Widok
"Rodzice chrzestni muszą mieć uregulowane sprawy zgodnie z wymogami prawa kościelnego – ukończone 16 lat i przyjęty sakrament Bierzmowania, muszą być praktykującymi i religijnymi, aby w razie potrzeby mogli wychowywać dziecko zgodnie z religią (rodzicami chrzestnymi nie mogą być ludzie rozwiedzeni, niepraktykujący, nie żyjący w zgodzie z nauką Kościoła Katolickiego, innego wyznania)."
ze str jakies parafii...
ze str jakies parafii...
no niestety.choc jestem katoliczką to z wielona zasadami w naszym kosciele kompletnie sie nie zgadzam.Miedzy innymi wlasnie chore jest to ze ludzie rozwiedzeni nie moga byc rodzicami chrzestnymi lub to ze w niektorych kosciolach nie chcą chrzcić dziecka samotnej matce.a co ci ludzie są gorsi?No pewnie,lepiej niech ci rozwodnicy zyją w chorym związku ale wazne ze beda malzenstwem.Ech,ten nasz koscioł....
A ja wcale nie będę chrzcić dziecka, bo uważam, że jest to tylko i wyłącznie wymysł kościoła mający na celu przywiązanie i otumananie wiernych i wyciągnięcie kasy.
I nie ma żadnych podstaw do takiego chrztu w Biblii.
Sam Chrystus ochrzcił się dopiero jak miał 33 lata. Oddał się Bogu świadomie. Chrzest katolicki to jedna wielka pustka.
Moja córka jak dorośnie, będzie dojrzała i będzie potrafiła zrozumieć o co chodzi - sama zdecyduje i się ochrzci albo nie.
Jaki sens ma chrzest dziecka w tym wieku?
I nie ma żadnych podstaw do takiego chrztu w Biblii.
Sam Chrystus ochrzcił się dopiero jak miał 33 lata. Oddał się Bogu świadomie. Chrzest katolicki to jedna wielka pustka.
Moja córka jak dorośnie, będzie dojrzała i będzie potrafiła zrozumieć o co chodzi - sama zdecyduje i się ochrzci albo nie.
Jaki sens ma chrzest dziecka w tym wieku?
Teoretycznie to się z tobą zgadzam...bo przecież każdy powinien mieć prawo do świadomego wyboru religii...z drugiej strony cieszę się że moi rodzice mnie ochrzcili :) co by nie było żyjemy w katolickim kraju i dziecko, które nie ma chrztu może mieć jakieś trudności...nie mówię tylko o krzywych spojrzeniach księdza, dziadków czy sąsiadek ;) Myślę że chrzest w niczym nie przeszkadza...no i będzie okazja zegarek i górala dostać na komunię nak większość dzieci ;) hehe (żarcik) ;)
A co do rozwiedzionych chrzestnych...hmmm...skoro byłam już chrzestną zanim się rozwiodłam to czy to znaczy że teraz muszę moją chrześniaczkę oddać w dobre (przykładnie katolickie i nierozwiedzione) ręce ?? hehe
pzdr :)
A co do rozwiedzionych chrzestnych...hmmm...skoro byłam już chrzestną zanim się rozwiodłam to czy to znaczy że teraz muszę moją chrześniaczkę oddać w dobre (przykładnie katolickie i nierozwiedzione) ręce ?? hehe
pzdr :)
Mylicie pojęcie - rozwód cywilny nic nie znaczy dla kościoła, więc jeśli osoby których wybrałaś na chrzestnych nie wspomną o tym ksiedzu (nie mają takiego obowiązku, bo kościoł nie uznaje ślubow cywilnych a tym samym rozwodów cywilnych) to ksiądz się nawet nie dowie, bo nie ma skąd.
Tak więc skoro według kościoła ślub i rozwód cywilny jest nieważny to rozwiedzina osoba może być chrzestnym.
