bo na więcej nas nie było stać. I nam to też sprawiało przyjemność, bo robiliśmy to razem. Teraz standard życia mamy lepszy ale kokosów też nie ma. Ale jesteśmy razem i dla nas tak jest i łatwej, i przyjemniej. Taka jest moja codzienność, z której jestem zadowolona. Czy tak naprawdę jestem aż tak oderwana od rzeczywistości, że wiem, iż nie dla mnie małżeństwo korespondencyjne? Wyżej jest napisane, że jak nie spróbujesz to nie wiesz. Wychowywałam się w domu, gdzie tata był gościem więc co nieco wiem. Poza tym naprawdę nie trzeba zaciąć się w palec, żeby wyobrazić sobie, że to boli.
I mam znajomych lekarzy. Fakt, pracują bardzo dużo ale żaden z nich nie narzeka na pieniądze. Nawet ci, którzy są niedawno po specjalizacji mają kupione swoje mieszkania (i to całkiem spore), dobre samochody.
popieram tę opinię 3 nie zgadzam się z tą opinią 2
Po pierwsze, tak jak napisaliście, tak powtórzę, nie biadolę i nie rozpaczam, bo wiedziałam na co się piszę. Świadomie wybrałam na męża marynarza i wcale nie jest mi z tego powodu źle. Nie zawsze też jest różowo i kolorowo, oczywiście są też gorsze chwile, ale to nie powód, żeby się użalać nad sobą i jęczeć z pretensjami niewiadomo do kogo i o co. Taki zawód i tyle. Chociaż jestem w stanie zrozumieć, że być może nie każdy się do takiego związku nadaje, ale nad tym trzeba się zastanowić wcześniej. Mnie to nie przeszkadza, ja sobie radzę sama, a nawet jak mi źle to też potrafię wziąć się w garść a nie marudzić i płakać, bo mąż na statku. Jeśli ktoś nie jest w stanie ogarnąć siebie i domu sam to nie powinien nawet na marynarza spojrzeć.

Po drugie, nie rozumiem dlaczego odległość ma być przeszkodą w byciu wsparciem i ostoją dla drugiej osoby? Naprawdę myślicie, że bycie ze sobą na co dzień jest takie istotne? Osobiście znam wiele par i małżeństwo które żyją albo jak pies z kotem albo nie razem a obok siebie, jak obcy ludzie. I to zarówno będąc 30 lat po ślubie jak i narzeczeństwa mieszkające razem. Odległość tu nie ma nic do rzeczy, można żyć w związku na odległość a być bliżej siebie niż mieć chłopa przy boku i guzik z niego. Kto tego nie ma, może nie zrozumieć.

Po trzecie, też nie przesadzajcie z tymi zarobkami. Są dobre, ale na pewno nie jest już to samo co lata temu kiedy marynarz naprawdę dobrze zarabiał, a po kilku miesiącach na morzu był w stanie kupić mieszkanie, samochód i jeszcze zostało. Jest kryzys na morzu, zwłaszcza w sektorze naftowym i wcale nie są to nie wiadomo jak wielkie pieniądze.

A po czwarte, także obserwując znajomych, rodzinę i siebie, ale to jest to o czym też już pisałam. Ja wybieram męża w domu przez miesiąc non stop, ojca dla dziecka non stop. Takiego który ma czas dla rodziny non stop, przez 24/7, ma czas, ochotę i energię na zabawy, spacery, wycieczki, nie jest zmęczony, nie zastyga przed "Ukrytą Prawdą", nie wraca styrany z roboty w korkach i wkurzony przez szefa, itd, itp...a potem nawet jak go nie ma, żyjemy w erze telefonów, internetów, skype, fb, jest na porządku dziennym. Owszem, bywają dni bez zasięgu, ale generalnie kontakt jest bardzo dobry. I nigdy nie ma nudy, nie zdążymy się sobą znudzić w domu, już tęsknimy, bo jest wyjazd. Nie zdążymy zatęsknić już jedziemy na lotnisko, nie ma rutyny. Dla mnie każdy powrót męża jest jak pierwsza randka, motyle w brzuchu, radosne oczekiwanie. Już kilka dni przed zaczynamy przygotowanie, zakupy, ulubiony obiad, nowa sukienka dla małej, bo dla nas to jest święto, cudowny i wyczekany czas kiedy wraca tata, kiedy wraca mąż... ale nie, lepiej usiąść i płakać...

:)
popieram tę opinię 9 nie zgadzam się z tą opinią 1
Ahhhh, dodam jeszcze tylko coś w temacie przykładowych wymiotów w ciąży. Ja rzygałam do 5 mca. I kiedy mąż był w domu podał mi miskę. Kiedy go nie było, sama poszłam do kibelka.

Wymówka, że mąż na morzu to tylko wymówka, bo nie ma kto Ci pomóc. Kto Ci pomoże jak rzygasz o 11 37 a mąż jest w biurze/szpitalu/zakładzie czy w jakiekolwiek innej pracy którą wykonuje? Dzwonisz do niego, że Ci słabo i ma wrócić podać Ci szklankę wody z cukrem?
popieram tę opinię 7 nie zgadzam się z tą opinią 0
Nie popadajmy w skrajności...

"I kiedy mąż był w domu podał mi miskę. Kiedy go nie było, sama poszłam do kibelka" - no właśnie, jak był to podał. Jakby było lepszym wyjściem samemu chodzenie do kibelka, to nawet jakby był ten maż obok, to nie chciałabyś od niego pomocy. Dla mnie była to komfortowa sytuacja, jak miałam pewność, że wieczorami i w nocy będzie obok a jak rzeczywiście coś by się działo poważnego, to jest niedaleko.
Nie zadzwonię o 11.37, żeby powiedzieć o bólu brzucha ale jak było coś poważnego, to owszem potrafiłam zadzwonić w środku dnia. Jakbym tego nie zrobiła, to by mąż był zły.
Jak przed porodem akcja się zaczęła w środku dnia, to owszem też dzwoniłam. Zresztą wszyscy w pracy byli przygotowani, że jak się zacznie, to mój mąż wychodzi i już. Jak z jednym dzieckiem chorym siedziałam w domu a drugie w szkole połamało się, to nie zostawiłam tego chorego w domu z gorączką ale mąż urwał się z pracy. Jak moje dziecko leżało w szpitalu, to ze starszym mąż został. Jak dziecku w nocy brzuszek bolał i nic nie pomagało oprócz noszenia i kołysania, a mnie ręce odmawiały posłuszeństwa, to mąż przejmował ster i nosił, kołysał. Tak naprawdę po to się człowiek tyle lat uczył, żeby nie być uwiązanych do stołka w pracy i nie móc wyjść nawet na chwilkę. Długa edukacja, okupiona latami ze skromnym wynagrodzeniem, dała możliwość pewnej elastyczności w pracy. Nam jest z tym dobrze.
popieram tę opinię 3 nie zgadzam się z tą opinią 3
A z tym wymiotowaniem w ciąży... Też dałabym radę ale było mi po prostu lżej i fizycznie, i psychicznie jak miałam obok kogoś bliskiego.
popieram tę opinię 0 nie zgadzam się z tą opinią 3
Ja tez jestem z domu, gdzie tata był gościem, całkiem normalny dom, lata 80te, gdzie taki tata nie był powszechny jak teraz, ale...nigdy nie było to problemem, a wspólne chwile smakowały lepiej niż moim kolezankom, ktore tatusiow mialy na zawolanie...i kazda absolutnie kazda nawet teraz, kiedy mojego ojca juz od dawna nie ma, zazdroscila mi takiego ojca, a teraz zawsze jest o nim jak najlepsze wspomnienie...dlatego cos o takim zyciu wiem, co do lekarzy, to dopoki nie jestes w tym srodowisku, nie wypowiadaj sie. mieszkanie i samochod nie zlecialy z nieba, dyzury, prywatne wizyty, ktore zeby byly rentowne musza byc poparte pratyka szpitalna i doswiadczeniem, a ta wymaga bycia non stop na zawolanie- nie ma zycia...nie ma swiat, sylwestra, nie ma wieczorkow i weekendow, cos za cos, i tu nie chodzi o kase, bo ta sie wypracowuje latami doswiadczenia, do swiezego lekarzyny nikt do pryw gabinetu nie przyjdzie,a jeszcze taowy trzeba otwoarzyc, wiesz ile kosztuje aparat usg? trzeba miec ponad milion zł, zeby w ogole najprostsza praktyke otworzyc...pomjam fakt psychicznego obciazenia, gdzie lekarz z powolania bedzie nawet w domu przy kolacji myslal o pacjencie...kobietko ogarnij sie w osadach, chociaz skoro tak o tym piszesz, cos cie widocznie w oczy kole.. czego doktorkiem jest ten twoj maz? tez jestem doktorem, nie lekarzem i mam porownanie jak to wyglada...no i jaki ty masz zawod i gdzie pracujesz? bo mowa o malzenstwach, nie?
popieram tę opinię 2 nie zgadzam się z tą opinią 2
a jakby mężowi cegła spadła na głowe i leżałby sparaliżowany do ońca życia, to co bys wtedy biedulko zrobiła? do konca życia żyłabys z kaleką, który nic nie zrobi, nie przybędzie jak zaboli brzuzek no i nawet sie nie odezwie? zadnego wsparcia, o fizycznym nie wspominajac? laleczko?
popieram tę opinię 3 nie zgadzam się z tą opinią 6
~:-~ - widzę, że za punkt honoru wzięłaś sobie obrażać ludzi o odmiennym zdaniu niż twoje, bez względu na to, czy ktoś akurat ma taką a nie inną opinię o związkach na odległość czy akurat nie ma ochoty kupować od ciebie używanego wózka za 3 tysiące. Wrzuć na luz, po co tyle jadu i nazywanie ludzi "laleczką" w kilku postach?
popieram tę opinię 4 nie zgadzam się z tą opinią 0