Tak więc skoro według kościoła ślub i rozwód cywilny jest nieważny to rozwiedzina osoba może być chrzestnym.
buninka-uwierz ze są kościoły,w których księża uporczywie pytają o takie rzeczy,a chyba jaks berz sensu ukrywac prawdę(no ja bym się źle czuła).jednak gdybym trafila na tak dziwacznego ksiedza,ktoremu nie podobaloby sie to,ze jestem np rozwódką(nie jestem heh),to powiedzialabym co myśle na ten temat i po prostu poszla do innego kościoła.i już.
Anka Gdynianka napisał(a):
> A ja wcale nie będę chrzcić dziecka, bo uważam, że jest to
> tylko i wyłącznie wymysł kościoła mający na celu przywiązanie i
> otumananie wiernych i wyciągnięcie kasy.
> I nie ma żadnych podstaw do takiego chrztu w Biblii.
> Sam Chrystus ochrzcił się dopiero jak miał 33 lata. Oddał się
> Bogu świadomie.
Tym tokiem myślenia odmawiasz chrztu np. osobom niedorozwiniętym umysłowo.
> Chrzest katolicki to jedna wielka pustka.
Przygotowanie do chrztu to przynajmniej rok pracy. Rekolekcje, modlitwa, katecheza. Piękna sprawa, duże przeżycia dla katechumenów i często ich rodzin. Mam na myśli świadomy wybór, po długiej drodze poszukiwania wiary... a nie jakiś "ekpres" ze względu na ślub. Ostatnio czytałam o takich ludziach ze Śląska... ale po co szukać tak daleko: zapraszam na wigilię paschalną (uroczysta liturgia Wielkiej Nocy) do Ojców Franciszkanów w Gdyni na Wzgórzu. Za dużo by pisać, żeby to ogarnąć.
W każdym razie jeśli nic nie stanie na przeszkodzie, my właśnie tak ochrzcimy dzieci.
> Moja córka jak dorośnie, będzie dojrzała i będzie potrafiła
> zrozumieć o co chodzi - sama zdecyduje i się ochrzci albo nie.
> Jaki sens ma chrzest dziecka w tym wieku?
"Kto troszczy się dla dziecka o drugie śniadanie, niech pamięta, że każdy zje kiedyś śniadanie ostatnie...
Będąc kiedyś w obcym mieście, zapytałem przygodnego przechodnia o drogę do centrum. Osobnik z lekkim uśmieszkiem wskazał mi kierunek. Po dłuższej wędrówce zamiast do centrum doszedłem do wniosku, że nie należało tego typa o nic pytać. Ostatnio kolejny raz usłyszałem, że dzieci nie należy posyłać do sakramentów, bo one same sobie powinny wybrać, w co chcą wierzyć. Coraz częściej takie rzeczy mówią katolicy, robiąc przy tym pełne tolerancji miny. Mieliby rację, gdyby wszystkie życiowe kierunki były dobre. I gdyby obojętne było, co człowieka kształtuje. Wtedy faktycznie nie miałoby znaczenia, kogo człowiek spyta o drogę do centrum, bo centrum i tak byłoby wszędzie. Ale tak nie jest. Cel jest zawsze w jednym, konkretnym miejscu. Nieznajomość kierunku wymaga wskazania drogi. O nią trzeba kogoś pytać. Jeszcze nie było takiego, który by nie miał życiowego przewodnika. Jakiegokolwiek. Kto nie idzie za Bogiem, robi boga z tego, za kim idzie. Nawet anarchiści, choć twierdzą, że nie uznają żadnej władzy, padają plackiem przed tymi, co wymyślili ich ideologię. Ludzie wyznający „religię wyboru” tego jednak nie zauważają. Wyobrażają sobie, że powiedzieć dzieciom „Pan Jezus jest drogą”, to zmuszanie do wiary.
Nic podobnego. Do wiary zmusić się nie da, da się za to przeszkodzić w pójściu drogą wiary. I to właśnie robią rodzice, którzy mówią dzieciom „wybierzcie sobie”. Oni, najbardziej powołani do wyprowadzenia dzieci na właściwą drogę, zostawiają je na łaskę przypadkowych przewodników. Pociecha ma wtedy duże szanse trafić na takiego, co dobrze potrafi wskazać drogę jedynie na stryczek. Jeśli dorośli mówią dzieciom „wybierzcie, w co chcecie wierzyć”, komunikują im, że to, w co sami (podobno) wierzą, jest im obojętne. Ot, taki wybór, jak każdy inny – ja wybrałem Chrystusa, ale ty możesz wybrać Buddę, Krisznę, pepsi albo prince polo. Kochający rodzice sami wybierają dzieciom podstawówkę, troszczą się dla nich o odpowiednie gimnazjum, trzęsą się nad wyborem liceum. Ciekawe, że nagle jest im obojętne to, co dzieci wybiorą na wieczność. Dlaczego? Prawdopodobnie dlatego, że sami nigdy nie zakosztowali tego, co rzekomo wybrali. Bo gdy ludzie doznają czegoś dobrego, mówią innym „spróbujcie tego”. Na „Shreka” namawiało mnie może z pół tuzina znajomych. Dlaczego? „Bo jest fajny”.
I to jakoś nie była indoktrynacja. Na „Shreka” wolno – na Jezusa nie. Dlaczego? Pewnie dlatego, że jest dużo więcej niż fajny. On zmienia życie i prowadzi ludzi właściwą – choć wąską – drogą. A to nie podoba się tym, którzy rozłożyli swoje kramy przy szerokich, lecz fałszywych drogach. Oczywiście ludzie i tak zdecydują, którędy chcą iść. Sam Bóg pozwala nam wybierać. W Księdze Powtórzonego Prawa mówi: „Kładę przed wami życie i śmierć, błogosławieństwo i przekleństwo”. Ale zaraz – co za niespodzianka! – wskazuje, co należy wybrać: „Wybierajcie więc życie, abyście żyli”. Ja nie chcę, żeby moje dzieci wybrały cokolwiek. Chcę, żeby wybrały właściwie."
Cytat z Franciszka Kucharczaka
> A ja wcale nie będę chrzcić dziecka, bo uważam, że jest to
> tylko i wyłącznie wymysł kościoła mający na celu przywiązanie i
> otumananie wiernych i wyciągnięcie kasy.
> I nie ma żadnych podstaw do takiego chrztu w Biblii.
> Sam Chrystus ochrzcił się dopiero jak miał 33 lata. Oddał się
> Bogu świadomie.
Tym tokiem myślenia odmawiasz chrztu np. osobom niedorozwiniętym umysłowo.
> Chrzest katolicki to jedna wielka pustka.
Przygotowanie do chrztu to przynajmniej rok pracy. Rekolekcje, modlitwa, katecheza. Piękna sprawa, duże przeżycia dla katechumenów i często ich rodzin. Mam na myśli świadomy wybór, po długiej drodze poszukiwania wiary... a nie jakiś "ekpres" ze względu na ślub. Ostatnio czytałam o takich ludziach ze Śląska... ale po co szukać tak daleko: zapraszam na wigilię paschalną (uroczysta liturgia Wielkiej Nocy) do Ojców Franciszkanów w Gdyni na Wzgórzu. Za dużo by pisać, żeby to ogarnąć.
W każdym razie jeśli nic nie stanie na przeszkodzie, my właśnie tak ochrzcimy dzieci.
> Moja córka jak dorośnie, będzie dojrzała i będzie potrafiła
> zrozumieć o co chodzi - sama zdecyduje i się ochrzci albo nie.
> Jaki sens ma chrzest dziecka w tym wieku?
"Kto troszczy się dla dziecka o drugie śniadanie, niech pamięta, że każdy zje kiedyś śniadanie ostatnie...