Ja też byłam szczęśliwym dzieckiem, co nie zmienia faktu, że czasami tego taty brakowało. Ale ja byłam tylko dzieckiem bez trosk, zmartwień, większych obowiązków. Wiem, że mojej mamie bardzo brakowało męża w codziennym życiu. Było jej ciężko. Ale zaciskała zęby i sobie radziła. Ja mam do niej ogromny szacunek za to, ale ja nie chcę zaciskać zębów.
Nie twierdziłam, że lekarzom z nieba manna spada. Ale jak miałam sąsiada z tego samego piętra, który w czasie specjalizacji zmienił mieszkanie z takiego małego - 40m2 na takie które ma prawie 100m2, rok później kupił auto dla żony - nowe z salonu, to nikt mi nie wmówi, że tak mało zarabiają. Lekarzom nie żałuję, pielęgniarkom tym bardziej. Oni ratują życie i im się to należy ale nie można udawać, że to są małe pieniądze. Ja wiem, ile płacą szpitale za jeden dyżur - sporo ludzi tyle przez miesiąc nie zarobi.
Ja mam się, jak to napisałaś, ogarnąć w osądach. Ja nikogo nie osądzam. Ja cały czas piszę o własnym zdaniu, własnych potrzebach, planach życiowych i własnej sytuacji. Podkreślałam to kilka razy. No ale trzeba czytać ze zrozumieniem.A przede wszystkim mieć szacunek dla drugiego człowieka. Ty jesteś doktorem ale mój mąż doktorkiem, wg Ciebie. Mnie do głowy by nie przyszło, by tak się do kogoś zwrócić. Jest DOKTOREM nauk technicznych O tytule doktorka jeszcze nie słyszałam a jako prawnik, jestem coś na bieżąco z prawem. No ale ustawa o szkolnictwie wyższym nie leży w kręgu moich zainteresowań, więc mogę nie być na czasie...
I nic mnie w oczy nie kole, bo niby co miałoby to być? Mam w miarę wygodne życie, fajne dzieci, męża zaangażowanego w życie rodzinne. Czego więcej chcieć. Pieniędzy? Jak się ma dużo, to potem człowiek się tylko boi, czy go nie okradną :)
popieram tę opinię 4 nie zgadzam się z tą opinią 3
Tak, żyłabym z kaleką. Wtedy nie ja potrzebowałabym wsparcia tylko odwrotnie. Dla mnie na tym polega małżeństwo, że nawzajem sobie pomagamy, jak jest taka potrzeba. Rodzina jest po to, by ze sobą być i w dobrych, i w trudnych momentach. Zwłaszcza jeśli chodzi o męża/żonę, które nie są rodziną z samego faktu urodzenia ale się ich wybrało ze względu na to, jakimi są osobami. Ja wybrałam dobrze więc dlaczego miałabym się odwrócić plecami, jak by było trudniej. I tak, wyobrażam sobie, co znaczy życie z osobą niepełnosprawną. Moja babcia przed śmiercią wiele lat była przykuta do łóżka. Nawet nie wstawała za potrzebą. Nie było pampersów dla dorosłych, hospicjum domowego. Moja mama kilka lat sama pielęgnowała babcię. Ja byłam dzieckiem i nie uczestniczyłam w tym ale mam taki a nie inny wzorzec rodziny wpojony. Rodziny, która się wspiera, pomimo trudności. Mój tata też był niepełnosprawny przed śmiercią. Tu już włączyłam się do pomocy, z pewnymi wyjątkami. Zachował przytomność umysłu do końca, mimo że nie mówił i nie wstawał z łóżka. Pewnie byłoby mu niezręcznie, gdyby córka go pielęgnowała. Najciężej było mojej mamie ale nigdy nie myślała, żeby oddać tatę do hospicjum, mimo że dookoła takie rady słyszała. Ja starałam się jej pomóc jak mogłam. Co więcej, w pewnych sprawach pomagał mój mąż (np. jak trzeba było tatę zanieść na rękach do samochodu), bo ma takie same wartości wyniesione z domu jak ja.
Ja miałam jasno sprecyzowane poglądy na życie. Nie widzę w tym nic złego. Oboje z mężem wiedzieliśmy na co się piszemy. Nie bylo potem rozczarowania, że ta druga połówka ma zupełnie inny pomysł, jak żyć.
popieram tę opinię 2 nie zgadzam się z tą opinią 4
Buba, bo jak zaczyna brakować argumentów, albo chociaż pomysłów na konstruktywną polemikę, to nie bezsensownie atakuje, nawet za cenę własnej śmieszności.
popieram tę opinię 3 nie zgadzam się z tą opinią 0

Inne tematy z forum Rodzina i dziecko bez ogłoszeń

Czy zostawiacie wasze 7-latki w 1 klasie? (22 odpowiedzi)

Chodzi mi o dzieci z rocznika 2009

do góry