Będąc kiedyś w obcym mieście, zapytałem przygodnego przechodnia o drogę do centrum. Osobnik z lekkim uśmieszkiem wskazał mi kierunek. Po dłuższej wędrówce zamiast do centrum doszedłem do wniosku, że nie należało tego typa o nic pytać. Ostatnio kolejny raz usłyszałem, że dzieci nie należy posyłać do sakramentów, bo one same sobie powinny wybrać, w co chcą wierzyć. Coraz częściej takie rzeczy mówią katolicy, robiąc przy tym pełne tolerancji miny. Mieliby rację, gdyby wszystkie życiowe kierunki były dobre. I gdyby obojętne było, co człowieka kształtuje. Wtedy faktycznie nie miałoby znaczenia, kogo człowiek spyta o drogę do centrum, bo centrum i tak byłoby wszędzie. Ale tak nie jest. Cel jest zawsze w jednym, konkretnym miejscu. Nieznajomość kierunku wymaga wskazania drogi. O nią trzeba kogoś pytać. Jeszcze nie było takiego, który by nie miał życiowego przewodnika. Jakiegokolwiek. Kto nie idzie za Bogiem, robi boga z tego, za kim idzie. Nawet anarchiści, choć twierdzą, że nie uznają żadnej władzy, padają plackiem przed tymi, co wymyślili ich ideologię. Ludzie wyznający „religię wyboru” tego jednak nie zauważają. Wyobrażają sobie, że powiedzieć dzieciom „Pan Jezus jest drogą”, to zmuszanie do wiary.
Nic podobnego. Do wiary zmusić się nie da, da się za to przeszkodzić w pójściu drogą wiary. I to właśnie robią rodzice, którzy mówią dzieciom „wybierzcie sobie”. Oni, najbardziej powołani do wyprowadzenia dzieci na właściwą drogę, zostawiają je na łaskę przypadkowych przewodników. Pociecha ma wtedy duże szanse trafić na takiego, co dobrze potrafi wskazać drogę jedynie na stryczek. Jeśli dorośli mówią dzieciom „wybierzcie, w co chcecie wierzyć”, komunikują im, że to, w co sami (podobno) wierzą, jest im obojętne. Ot, taki wybór, jak każdy inny – ja wybrałem Chrystusa, ale ty możesz wybrać Buddę, Krisznę, pepsi albo prince polo. Kochający rodzice sami wybierają dzieciom podstawówkę, troszczą się dla nich o odpowiednie gimnazjum, trzęsą się nad wyborem liceum. Ciekawe, że nagle jest im obojętne to, co dzieci wybiorą na wieczność. Dlaczego? Prawdopodobnie dlatego, że sami nigdy nie zakosztowali tego, co rzekomo wybrali. Bo gdy ludzie doznają czegoś dobrego, mówią innym „spróbujcie tego”. Na „Shreka” namawiało mnie może z pół tuzina znajomych. Dlaczego? „Bo jest fajny”.
I to jakoś nie była indoktrynacja. Na „Shreka” wolno – na Jezusa nie. Dlaczego? Pewnie dlatego, że jest dużo więcej niż fajny. On zmienia życie i prowadzi ludzi właściwą – choć wąską – drogą. A to nie podoba się tym, którzy rozłożyli swoje kramy przy szerokich, lecz fałszywych drogach. Oczywiście ludzie i tak zdecydują, którędy chcą iść. Sam Bóg pozwala nam wybierać. W Księdze Powtórzonego Prawa mówi: „Kładę przed wami życie i śmierć, błogosławieństwo i przekleństwo”. Ale zaraz – co za niespodzianka! – wskazuje, co należy wybrać: „Wybierajcie więc życie, abyście żyli”. Ja nie chcę, żeby moje dzieci wybrały cokolwiek. Chcę, żeby wybrały właściwie."
Cytat z Franciszka Kucharczaka
A czy pomyślałyście, drogie mamy, które nie chcecie chrzcić swoich dzieci, co one będą czuć, gdy cała klasa bedzie przygotowywać się do pierwszej komunii świętej, a one bedą stały z boku i będą z żalem patrzeć? Wczujcie sie właśnie w swoje dzieci, a zresztą myśle że statecznym mamom nie do twarzy z buntem nastolatek przeciwko kościołowi.